WYWIADY

Problem polegał na tym, że nigdy nie miałem zbyt wiele wiary w siebie, co pewnie wynikało stąd, że ojciec w dużym stopniu mnie tłamsił. Więc zawsze towarzyszyło mi uczucie, że naciągam ludzi. Kiedy sprzedawałem opowiadanie, wydawało mi się, że udało mi się kogoś nabrać, a skoro tak, to pracowałem jeszcze ciężej, żeby ten sam numer wyszedł po raz kolejny.  

Bliżej życia

rozmowa z Luciusem Shepardem

Zdaje się, że nie jestem pierwszą osobą, która zauważa, że Twoją biografię czyta się niczym efektowny utwór prozatorski. Które z tych wszystkich niesamowitych wydarzeń ukształtowały Twoją wrażliwość jako pisarza?  

Przypuszczam, że było to moje dzieciństwo. Widzisz, mój ojciec trzymał mnie pod kloszem, że tak powiem. Chciał, żebym koniecznie został pisarzem, więc nie mogłem bawić się z innymi dziećmi, po szkole spędzałem wiele godzin, czytając historię starożytnej Grecji albo poetów romantycznych, co znacznie nadszarpnęło moją więź z ojcem. Chciałem po prostu wychodzić z domu − dosłownie przecznicę dalej była plaża, na której mógłbym się bawić, ale musiałem siedzieć i słuchać oper albo czytać najprzeróżniejsze rzeczy. W rezultacie znienawidziłem to wszystko, na sam dźwięk muzyki operowej ciarki przechodzą mi po plecach. Ponieważ nie mogłem robić tego, na co miałem ochotę, w końcu doszło do fizycznej konfrontacji między mną a ojcem. Był człowiekiem bardzo surowym, więc bywało, że dostawałem lanie, aż któregoś dnia, kiedy miałem czternaście lat, po prostu rzucił się na mnie z pięściami i na tym wszystko się skończyło, ponieważ byłem na tyle duży, żeby sobie z tym poradzić. Ale prawda jest taka, że bez niego pewnie nigdy nie zostałbym pisarzem.

Czyli wychodzi na to, że jego drastyczne metody ostatecznie przyniosły zamierzony przez niego rezultat?

Tak, ale ze sporym opóźnieniem, ponieważ spędziłem kolejne dwadzieścia lat, próbując robić wszystko, co byłoby przeciwieństwem samotniczego życia pisarza. Rzuciłem college, włóczyłem się po całym świecie, grałem w zespołach muzycznych, robiłem wszystko, co mogłoby wkurzyć ojca, kiedy jeszcze żył. A wszystko to, co w gruncie rzeczy było moją reakcją na przeżycia z dzieciństwa, dało mi niezbędne dla pisarza doświadczenie życiowe, a także ogromną ilość motywów fabularnych.

Jak właściwie wyglądało to, kiedy byłeś trzymany przez ojca w domu? Co dokładnie kazał Ci robić?

Musiałem pisać opowiadania, a kiedy uznawał, że nie są wystarczająco dobre, obrywałem, a ja, mój Boże, miałem wówczas pięć lat. Następnie przepisywał je za mnie i posyłał do czasopism, a kilka z nich zostało rzeczywiście opublikowanych w jednym z magazynów dla dzieci.

Kiedy byłeś dzieckiem?

Tak, kiedy miałem kilka lat. Ale tak naprawdę nie były to moje opowiadania, tylko jego. Zdumiewające było to, że redaktorzy decydowali się kupować i publikować je, chociaż ewidentnie nie zostały napisane przez dziecko, a czasopismo było magazynem dla dzieci. Musiałem więc ćwiczyć się w technice narracyjnej i czytać masę różnych rzeczy, począwszy od mitów greckich i opowieści biblijnych, a skończywszy na Tolkienie, którego Władca pierścieni wprowadził mnie w świat literatury fantasy, do której wróciłem dopiero jako nastolatek, sięgając po książki Jacka Vance’a i tego typu pisarzy. Ale problem polegał na tym, że jako dziecko nigdy nie uprawiałem sportów, nie licząc zajęć w szkole; potrafiłem rzucać footballówką, bo mieliśmy to na wuefie, ale poza tym nie mogłem pograć sobie poza szkołą.

