WYWIADY

Nie interesują mnie kwestie gatunkowe, przynajmniej dopóki nie zaczynają nas one dzielić. Gatunki interesują mnie tylko o tyle, o ile wskazują mi książki, jakie chcę czytać. Zawsze więc będę bardziej elegancką pisarką literacką, ponieważ to właśnie kocham. Choć trudno powiedzieć, że nie jestem pisarką fantasy, mimo iż nie piszę o wojnach i tego typu rzeczach.

Mythpunk, czyli zabawa pośród ruin

rozmowa z Catherynne M. Valente

Odnoszę wrażenie, że jesteś urodzoną bajarką. Wydajesz się czerpać ogromną przyjemność ze snucia opowieści, łączenia i przetwarzania różnych elementów klasycznych, jak twórczość Cervantesa czy Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Czy czujesz, że wywodzisz się z jakiejś konkretnej tradycji?

To osobliwe pytanie, bo odnoszę wrażenie, że w dzisiejszych czasach pojęcie tradycji literackich zostało zdemontowane w kontekście tego, co pojawiło się po postmodernizmie. Z wykształcenia jestem klasycystką: w college’u studiowałam grekę i łacinę, co ukształtowało moje pierwsze spojrzenie na to, skąd wywodzi się literatura. Mimo to chyba w bardzo dużym stopniu uważam się za klasycystkę postmodernistyczną. A wydaje mi się, że postmodernizm to przede wszystkim określenie odnoszące się do pewnych narzędzi, nie uważam go bowiem za ruch literacki jako taki; to raczej zestaw instrumentów, które ogromnie mi odpowiadają, są czymś wspaniałym. Jednym z cudownych aspektów życia w czasach śmierci literatury jest to, że można sięgać po dowolne z tych narzędzi, stosować je do takiej literatury, jak Baśnie z tysiąca i jednej nocy czy twórczość Cervantesa i uzyskiwać niesamowite hybrydy. Takie jest właśnie moje podejście, moja szkoła − swego rodzaju zabawa pośród ruin.

Ale nawet jako zwolenniczka postmodernizmu i tego, co ma on do zaoferowania, musisz odczuwać jakieś związki z konkretnymi pisarzami, jakimiś tradycjami czy wpływami.

Ależ oczywiście, wielki wpływ wywarli na mnie moderniści: James Joyce, Virginia Woolf, Henry Miller, Anaïs Nin... Wydaje mi się, że jedną z tych rzeczy, z którymi postmodernizm nie za dobrze sobie radzi, są emocje. Wszystko jest przesycone intelektualizmem, znajduje się na powierzchni i błyszczy. A mnie bardzo odpowiada eksponowanie uczuć. Jeśli więc potrzebuję jakichś modeli do tego celu, zwracam się ku literaturze autobiograficznej oraz poezji, bo to właśnie robią poeci − eksponują emocje, jak Anne Sexton, Sylvia Plath czy Pablo Neruda. Milorad Pavić jest jednym z moich ulubionych pisarzy, więc chciałabym należeć do tej samej szkoły co on.

Odkąd zaczęłam pisać, ciągle słyszałam, jak bardzo moja literatura jest inna od wszystkiego – na co odpowiadałam, że oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, więc myśl o przynależności do jakiejś literackiej szkoły nie bardzo mi odpowiada. Staram się po prostu pisać takie książki, jakie sama chciałabym czytać, a jestem namiętną czytelniczką.

Pierwszym gatunkiem, w którym się zakochałam, był horror – uwielbiałam go jako dziewczynka i chyba nawet nikomu nigdy o tym nie mówiłam. Kiedy miałam dziewięć lat, natrafiłam w garażu na należące do mojej macochy pudło z książkami Stephena Kinga. Nie jest to najlepszy wiek na rozpoczęcie lektury jego powieści, ale zaczęłam wówczas je czytać. Wcześniej czytywałam głównie fantasy.

