WYWIADY

W pewnym sensie jestem przede wszystkim prozaikiem, który swobodnie porusza się pomiędzy gatunkami. W innym sensie wciąż myślę o sobie... Tutaj, w Stanach, ale być może i w Polsce, istnieje ogromna subkultura fanowska, cały światek miłośników fantastyki, który spotyka się na Worldconie oraz konwentach fanów s.f., który ma swoje fanziny, a obecnie i strony internetowe − zawsze do niego należałem. Więc w tym sensie zawsze postrzegałem się jako człowieka związanego z fantastyką naukową.

Człowiek przede wszystkim

rozmowa z George'm R. R. Martinem

Obecnie Twoja twórczość kojarzona jest przede wszystkim z fantasy epicką, ale ogólnie jesteś pisarzem, którego trudno zaklasyfikować. Na początku swojej kariery pisałeś science fiction, potem, przynajmniej na jakiś czas, zwróciłeś się ku horrorowi. Ale nawet kiedy publikowałeś w „Analogu” i „Galaxy”, Twoje opowiadania odbiegały od obowiązujących wówczas wzorców literackich, prawda?

Rzeczywiście, sporo publikowałem w „Analogu”, ale było to już w czasach, kiedy jego redaktorem naczelnym był Ben Bova, toteż wydaje mi się, że już wówczas pismo było nieco bardziej otwarte niż za czasów Johna W. Campbella. Ale zawsze lubiłem wszelkie rodzaje fantastyki. Dorastałem w latach 50., czytając science fiction, ale i Tolkiena, fantasy, Lovecrafta i horror. I wydaje mi się, że ostatecznie zaczynasz pisać to, co czytywałeś, toteż zakochawszy się właśnie w takiej literaturze, dość swobodnie poruszałem się między tymi trzema gatunkami, i nadal to robię, wciąż uwielbiam sf i horror, więc mam zamiar tworzyć więcej opowiadań i w jednej, i w drugiej konwencji.

Ale Twoje wczesne opowiadania wydają się bardzo osobiste. Odnoszę wrażenie, że później w swojej karierze odszedłeś od tej formuły. Czy uważasz się za pisarza, który porusza jakieś konkretne tematy, idee?

Właściwie to nie. Wydaje mi się, że w moim pisarstwie jest pewna doza romantyzmu, który można dostrzec bez względu na gatunek, w jakim piszę, jak w horrorze, na przykład w Ostatnim rejsie „Fevre Dream”, albo w s.f., jak w Pieśni dla Lyanny, a nawet w tym, co obecnie tworzę. Pisarz istotnie ma pewne namiętności czy też tematy, które zwykle go prowadzą, ale bardzo często wiele z tego odbywa się na poziomie niemal podświadomym, więc nie kontroluje się tego w pełni. Po prostu świadomie opowiadam takie historie, jakie mnie interesują. Mam pomysł na opowiadanie, objawia mi się bohater, zaczynam o nim myśleć, aż w końcu siadam i zaczynam pisać. Więc właściwie jest to coś, co moja muza szepcze mi do ucha w danej chwili, że posłużę się odniesieniem do mitologii greckiej.

No dobrze. Ale ja powiedziałbym, że jest pewien temat, który przewija się przez całą Twoją twórczość. Uważam, że jest nim zgłębianie wszelkich rodzajów inności, zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Moim zdaniem jest to problem, który często pojawia się w Twoim pisarstwie, mam rację?

Sam nie wiem. Na pewno w mojej twórczości zawsze ważną rolę odgrywały marzenia i badanie owego obszaru wzajemnego oddziaływania pomiędzy nimi a realnością. Pomiędzy tym, czego pragniemy, za czym tęsknimy, a życiem, jakie wiedziemy w rzeczywistości. Tak było od samego początku i myślę, że wciąż się to pojawia, co można zauważyć nawet w „Pieśni Lodu i Ognia”. Jej bohaterowie mają marzenia, które niekoniecznie się spełniają, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki oni by sobie tego życzyli.

Wspomniałeś, że na początku swojej kariery pisałeś taką literaturę, jaką lubiłeś czytać, ale − jak już mówiłem − wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że Twoje pisarstwo było bardzo osobiste. Czemu nie spróbowałeś wówczas pisać prozę głównonurtową? Co takiego tkwiło w fantastyce, czego nie mogła zaoferować młodemu pisarzowi proza niegatunkowa?