Wydaje mi się, że powodem tego było niespełnione pisarstwo ojca. Był sporo starszy niż większość ojców moich kolegów − kiedy się urodziłem, przekroczył już pięćdziesiątkę. Jego opowiadania ukazały się w kilku czasopismach obok opowiadań na przykład Hemingwaya, należał więc do twórców obiecujących, ale wówczas coś się wydarzyło, coś, o czym nie wiem, nie znam dobrze historii mojej rodziny, ojciec robił z tego tajemnicę. Ale znał bardzo wielu ludzi ze świata literackiego. Któregoś razu, gdzieś w szpargałach natknąłem się na list do ojca od Williama Carlosa Williamsa z gratulacjami w związku z moim urodzeniem. Więc wiem, że znał bardzo wielu z najbardziej prominentnych ludzi literatury, ale z jakiegoś powodu nigdy nie zrobił z tego właściwego użytku. Moja rodzina to ziemiaństwo z Wirginii, coś w rodzaju arystokracji, ponieważ byli potomkami kolonistów z „Mayflower”, należeli do towarzystwa „Mayflower”, byli potomkami konfederatów.

Czyli wywodzisz się wprost od pierwszego pokolenia emigrantów z Europy?

Tak. Moja rodzina walczyła w wojnie secesyjnej po stronie Południa, a w większości byli to oficerowie o wysokich stopniach, jak sztabowcy generała Lee i tym podobni. Mojego ojca bardzo zajmowała historia naszej rodziny, genealogia. Tymczasem dla mnie przede wszystkim było to potwornie nudne. A poza tym ja całkowicie zbuntowałem się przeciwko swojej rodzinie i nie chciałem mieć nic wspólnego ani z nimi, ani z ich historią.

A kiedy zbuntowałeś się przeciwko ojcu oraz jego obsesji, żeby wykształcić Cię na pisarza, przez lata nie miałeś nic wspólnego z literaturą i pisaniem. Ale w końcu do niej wróciłeś, zostałeś pisarzem, który w dodatku odniósł spory sukces. Jak do tego doszło?

Nie miałem żadnych innych opcji. Życie rock’n’rollowca skończyło się, ponieważ mój zespół z tamtego okresu rozpadł się, ja byłem tym faktem mocno przygnębiony, a moja ówczesna żona skłoniła mnie, żebym coś napisał, ponieważ była zdania, że powinienem się czymś zająć. Bardzo wtedy przeżywałem rozpad zespołu, bo był on naprawdę dobry. Napisałem więc fragment powieści i noweli, głównie dlatego, że siedziałem w domu, nudziłem się, oglądałem programy religijne i zgłupiałem już do tego stopnia, że kiedy kaznodzieja kazał mi wyciągnąć ręce i dotknąć ekranu, dotknąłem go. I wówczas powiedziałem sobie: „Człowieku, czyś ty do szczętu zidiociał?”. Byłem w naprawdę kiepskiej formie, zdarzało mi się zaglądać do kieliszka, brać narkotyki, wplątywać w romanse, ogólnie biorąc, przepieprzać bez sensu własne życie. Więc żona wzięła ten fragment noweli − a był to tekst, którego nigdy potem nie ukończyłem, a którego akcja rozgrywała się w Gwatemali, ponieważ w tamtym okresie sporo podróżowałem po Ameryce Łacińskiej − i posłała na warsztaty Clarion West, a tekst został przyjęty.

Ale dlaczego poczułeś, że powinieneś to zrobić? Czy dlatego, że chciałeś należeć do wspólnoty twórców i miłośników fantastyki?

Nie, w ogóle nie miałem na to ochoty. Wręcz przeciwnie, kiedy zjawiłem się w budynku, w którym odbywały się wtedy warsztaty Clarion i szedłem do sali na zajęcia, usłyszałem jakieś głupawe chichoty i śmiechy i pomyślałem, że w ogóle nie wiem, czy mam chęć przebywać z tego typu ludźmi pod jednym dachem przez następne sześć tygodni. Szczerze mówiąc, nie brzmiało to obiecująco, więc zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej wracać do domu, spróbować zebrać nowy zespół, znaleźć jakąś gównianą robotę typu roznoszenie co rano gazet, ale w końcu zdecydowałem się tam zostać, przy czym nie miałem żadnych oczekiwań, ponieważ nie uważałem się za kogoś szczególnie uzdolnionego literacko, mało tego, uznałem, że ci z Clarion muszą mieć nierówno pod sufitem, skoro przyjęli mój rękopis. A potem okazało się, że wszystkim bardzo podoba się to, co piszę. Zrobiło to na mnie spore wrażenie, więc pomyślałem, że może rzeczywiście warto spróbować swoich sił w literaturze. Problem polegał na tym, że nigdy nie miałem zbyt wiele wiary w siebie, co pewnie wynikało stąd, że ojciec w dużym stopniu mnie tłamsił. Więc zawsze towarzyszyło mi uczucie, że naciągam ludzi. Kiedy sprzedawałem opowiadanie, wydawało mi się, że udało mi się kogoś nabrać, a skoro tak, to pracowałem jeszcze ciężej, żeby ten sam numer wyszedł po raz kolejny.  