To ciekawe, bo nie powiedziałbym, że w Twoim pisarstwie można wychwycić wiele śladów horroru.

Nie można, to prawda, ale jest ono dosyć mroczne. Nie sądzę, żeby w moich utworach było zbyt wiele elementów gatunkowych horroru z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych, nie licząc może samego pierwiastka strachu. Na przykład: w Tym Stephena Kinga, jednej z moich ulubionych powieści, uderza mnie najbardziej fakt, że wszelkie okropności zawsze przydarzają się dzieciom, a ten motyw nieodmiennie pojawia się w moich książkach. Sama miałam trudne dzieciństwo, więc ten problem wcale nie wydawał mi się wytworem fikcji. To właśnie pociągnęło mnie po części w horrorze: wszelkie okropne sytuacje, których sama doświadczałam, i fakt, że bohaterowie zawsze wychodzą z nich obronną ręką. Natomiast bajki operują okropnością na swój własny sposób. Jeśli przyjrzymy się bajkom klasycznym, pełno w nich potworów, kanibalizmu i innych okropieństw. Wszystko to w ogromnym stopniu stanowiło dla mnie punkt wyjścia. Wydaje mi się również, że lektury naszych rodziców też mają na nas znaczny wpływ.

Zwłaszcza jeśli czytają nam na głos.

Tak. Moja matka jest profesorką i dawała mi do czytania sztuki. Podsuwała mi rzeczy w stylu Cycków Terezjasza Apollinaire’a, kiedy miałam jakieś sześć lat...

Jak Ty to wszystko przeżyłaś?

Byłam czytelniczką bardzo rozwiniętą jak na swój wiek, więc mama dawała mi do czytania wszystkie swoje lektury. Było w tym coś niesamowitego, z czego pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy, nie mówiąc o tym, że nie zawsze za nimi nadążałam. Czytywała mi Platona fragmenty z Państwa, dawała mi Thorntona Wildera, kazała mi czytać na głos Czekając na Godota, kiedy miałam dziewięć lat, a przy tym bez końca kupowała mi książki z bajkami, dosłownie wszystko, co wpadało jej w ręce, miałam więc ogromną kolekcję bajek pochodzących z różnych kultur. Te wszystkie czynniki ukształtowały moją psychikę. Babcia w ciągu dnia czytała mi Biblię, a wieczorami Baśnie z tysiąca i jednej nocy. Ponieważ moi rodzice się rozwiedli, miałam dwie rodziny, w których czytywało się zupełnie różne rzeczy, a wszyscy ich członkowie obdarowywali mnie książkami, które uważali za wartościowe lektury. Dlatego czytam wszystko, co wpada mi w ręce.

Wspaniałe podstawy, żeby zostać pisarką.

O tak!

W moim odczuciu przekraczasz ograniczenia gatunkowe w sposób bardzo elegancki, nasuwa się więc pytanie, czy stanowiło to Twój pierwotny zamysł? Nie dać przypiąć sobie etykietki, podążać własną drogą?