Możliwość publikowania i sprzedawania moich opowiadań. Właściwie to spróbowałem pisać prozę głównonurtową, a przynajmniej trochę, choć nie mogę przyznać, że były to próby zbyt stanowcze i długie. Ale zdaje się, że na trzecim roku college’u zapisałem się na zajęcia z twórczości literackiej, bo de facto pisałem już od blisko dekady − do fanzinów poświęconych komiksom i rozmaitych innych amatorskich wydawnictw − ale marzyłem wówczas o tym, żeby zostać prozaikiem, pisać powieści i opowiadania, więc ilekroć w college’u miałem możliwość zapisania się na zajęcia związane z literaturą, które liczyły mi się do średniej, zapisywałem się na nie. Więc zacząłem uczęszczać na zajęcia z pisarstwa i napisałem cztery opowiadania − dwa sf i dwa niegatunkowe. No i wysyłałem je do czasopism, a była to moja pierwsza przemyślana próba zaistnienia na rynku profesjonalnym. I ostatecznie jedno z tych opowiadań, Bohater, stało się moim pierwszym tekstem sprzedanym na rynku profesjonalnym. Zabrało mi to dwa lata, ale w ukazało się na łamach „Galaxy”. Natomiast drugie moje opowiadanie sf przez długi czas nie znajdowało nabywcy – zostało odrzucone blisko czterdzieści razy, ale niekiedy wzbudzało zainteresowanie, bo otrzymywałem listy typu: „Nie jesteśmy zainteresowani kupnem tego tekstu, ale jest on bardzo ciekawy i zbliża się do poziomu, jakiego wymagamy do publikacji”. Wysyłałem również te opowiadania głównonurtowe, ale one nie wzbudziły żadnego zainteresowania. Od rozmaitych wydawców otrzymywałem wyłącznie sztampowe listy odmowne. Wydaje mi się więc, że w tak wczesnym stadium kariery, kiedy miałem jakieś osiemnaście lat, gdybym uzyskał jakąkolwiek zachętę ze strony rynku głównonurtowego, zapewne zacząłbym uprawiać tę literaturę. Tymczasem zainteresowanie, a co za tym idzie i sprzedaż, przyszło ze strony rynku literatury fantasy i science fiction.

A czy później w swojej karierze nie kusiło Cię, żeby napisać głównonurtowe opowiadanie albo powieść?

Tak. I być może jeszcze to zrobię. Natomiast jeśli przyjrzysz się niektórym moim utworom, na przykład Rockowemu Armagedonowi...

...właśnie miałem wspomnieć o tej powieści...

...jest ona najbliższa głównemu nurtowi ze wszystkiego, co napisałem. Zawiera wprawdzie elementy fantastyczne, ale w dużej mierze jest mieszanką, hybrydą kilku różnych gatunków. Zawsze lubiłem przekraczanie granic gatunkowych. Mogę na przykład napisać horror, ale nie będzie to horror klasyczny, lecz raczej połączenie horroru z fantastyką naukową, jak na przykład Piaseczniki albo Wędrowcy, albo horror połączony z literaturą historyczną, jak Ostatnia podróż „Fevre Dream”. Więc ograniczenia gatunkowe, jakie sobie wyznaczamy, mówiąc o horrorze, sf albo literaturze głównonurtowej, wydają się całkowicie niepodważalne, ale tak nie jest. Wszystko to stanowi jedno wielkie continuum. To są po prostu opowieści, więc jest mi wszystko jedno, do jakiego pudełka się je wrzuca czy też jakie etykietki się im przyczepia, bo w ostatecznym rozrachunku są to tylko historie i cytując Faulknera, co często mi się zdarza, wszystkie one opowiadają o „ludzkim sercu, będącym w konflikcie z samym sobą”. Więc jeśli rzeczywiście piszesz o ludzkim sercu będącym w konflikcie z samym sobą, nie ma znaczenia, czy osadzi się fabułę w przestrzeni kosmicznej, czy w jakimś wyimaginowanym królestwie; w świecie współczesnym, w rzeczywistym Meksyku, Polsce, czy jeszcze gdzie indziej.

Tak, całkowicie się z Tobą zgadzam, zwłaszcza że sam nie jestem zwolennikiem etykietek. Ale z drugiej strony, w moim odczuciu należysz do pisarzy, którzy i tak się im wymykają. A skoro odpowiada Ci przełamywanie granic gatunkowych, czy wobec tego sądzisz, że przynależysz do któregoś z nich? Czy może, w tym punkcie swojej kariery, czujesz się po prostu prozaikiem?