Czyli wtedy nie miałeś jeszcze pojęcia o tym, że fantasy i science fiction to gatunki, które chciałbyś uprawiać?

Nie. I pewnie gdybym miał wybór, gdyby wszystko ułożyło się inaczej, nie zdecydowałbym się na to. W ciągu mojej kariery kilkakrotnie miałem możliwość przejścia do literatury głównonurtowej, ale czułem się zbyt leniwy. Więc może było to coś w rodzaju wygodnictwa, bo uznałem, że skoro już trzymam z tymi ludźmi, to niech tak zostanie.

Ogólnie biorąc, całe Twoje życie było jednym wielkim pasmem niewiarygodnych sytuacji. Wielu pisarzy musi zmyślać dramatyczne wydarzenia, Ty ich po prostu doświadczałeś. Jak wobec tego postrzegasz ludzkie życie ze swojej obecnej perspektywy?

No cóż, bywa ono naprawdę przerażające. Widywałem takie rzeczy, że z czasem nabrałem złego zdania o rasie ludzkiej. Ilekroć człowiek ma możliwość odniesienia korzyści przy użyciu przemocy albo niegodziwego działania, wydaje się, że z niej skorzysta. Nie jestem więc pod szczególnym wrażeniem tego, czym jest człowiek. Ale oczywiście istnieją wspaniali ludzie. Tak naprawdę nie wiem, jakie jest ludzkie życie, mnie wydaje się ono bardzo osamotnione. A z drugiej strony, mimo wszystko jestem człowiekiem trochę romantycznym.

W jakim sensie?

Wiesz, nie kimś takim jak Samuel Beckett. Lubię działać, pracować, lubię ludzi, mimo że raz na jakiś czas przeżywam rozczarowanie nimi, ale zdarza mi się również przeżywać rozczarowanie samym sobą. Być może, byłaby to swego rodzaju próżność z mojej strony, gdybym twierdził, że mam jakieś głębsze przekonania na temat życia. Zasadniczo wydaje mi się ono bardzo chaotyczne, i tylko niekiedy udaje się to czy owo.

A jak bardzo Twoje pisarstwo jest autobiograficzne? Do jakiego stopnia czerpiesz ze swoich doświadczeń życiowych dla fabuły swoich tekstów?

W bardzo dużym. Właściwie niemal wszystko w taki czy inny sposób jest zakorzenione w tym, co przeżyłem. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że jeśli w niektórych tekstach pojawia się nader egzotyczne miejsce akcji, to pochodzi ono bezpośrednio z moich doświadczeń, ale kontekst emocjonalny, to, że widziałem, jak morduje się ludzi, pracowałem z przemytnikami narkotyków i tak dalej, wszystko znalazło odzwierciedlenie w moim pisarstwie.

Przez pewien czas pracowałeś jako zawodowy muzyk. Jakim doświadczeniem było to dla Ciebie? I czy sądzisz, że uprawianie muzyki wpłynęło na Twoją wrażliwość literacką?

Właściwie to chyba nie. Nie w jakimś zasadniczym stopniu. Praca muzyka to czysta harówka, zwłaszcza kiedy usiłujesz utrzymać zespół, a tak się składa, że byłem szefem większości zespołów, w których grałem, więc 99% czasu to borykanie się z rozmaitymi przeciwnościami, kiedy na przykład piętnaście minut przed koncertem przychodzi saksofonista i mówi ci, że zapomniał paska do saksofonu i patrzy na Ciebie tak, jak to ty byś miał mu go dać. Więc na ogół jest to użeranie się z różnego rodzaju idiotami, ponieważ przeciętny rock’n’rollowiec nie jest zbyt bystry − muzycy nie należą do najinteligentniejszych ludzi. Nie wiem, jak to jest z muzykami klasycznymi, ale rock’n’rollowcy na ogół nie grzeszą rozumem. Napisałem kilka opowiadań o tym światku, więc w tym sensie doświadczenia te miały swój udział w moim pisarstwie, ale wątpię, czy wywarły one na mnie jakiś większy wpływ.