I tak, i nie. Kiedy zaczęłam pisać moją pierwszą powieść, właściwie nie zdawałam sobie sprawy, że tworzę utwór gatunkowy. Jako klasycystka z wykształcenia, czytująca literaturę starożytną, opowieści o magii, czarownicach i bogach, wiedziałam, że są one realistyczne, ponieważ u starożytnych Greków nie istniało rozróżnienie na świat realny i magiczny. Wydawało mi się więc, że piszę zwyczajną książkę, i dopiero mój były mąż uświadomił mi, że jeśli pojawiają się w niej gadające zwierzęta, raczej nie jest to realizm. Bardzo mnie to zdumiało, bo patrzyłam na ten problem z zupełnie innej perspektywy. Wychodząc od tradycji antycznej, byłam przekonana, że tworzę po prostu literaturę. Aczkolwiek moje lektury były zawsze bardzo nastawione na prozę gatunkową, przy czym zawsze chciałam robić to, na co mam ochotę. Nie chciałam pisać wielkiej amerykańskiej powieści ani kolejnego Władcy Pierścieni, chciałam po prostu snuć własne opowieści, pisać o własnym życiu, nawiązywać do mitów i opowieści ludowych, które uwielbiam. Dla mnie jako dla dorastającej dziewczyny problematyczne były opowieści o bohaterach, które nie odnosiły się do mojej rzeczywistości, ponieważ byłam dzieckiem. Taki więc miałam zawsze zamysł. Nie interesują mnie kwestie gatunkowe, przynajmniej dopóki nie zaczynają nas one dzielić. Gatunki interesują mnie tylko o tyle, o ile wskazują mi książki, jakie chcę czytać. Zawsze więc będę bardziej elegancką pisarką literacką, ponieważ to właśnie kocham. Choć trudno powiedzieć, że nie jestem pisarką fantasy, mimo iż nie piszę o wojnach i tego typu rzeczach.

Właściwie jesteś... Bajki, mity, opowieści ludowe odgrywają dominującą rolę w Twoim pisarstwie, ale z drugiej strony jesteś kimś w rodzaju bajkowej rewizjonistki. Czy taki był właśnie Twój pomysł na własną literacką tożsamość?

Kiedy zaczynałam, chyba nie miałam czegoś takiego jak własna tożsamość literacka. Na początku byłam poetką i dopiero z czasem postawiłam sobie pytanie, czy potrafiłabym napisać powieść. Okazało się, że potrafię, ale w dużej mierze była to kwestia prób i błędów. Kiedy zaczynałam pisać Opowieści sieroty, miał to być tylko prezent dla mojej bratanicy. Miałam zamiar zalaminować strony, żeby mogła upaprać je dżemem, chciałam po prostu napisać dla niej kilka bajek utrzymanych w stylistyce Baśni z tysiąca i jednej nocy i podarować jej na Gwiazdkę. Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że może wyjść z tego powieść, nie mówiąc o tym, że mogłaby ona składać się z kilku części i tomów. Jednak wyrastając pośród bajek, nabrałam przekonania, że stanowią one arcyważny aspekt naszej kultury – nawet dziś wciąż opowiadamy naszym dzieciom te same historie, jakie opowiadało się setki lat temu. Jako ktoś, kto w życiu funkcjonuje poniekąd poza głównym nurtem, chcę, żeby były one dla mnie ważne, jak również dla ludzi takich jak ja. Tak, chcę opowiadać je na nowo, ale już Palimpsest nie jest prezentacją nowych wersji starych bajek. Aczkolwiek w mojej najnowszej książce, Nieśmiertelny, wracam do tej strategii i posługuję się w niej rosyjską bajką jako materiałem wyjściowym. Wydaje mi się, że bajki i opowieści ludowe są ściśle związane z tym, co robię.

Prócz prozy uprawiasz również poezję. Jaka jest Twoim zdaniem różnica między wrażliwością poetki a prozatorki?

Ciekawy zbieg okoliczności, że akurat o to pytasz, bo właśnie zaczęłam zajmować się redagowaniem wierszy dla pewnego czasopisma, więc będę się stykała z bardzo szerokim spektrum poezji, która będzie do mnie przysyłana. Wydaje mi się, że podstawową różnicę stanowi rytm. Oczywiście istnieje on również w prozie i zawsze istniał, ale w poezji jest zasadniczo odmienny. Poezja jest bardzo intensywna, oddestylowana. W wierszu jest znacznie mniej przestrzeni na przekazanie tego, co ma się do powiedzenia, niż w powieści. Wiersz to – że się tak wyrażę – samo mięso stanu emocjonalnego, zawarte w konkretnej obrazowości, i tak dalej. W wierszu emocje są bardzo intensywne i nawet jeśli pisze się poemat narracyjny, i tak mimo wszystko stanowi on swego rodzaju migawkę, gdy tymczasem powieść bardziej przypomina film.