W pewnym sensie jestem przede wszystkim prozaikiem, który swobodnie porusza się pomiędzy gatunkami. W innym sensie wciąż myślę o sobie... Tutaj, w Stanach, ale być może i w Polsce, istnieje ogromna subkultura fanowska, cały światek miłośników fantastyki, który spotyka się na Worldconie oraz konwentach fanów s.f., który ma swoje fanziny, a obecnie i strony internetowe − zawsze do niego należałem. Więc w tym sensie zawsze postrzegałem się jako człowieka związanego z fantastyką naukową. Od przeszło trzydziestu lat bywam co roku na World Science Fiction Convention. Wielu z moich przyjaciół to pisarze fantasy i s.f. Moi najstarsi znajomi i przyjaciele to ludzie, których poznałem na konwentach. Nawet moją żonę poznałem na jednym z nich. Więc w dużym stopniu jestem członkiem tej wspólnoty s.f. czy też subkultury, bez względu na to, jak się ją określi. A mówiąc „science fiction”, naprawdę mam na myśli sf ukośnik fantasy ukośnik horror, wspólnotę miłośników fantastyki, która jednak przedstawia się jako fandom science fiction.

Wspomniałeś Faulknera. Czy są jeszcze jacyś pisarze głównonurtowi, którzy zainspirowali Cię w przeszłości albo nadal inspirują?

Scott Fitzgerald. Jest chyba moim ulubionym pisarzem niegatunkowym. Wielki Gatsby...

Wspaniała powieść...

Wspaniała powieść i jedna z tych, które wciąż mają dla mnie ogromne znaczenie. Mówiłem wcześniej o przewijającym się w moich utworach temacie tęsknoty, marzeń i zmagania się, żeby je urzeczywistnić, a także tym, co się z nimi dzieje w konfrontacji z rzeczywistością. W dużym stopniu stanowią one jądro Wielkiego Gatsby’ego. Jest to powieść, do której wracam co kilka lat.

W pewnym momencie swojej kariery zwróciłeś się ku horrorowi. Napisałeś powieść, Ostatni rejs „Fevre Dream”, oraz kilka opowiadań. Co w tamtym okresie pociągało Cię w horrorze w sensie gatunkowym?

No cóż, jak już wspomniałem, dorastałem, czytując horrory. Nie było ich aż tak wiele w latach 50. jak potem, w latach 80. albo dziś, ale wówczas lubiłem zwłaszcza twórczość Lovecrafta, która napędzała mi niezłego stracha. Nie przepadałem za naśladowcami Lovecrafta, pastiszami jego utworów, ale sam Lovecraft napisał kilka znakomitych utworów.

Ostatni rejs „Fevre Dream” to oczywiście powieść o wampirach, ale pod wieloma względami to powieść historyczna. Pierwotny impuls, który sprowokował jej powstanie, wyłonił się z owych trzech lat spędzonych w Dubuque w stanie Iowa nad rzeką Missisipi, gdzie od roku 1976 do 1979 uczyłem w college’u. Dubuque to stare nadrzeczne miasteczko o wiktoriańskim charakterze i długiej, barwnej historii, w którym swego czasu budowano statki parowe. Mieszkając tam, zainteresowałem się jego historią, a zwłaszcza epoką parowców, toteż pod pewnymi względami uważam, że Ostatni rejs „Fevre Dream” jest w większym stopniu powieścią o nich niż o wampirach.

Ale z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że jest to powieść południowa, osadzona w tradycji literatury Południa. Są w niej statki parowe, przesiąknięta jest atmosferą starego Południa. Czy literatura i kultura Południa inspirowały Cię wówczas?

Raczej nie. Nie postrzegam jej jako powieści szczególnie południowej. Wprawdzie spora jej część rozgrywa się w Nowym Orleanie, który bardzo lubię i odwiedziłem wielokrotnie, ale Abner Marsh, bohater powieści, pochodzi z Illinois, które z kolei jest bardzo północne. Natomiast ja pochodzę z New Jersey, więc jestem typowym Jankesem, toteż chyba nie przyjęliby mnie w poczet pisarzy Południa. Ale, rzecz jasna, czytałem sporo literatury południowej, która mogła wywrzeć pewien wpływ na Ostatni rejs „Fevre Dream”. Zależało mi na tym, żeby uchwycić jak najwięcej ze specyfiki Nowego Orleanu, jego historii, ponieważ jest to fascynujące miejsce, które ma własne mity i tradycje. Właściwie to ostatnio nabrałem ochoty, żeby napisać coś jeszcze o parowcach − to jeden z tych licznych pomysłów, do których być może powrócę, jeżeli starczy mi życia.