Chyba sporo z tych doświadczeń zawarłeś w noweli Gwiazdy widziane przez kamień?

Do pewnego stopnia. Nigdy nie byłem producentem ani nie prowadziłem firmy nagraniowej, ale narrator jest mi bardzo bliski. Postacie, które pojawiają się w fabule, również zostały zaczerpnięte z życia. Jest tam taki człowiek, który nazywa się Stanky. Znałem kogoś podobnego, to najbardziej zdegenerowana istota ludzka, z jaką kiedykolwiek się zetknąłem. Nie opisałem nawet połowy tego, co wyprawiał, bo Gordon nigdy nie opublikowałby tego tekstu (nowela Gwiazdy widziane przez kamień ukazała się pierwotnie w oryginalnej edycji „F&SF” − K.W.). Więc wiele zamieszczonych w nim zdarzeń pochodzi z moich doświadczeń, ale nie wszystkie. Granie po najróżniejszych zapyziałych barach w całych Stanach, w różnych najdziwniejszych miejscowościach. Pamiętam, jak pewnego razu braliśmy udział w otwarciu lokalu, który przedtem funkcjonował jako klub ze striptizem, ale przerzucał się właśnie na muzykę rockową, a jego właściciel zapomniał to ogłosić. Wyłaniamy się z ciemności na scenie, a tu ktoś łapie mnie za nogawkę i drze się w niebogłosy: „A gdzie dziewczyny?!”. W większości były to właśnie takie przygody. Dziś oczywiście śmieję się z tego, ale wtedy było to bardzo męczące. Samo granie sprawiało mi wiele radości, a daliśmy kilka naprawdę świetnych koncertów, ale to zaledwie jakieś dwa procent całego doświadczenia bycia muzykiem − reszta to użeranie się.

Wydajesz się pisarzem, który nie czuje się zbyt dobrze ani w tradycyjnie rozumianej powieści, ani w tradycyjnie rozumianym opowiadaniu. Mam wrażenie, że jesteś między nimi zawieszony. Nowela wydaje się Twoją ulubioną formą. Jak myślisz, jaki jest tego powód?

Mam kłopot z pisaniem opowiadań, ponieważ zwykle potrzebuję około siedmiu tysięcy słów, żeby się rozkręcić, a z drugiej strony jestem leniwy, więc nigdy nie zaangażowałem się w napisanie bardzo rozbudowanej powieści, chociaż pracuję nad tym w tej chwili. Nie licząc jakichś gigantycznych sag, większość historii da się zawrzeć w tekście długości pomiędzy dwudziestoma pięcioma a pięćdziesięcioma tysiącami słów. Większość bestsellerowych powieści jest rozciągnięta, bo przecież mogłyby one być znacznie bardziej skondensowane, co pewnie wyszłoby im na dobre. Ilekroć zaczynałem pisać, przekonywałem się, że aby opowiedzieć jakąś historię, potrzebuję takiej, a nie innej liczby słów. Właściwie to sam nie wiem, czemu mi to tak wychodzi.

Czyli kiedy zaczynasz pisać, masz jakiś pomysł i chcesz go rozwinąć, nie zastanawiasz się tak naprawdę nad tym, jaką długość osiągnie tekst?

Nie, raczej nie. Acz nie ma tu jakichś stałych i niepodważalnych zasad. A każdy tekst jest inny.

Ale rynek amerykański kieruje się takimi stałymi i niepodważalnymi zasadami.

Tak, ale jeśli o mnie chodzi, mogę sobie pozwolić na pewną swobodę, podobnie jak podczas pisania. Czasami znam zakończenie od początku, czasami nie. To trochę tak, jak z tym nowym opowiadaniem, nad którym obecnie pracuję, The Extra, a które jest chyba najbardziej autobiograficzne w całej mojej twórczości. Pierwszy fragment tekstu napisałem dość szybko i sprawnie, a potem ni z tego, ni z owego utknąłem, więc przeskoczyłem nieco do przodu i zacząłem pracować nad końcowymi fragmentami. I nagle zdałem sobie sprawę, że wcale nie potrzebuję części środkowej tekstu, bo da się tę całą historię opowiedzieć w taki właśnie sposób. Więc tak naprawdę sama praca nad tekstem wymusza na tobie pewne rozwiązania. Nie zawsze jest tak, że jedno opowiadanie da się napisać tak samo jak poprzednie. Więc problem długości tekstu to często kwestia tego, czy dobrze się czujesz z tym, co już masz, czy nie.