Wciąż jestem oskarżana o to, że w większym stopniu uprawiam poezję niż prozę. Wydaje mi się, że w prozie można sobie na więcej pozwolić, więcej można w niej ukryć, gdy tymczasem poezja jest, że tak powiem, naga.

Wspomniałaś o tym, w jaki sposób powstały Opowieści sieroty, ale powiedz jeszcze, w jaki sposób doszło do tego, że ostatecznie stworzyłaś złożone dwutomowe dzieło?

Latem, kiedy miałam dwadzieścia dwa lata, wróciłam do lektury Baśni z tysiąca i jednej nocy, które znałam, ale tym razem był to nowy przekład dokonany przez kogoś, kto pochodzi z krajów arabskich, a nie kogoś, kto tylko nauczył się arabskiego. Uderzyła mnie ich struktura, która, rzecz jasna, stała się strukturą Opowieści sieroty. Pomyślałam przy tym, że byłoby znacznie ciekawiej, gdyby te historie stanowiły nie tylko ciąg epizodów, które po sobie następują, ale stały się jedną wielką opowieścią, taką, w której wszystkie wątki łączą się ze sobą. Jak już jednak mówiłam, nie byłam pewna, czy potrafię. Dopiero co skończyłam college i nie wiedziałam, czy zdołam sięgnąć po wszystko, co wiem o bajkach, rozbić to, a następnie zbudować od nowa cały kompletny folklor, który umożliwi wgląd w kulturę, jeśli zajrzymy przez dziurki w owej sieci, jaką stanowi ludowa tradycja. Czytałam Pavicia i wówczas w przekładzie z serbskiego uderzył mnie fakt, że potrafiłam dostrzec w nim pewne założenia kulturowe tylko na bazie porównań, jakich używał, i zafascynował mnie sposób, w jaki można objawić kulturę za ich pomocą. Pomyślałam więc, że napiszę historyjkę o czarownicy i gęsi dla mojej bratanicy, bo czytałam Satyryki, w których gęsi są ważnym symbolem, co bardzo mi się podobało. Zaczęłam pisać i doszłam do wniosku, że może rozciągnę ją do formatu noweli, może coś jeszcze dopiszę, aż wreszcie spostrzegłam, że może wyjść z tego powieść. W końcu ktoś z moich przyjaciół zauważył, że to już całe cztery tomy opowieści, przed czym bardzo się broniłam. Jednak tak właśnie się stało. Wydawca zdecydował się zamieścić materiał w dwóch tomach, choć właściwie całość to cztery książki. Wielu wydawców zagranicznych również zdecydowało się na taki format, co mnie ucieszyło, ponieważ taki był mój pierwotny zamysł. I tak to było. Chciałam opowiedzieć jedną historię, którą można by podzielić mniej więcej tak, jak podzielone są Baśnie z tysiąca i jednej nocy, i taką, która zawarłaby w sobie moją feministyczną i postmodernistyczną wrażliwość. A jednocześnie nie wiedziałam, jak opowiedzieć te historie. Nie wiem, jak można by to zrobić inaczej.

Wielu czytelników pytało mnie, w jaki sposób robiłam konspekt powieści, żeby pamiętać o wszystkich tych powiązaniach między bohaterami, ale prawda jest taka, że nie zrobiłam do niej ani jednej notatki.

Żartujesz? To technicznie niemożliwe...

Widzisz, tak właśnie funkcjonuje mój mózg. Ktoś w internecie rozrysował drzewko powiązań pomiędzy wszystkimi postaciami. Kiedy je zobaczyłam, pomyślałam sobie, że musiał w to włożyć ogromny wysiłek, może nawet większy niż ja w napisanie powieści. A ja mam bardzo dobrą pamięć − przez lata byłam aktorką. Czasami robię notatki, jeśli jestem poza domem i nagle przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł, którego nie mogę od razu zapisać w komputerze, ale w przypadku Opowieści sieroty nigdy nie sporządzałam szczegółowego konspektu. Wszystko to urosło jak roślina.