Obecność zła jest niezwykle silna w Twoim pisarstwie, jak w opowiadaniu Mengele czy w tekstach o smoku Griaule’u. Sugerujesz w nich, że zło to degeneracja zróżnicowania, bogactwa życia, prostota, uniformizacja. Czy od czasu tych opowiadań coś zmieniło się w Twojej percepcji zła? Jak postrzegasz je obecnie?

Wydaje mi się, że kiedy pisałem te utwory, uważałem je za prosty sposób mówienia o czymś nad wyraz złożonym, o czym nie potrafiłem wówczas mówić i zapewne nadal nie potrafię. Nie wierzę w demony, nawiedzenia przez zło ani tym podobne rzeczy. Ale z drugiej strony, są to sprawy, co do których nie można mieć pewności. Zasadniczo postrzegam zło jako siły chaosu, ponieważ większość ludzkiego zła wywodzi się z chciwości, perwersyjnego pożądania oraz zdegenerowanej formy uczuć, jakimi były pierwotnie, jak pragnienie czy miłość. Więc jest ono swego rodzaju rozkładem. To chyba najlepsze określenie − zło jako rozkład.

Jesteś świadomy swojego literackiego wyrafinowania? Czy może przychodzi Ci ono całkiem naturalnie?

Raczej nie. Wszystko to wiąże się z postacią mojego ojca. Jako dziecko naczytałem się poetów romantycznych i tego typu rzeczy do tego stopnia, że do dziś mogę cytować niektóre fragmenty − sztuki Szekspira, Shelleya, Keatsa i innych poetów. Więc miałem wbity do głowy pentametr jambiczny jeszcze na etapie kształtowania się, a kiedy pewnych rzeczy nauczysz się jako dziecko, dysponujesz nimi przez całe życie. Miałem więc wyczulone ucho na rytm zdania, bo zawsze odnosiłem wrażenie, że czytelnicy, a przynajmniej dobrzy czytelnicy, poniekąd słyszą prozę, czują jej rytm, a jest to coś, co zawsze było dla mnie ważne. Być może nie potrafiłem tego jeszcze artykułować, kiedy zaczynałem pisać, ale zawsze gdzieś czaiło się to na skraju mojej świadomości. Więc sądzę, że nie przyszło mi to w sposób naturalny, właściwie to nic nie przychodzi w taki sposób, przede wszystkim zawdzięczam to ojcu, który wszystkie te rzeczy po prostu wbijał mi do głowy. A moje późniejsze doświadczenia życiowe również nie wynikały z planowania czegokolwiek. Po prostu natykałem się na różne rzeczy.

To ciekawe, bo wielu krytyków porównuje Cię do Josepha Conrada. Zarówno na poziomie formalnego wyrafinowania, jak i dylematów moralnych, jakie przedstawiasz, mroku, jaki skrywa ludzka dusza i tak dalej. Czy czujesz jakiś związek z jego dziełem?   

Tak, acz kiedy byłem dzieckiem, nie czytałem go aż tak wiele. Pamiętam, że przeczytałem Szaleństwo Almayera, które jest jego wczesną powieścią, ale problem polega na tym, że w pewnym momencie w ogóle przestałem czytać, ponieważ ojciec zmuszał mnie do pochłaniania takiej ilości lektur, że kiedy wyswobodziłem się z tych kajdan, po prostu nie mogłem wziąć książki do ręki. Więc najczęściej piłem, uganiałem się za kobietami albo tułałem po świecie. Albo grałem. Więc przez dłuższy czas stroniłem od książek. Ale tak naprawdę − chociaż nie piszę jak on − największy wpływ na mnie jako na pisarza wywarł Yukio Mishima. Przeczytałem jego książkę, która po angielsku ukazała się jako Spring Snow. Niesamowicie podobał mi się jej początek, który zawiera opis pewnej fotografii. Było to dla mnie coś zdumiewającego. Więc usiadłem i spróbowałem napisać coś podobnego. Ale mi nie wychodziło, więc pracowałem tak długo, póki nie uzyskałem podobnego efektu, a kiedy się przekonałem, że już to potrafię, że wiem, jak on to zrobił, odłożyłem ten tekst i wróciłem do grania rock’n’rolla. Ale w gruncie rzeczy było to doświadczenie niezwykle brzemienne w skutki. Przy czym rzeczywiście czuję pewną więź z Conradem. Nie jestem pisarzem tej klasy, co on, ale wciąż mam jeszcze czas, żeby napisać coś, co choć trochę zbliży się do jego poziomu.

W moim odczuciu istnieje między wami pewna paralela, bo w jego pisarstwie owym jądrem ciemności była Afryka, która oczywiście jest metaforą mroku ludzkiej duszy, w Twoim jest to Ameryka Południowa. Sporo Twoich opowiadań i powieści rozgrywa się właśnie tam. W jej dżunglach kryje się wiele różnych sił. W jakim stopniu wpłynęła ona na Twoją wyobraźnię?

W ogromnym. Zwłaszcza na początku mojej kariery. Uwielbiam Amerykę Łacińską. Dawniej podróżowałem tam co roku. I nie na jakieś tam dwutygodniowe wycieczki, ale na dobre kilka, kilkanaście miesięcy. Trudno mi nawet to wszystko opisać, bo jednocześnie kochałem ją i nienawidziłem. Kraje takie jak Honduras niekoniecznie należą do najpiękniejszych miejsc na świecie, ale z pewnością do wyjątkowo objawicielskich, które otworzyły się przede mną w ogromnym stopniu, a było to coś, czego, przy całej swej złożoności i rozproszeniu, nie dały mi Stany. Ale w Hondurasie, kiedy stykasz się z jego rdzennymi mieszkańcami, widać jak na dłoni zarówno to, co w człowieku jest dobre, jak i zgniliznę. Sam nie wiem czemu, ale czuję się tam jak w domu.

Ale czy to odczucie związane jest bardziej z ludźmi, czy z kulturą?

Tak naprawdę nie da się ich od siebie oddzielić. Kiedy mieszkałem w Trujillo, co wieczór chodziłem na drinka do pewnego baru. Jego stałymi bywalcami byli strażnicy więzienni, którzy przychodzili tam w pełnym rynsztunku. Naprawdę sympatyczni faceci, z którymi ucinałem sobie rozmowy. Miałem tam sporo dziewczyn i przyjaciół, którzy również byli bardzo miłymi ludźmi. Widzisz, łatwo mi było dostrzec tam, w jaki sposób funkcjonuje świat. Wszystko, co zwykle jest zawoalowane, tam mi się objawiało. Oczywiście żyliśmy w Trzecim Świecie, ale tak naprawdę nie ma wielkich różnic w tym, jak wszystko funkcjonuje tam i tutaj. Acz tutaj w większym stopniu na człowieka ma wpływ iluzoryczność życia, jaką narzucają mu media. Tam jest się po prostu bliżej życia.

Wszystko jest prostsze?

Nie tyle prostsze, ile bliżej powierzchni. Tutaj istotnie być może wszystko jest bardziej złożone, ale w większości ludzie nie przypatrują się uważniej życiu, nie zdają sobie sprawy, jak daleko postąpiła demoralizacja polityków czy korporacji, przez co wciąż dają się nabrać na wiarę w lepsze życie, „American dream”, ale to jest właśnie „American dream”: wojna w Afganistanie czy w Iraku.

Jeszcze jedna kwestia w związku z ciemniejszą stroną Twojego pisarstwa. Odnoszę wrażenie, że istnieje również pewna zbieżność między nim a twórczością Lovecrafta, ponieważ i w Twoich, i w jego tekstach pojawia się owo poczucie czegoś potężnego, groźnego, być może nawet irracjonalnego, co czai się za fasadą świata widzialnego?

Bardzo możliwe, ale znów wracamy do podstawowego problemu − mało go czytałem, raptem kilka opowiadań, i nigdy nie zagłębiałem się jakoś szczególnie w jego twórczość. Którejś z jego książek nawet nie skończyłem; zacząłem czytać i po pewnym czasie odłożyłem. Jakoś mnie to nie wciągnęło. Ale pewnie masz rację. Zapewne pojawiają się pewne podobieństwa między naszymi utworami. Z pewnością obaj jesteśmy pisarzami nieco pulpowymi. Ja zwłaszcza na początku mojej kariery.

Mnie bardziej interesuje to, że i u Ciebie, i u niego pod powierzchnią rzeczywistości istnieje coś, co dalece poza nią wykracza; coś, co budzi lęk, jest niebezpieczne, irracjonalne. Czy czujesz, że Twoje pisarstwo funkcjonuje w podobnym duchu?

Być może, ale nie jestem przekonany, czy w to wierzę.

On wierzył.