A nie bałaś się, że popełnisz jeden z tych klasycznych błędów, które zdarzają się nawet w opowiadaniach, kiedy na początku bohater ma na sobie kapelusz, a na końcu czapkę, ponieważ autor pogubił się po drodze?

Szczerze mówiąc, w przypadku bajek o wiele łatwiej jest uniknąć tego rodzaju błędów, ponieważ bajki są swego rodzaju organiczną narracją w sensie ważnych symboli, które łatwo jest zapamiętać, przynajmniej mnie. Poza tym jak masz dwadzieścia kilka lat, wyobrażasz sobie, że możesz zrobić wszystko. Tak właśnie funkcjonował mój umysł – gdybym zaczęła robić notatki, zdekoncentrowałabym się. Nie wiem, czy będzie mi się to nadal udawało po trzydziestce, czterdziestce czy pięćdziesiątce, ale tak właśnie pracowałam w przypadku Opowieści sieroty, ponieważ w taki sposób mój mózg przetwarza informacje. Poza tym nie lubię znać zakończenia, zanim zacznę pisać. Zakończenie Opowieści sieroty objawiło mi się dopiero po czterech latach pracy, po prostu nie miałam na nie żadnego pomysłu, ale wierzyłam, że wcześniej czy później przyjdzie mi do głowy, i tak też się stało − w podróży. A musisz wiedzieć, że sporo wówczas jeździłam po całych Stanach. Przez długie noce wpatrywałam się w drogę, wymyślałam fabułę i ewentualnie notowałam jakiś pomysł, ale to było wszystko.

Wynika z tego, że pisanie tej powieści było niezwykle barwnym epizodem w Twoim życiu.

Było to niezwykłe doświadczenie. Kiedy zaczynałam pisać Opowieści sieroty, byłam żoną oficera marynarki. Mieszkałam sama w Japonii, ponieważ jego przez cały czas nie było, a ja nie miałam tam żadnych znajomych, daleko od rodziny, więc czułam się bardzo osamotniona, mniej więcej tak jak ta dziewczynka w ogrodzie.

Ano właśnie, do jakiego stopnia dziewczynka w ogrodzie stanowi projekcję Twojej osoby? Jest wprawdzie żywą istotą, ale jednocześnie kimś w rodzaju ucieleśnienia bajarstwa jako takiego.

Tak, rzeczywiście. Jako dziecko bardzo samotne i niezbyt towarzyskie bez przerwy czytałam. A ponieważ moja sytuacja rodzinna była niezwykle trudna, nie wyrastałam wśród przyjaciół. Miałam przyrodnie rodzeństwo, ale byłam jedynym dzieckiem swoich rodziców, toteż przeważnie czułam się bardzo samotna. Uciekłam z domu, miałam cały szereg bardzo ciężkich doświadczeń, więc bohaterka jest oczywiście bardzo do mnie podobna. Czy skończyło się na tym, że zaczęłam opowiadać historię o samotnej dziewczynce, która snuje opowieści, żeby wyrwać się ze swojej samotności? Oczywiście. Ale kiedy książka się ukazała, byłam już otoczona przyjaciółmi i rodziną, ponownie wyszłam za mąż, a cały mój świat był podobny do jej świata pod koniec całego cyklu − przepełniała go mnogość rozmaitych możliwości. Kiedy zostałam wyróżniona Mythopoeic Award i zaczęłam pisać przemówienie na tę okazję, uświadomiłam sobie, że sama odbyłam właśnie taką podróż, jak ta dziewczynka, że dorastałam w podobny sposób, bo również dla mnie, kiedy byłam mała, wszystko było trudne.

− rozmawiał Konrad Walewski


Cały wywiad dostępny jest w numerze WIOSNA 2011.


CZYTAJ TAKŻE