No właśnie. W moim przypadku jest tak, że i wierzę, i nie wierzę. Być może nie jestem aż takim romantykiem, jakim on był. Bo dla mnie takie odczuwanie rzeczywistości, kiedy mu się bliżej przyjrzeć, wydaje się bardzo romantyczne. Ale nie zaprzeczam, że takie elementy funkcjonują w moich opowiadaniach. Więc może rzeczywiście tak jest, chociaż wydaje mi się, że w moich nowszych utworach już nie da się ich tak wyraźnie wychwycić. Mogłoby się wydawać, że w tekstach takich jak Gwiazdy widziane przez kamień pod powierzchnią wydarzeń funkcjonuje jakaś nadnaturalna siła, a bez niej nie byłoby opowiadania, ale wszystko, co stanowi fabułę tego tekstu, prócz samego zakończenia, mogłoby się bez tej nadprzyrodzoności obyć. Więc jeśli się głębiej zastanowić, nie ma w nim nic, co wykraczałoby poza możliwości racjonalne. A z drugiej strony, funkcjonuję w przestrzeni literatury gatunkowej. Może jest tak, jak powiedział Gardner Dozois, że do większości opowiadań pisarze po prostu „wrzucają dinozaura”, żeby tekst nabrał cech fantastyki. Może i jak tak robię? Sam nie wiem.

Nie powiedziałbym. Acz rzeczywiście nie piszesz wielu opowiadań o bardzo jasnych cechach gatunkowych. Twoje związki z science fiction, fantasy czy horrorem wydają się raczej przypadkowe.

Zdecydowanie.

A z drugiej strony, chyba lubisz korzystać z elementów fantastycznych. Więc do jakiego stopnia czujesz się tak naprawdę pisarzem gatunkowym? I z jakim gatunkiem czujesz najsilniejszą więź?

Jim Turner z wydawnictwa Arkhma House powiedział, że używam elementów fantastycznych jako wzmacniacza (aplifier) po to, żeby uwydatnić pewne aspekty rzeczywistości. I wydaje mi się, że miał sporo racji. Nie czuję szczególnie silnego związku z science fiction, może bardziej komfortowo czuję się w czymś, co określa się mianem urban fantasy czy w ogóle fantasy. To może wiązać się również z tym, że od wielu pomysłów zostałem odwiedziony. Wracamy tu do problemu, o którym wspomniałem wcześniej, że często czułem się tak, jakbym oszukiwał ludzi, bo zbyt często pozwalałem innym podejmować decyzje związane z moją karierą. Było kilka powieści, które chciałem napisać, i to ważnych, od czego odwiedli mnie wydawcy. W każdym razie postanowiłem, że nikt już nie będzie decydował o tym, co mam pisać, a czego nie.
 
Jest jeszcze jeden aspekt Twojego pisarstwa, który wydaje mi się szalenie istotny. Bardzo często badasz podziemia rzeczywistości, że się tak wyrażę.

Masz na myśli coś takiego jak niziny społeczne, prości ludzie?

Nie tylko.

Sam jestem człowiekiem prostym. W przeciwieństwie do mojego ojca nie uważam się za arystokratę czy kogoś podobnego. Raczej uważam się za kogoś takiego jak cieśla; człowieka, który pracuje słowem zamiast dłuta. Chociaż właściwie cieśla to nie niziny społeczne. Ale ja tułałem się po całym świecie − seks, dragi i rock’n’roll, ludzie z ulicy i tym podobne rzeczy. I w większości o takich ludziach najczęściej piszę. Kiedyś przytrafiła mi się taka sytuacja, że gdy podpisywałem książki w Berkeley, podeszła do mnie pewna Meksykanka i spytała, czemu w moich utworach jest tylu ludzi kolorowych, na co jej odpowiedziałem: „Bo takich znam”. Właśnie z takimi ludźmi się zadaję. Nigdy nie przestawałem z ludźmi sączącymi martini. Nie znam możnych tego świata i nie jestem nimi zainteresowany.

W wielu Twoich utworach, jak choćby w klasycznym już Zielonym kocurze diabła, badasz problem amerykańskiego interwencjonizmu militarnego oraz manipulacji politycznych. Co pociągnęło Cię ku tej tematyce i jak postrzegasz Stany po 11 września?    

Jeśli chodzi o Zielonego kocura diabła, to interesował mnie przede wszystkim sam bohater, David Mingolla. Chciałem zbadać, w jaki sposób z dziewiętnastolatka stał się kimś zupełnie innym, w jaki sposób odmieniła go wojna. Ale ponieważ tak wiele czasu spędziłem w Ameryce Łacińskiej i widziałem tam wiele Amerykańskich interwencji militarnych, napatrzyłem się na wyzyskiwanych ludzi, więc wszystko to musiało znaleźć odzwierciedlenie w moim pisarstwie. Na Wybrzeżu Moskitów większość ludzi, których tam poznałem, zajmowała się łowieniem homarów, bo nie było innej pracy. A cały ten przemysł jest własnością karteli kokainowych, ponieważ wykorzystują one flotę połowową do przemytu kokainy na teren Stanów. Ci ludzie, nurkowie, pracują w przerażających warunkach, bo niekiedy zmuszeni są do nurkowania siedemdziesiąt, osiemdziesiąt razy w ciągu dnia w wodzie o głębokości stu stóp. Stykałem się tam z młodymi, z wyglądu silnymi ludźmi, którzy nie mogą uścisnąć ci dłoni, bo mają tak wyniszczony organizm, a większość z nich nabawiła się potwornego paraliżu. Widziałem, co wyprawia tam korporacja Dole. Byłem tam z ekipą, która kręciła film dokumentalny o pracownikach plantacji bananów i trzciny cukrowej, o tym, jakich chemikaliów używa się w Trzecim Świecie. O tym, że całe wioski umierają tam na nieznane choroby, będące skutkiem skażenia środowiska przez jakieś korporacje, które prowadziły testy środków chemicznych. Skażenie wód gruntowych i tak dalej. Honduras to bardzo ciekawy kraj, ponieważ mniej więcej około roku 1970 był niemal naszym pięćdziesiątym pierwszym stanem. Koncern United Fruit Company sprawował tam niepodzielną władzę. W późnych latach dwudziestych minionego wieku prowadził nawet wojnę ze Standard Fruit Company o kontrolę nad krajem. Więc niemal od zawsze stanowił naszą enklawę w Ameryce Południowej. Kiedy wie się o takich rzeczach, człowiek nabiera bardzo ponurej perspektywy na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych.

Rzeczywiście, mówiąc o Ameryce Łacińskiej, nie sposób nie wspomnieć o narkotykach, wycinaniu dżungli, wyzysku, ubóstwie i tak dalej. A więc refleksja postkolonialna jest dla Ciebie istotna?

Tak. Choć nie mogę przyznać, że byłem aktywistą politycznym, ale to, co tam widziałem, odcisnęło się piętnem na mojej świadomości. Jak choćby Juarez w Meksyku − najbardziej przerażające miejsce, w jakim byłem. Rozmawiałem tam z kobietą prowadzącą niewielką placówkę medyczną, która stykała się deformacjami noworodków kilka razy w miesiącu, a były to przypadki, jakich spodziewała się doświadczyć może dwa, trzy razy w ciągu całego swojego życia zawodowego; widziała dzieci, rodzące się z głowami wrośniętymi w klatkę piersiową i tym podobne sprawy. A wszystko to było wywołane przez środki chemiczne. I takie rzeczy mają miejsce w całej Ameryce Środkowej i Południowej, a nawet tutaj, bo ci, którzy uciekają z Juarez, przekraczają granice i trafiają do El Paso. Trudno mi pogodzić się z tym, że ludzie stamtąd wykazują taką obojętność wobec tych problemów, ale z drugiej strony obojętność wobec cierpienia jest chyba powszechną cechą ludzką.

W ogóle w Twojej twórczości można dostrzec sporo pesymizmu w stosunku do człowieka i jego przyszłości.

Wydaje mi się, że tak. Oczywiście może nastąpić jakaś zmiana paradygmatu, ale fakt jest faktem, że zawsze byłem dość sceptyczny w stosunku do człowieka. Nie znaczy to, że mam rację. Jestem po prostu jednostką, która wierzy, że musi się wydarzyć coś naprawdę dramatycznego, żeby w tym, jak funkcjonuje świat, zaszły jakieś głębsze zmiany. Jest oczywiste, że staniemy wobec ogromnych problemów na poziomie elementarnym. Człowiek taki już jest, że reaguje dopiero w obliczu katastrofy. Weźmy chociażby wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej. Przeciętny człowiek z ulicy ma do tego stosunek bardzo obojętny i nieszczególnie się tym przejmuje. Tymczasem mamy do czynienia z gigantyczną katastrofą ekologiczną całego regionu. Będzie ona miała tragiczny wpływ na życie w nim. Jest tyle chciwości, złudzeń i głupoty. Trudno zachować optymizm.

− rozmawiał Konrad Walewski


Cały wywiad dostępny jest w numerze LATO 2010.


CZYTAJ TAKŻE