To ciekawe, bo jest to coś, o co chciałem spytać nieco później, ale skoro już o tym mówimy... Czy masz już jakiś pomysł na to, o czym będziesz pisał, kiedy wreszcie ukończysz „Pieśń Lodu i Ognia”?

O, tak − mam ich całkiem sporo. Ale nie potrafię w tej chwili zagwarantować, który z nich zrealizuję. „Lód i Ogień” to ogromne przedsięwzięcie, które zabiera mi znacznie więcej czasu, niż to pierwotnie planowałem, co pewnie zauważyli moi czytelnicy. Kiedy je ukończę, czyli za jakieś pięć, sześć, siedem lat − nie mam pojęcia, ile czasu zajmie mi napisanie ostatnich trzech tomów − będę już innym człowiekiem. Toteż nawet jeśli dziś planuję, że napiszę wówczas taką czy inną książkę, może okazać się, że ten ja z 2015 roku będzie chciał napisać coś zupełnie innego niż ja z 2010. Ale nie brakuje mi pomysłów na powieści i opowiadania. Chciałbym wrócić do pisania opowiadań, bo minęło już sporo czasu, odkąd uprawiałem tę formę. Więc niewykluczone, że kiedy ukończę „Lód i Ogień”, zrobię sobie rok przerwy i napiszę kilka opowiadań.

To znakomicie, bo jestem przekonany, że wielu Twoich czytelników, oprócz kolejnych tomów „Lodu i Ognia”, czeka również na Twoje nowe opowiadania.

A ja bardzo lubię je pisać.

A skoro mówimy o „Pieśni Lodu i Ognia”, jaka była geneza tego dzieła? W jaki sposób ewoluowała koncepcja całości? I czy kiedy zaczynałeś Grę o tron, przypuszczałeś, że będzie to wielotomowa epopeja fantasy?

„Pieśń Lodu i Ognia” tak naprawdę wydobyła się z mojej podświadomości, że tak powiem. Bez wątpienia czytałem sporo fantasy epickiej, a przy tym jakaś cząstka mojej osoby mówiła „Tak, uwielbiam tę literaturę, uwielbiam Tolkiena, więc któregoś dnia powinienem spróbować swoich sił w tej właśnie formule”. Ale tak naprawdę zacząłem pracować nad tym pomysłem mniej więcej na początku lat 90., kiedy wciąż sporo pisałem dla Hollywood. Latem 1991 roku przez kilka miesięcy nie miałem żadnych konkretnych zobowiązań wobec Hollywoodu, żadnych produkcji telewizyjnych ani filmowych, toteż uznałem, że jest to świetna okazja, żeby zabrać się do kolejnej powieści. Zacząłem wówczas pisać coś, co nazywało się Avalon, powieść science fiction osadzoną we wszechświecie, o którym najwięcej pisałem w latach 70. Pisałem więc Avalon, praca szła całkiem nieźle i ni z tego, ni z owego pewnego dnia objawił mi się pierwszy rozdział Gry o tron − nie tyle prolog, który pojawia się w książce na samym początku, ile pierwszy rozdział, w którym bohaterowie znajdują na śniegu wilkora. A obraz ten objawił mi się w sposób tak wyrazisty, że poczułem, iż muszę go zapisać. Odłożyłem więc powieść i zabrałem się do spisywania tej wizji, co zabrało mi jakieś dwa, trzy dni. W chwili kiedy kończyłem ten rozdział, wiedziałem już, co będzie w następnym, więc zacząłem go pisać. I tak jedna rzecz pociągnęła za sobą drugą; nigdy nie wróciłem już do tej powieści s.f., przez większą część tamtego lata pracowałem wyłącznie nad Grą o tron. Potem, gdzieś pod koniec sierpnia 1991 roku, zadzwonił mój hollywoodzki agent i powiedział, że któraś ze stacji telewizyjnych chce, żebym przygotował dla nich pomysły na pilota serialu. Musiałem więc odłożyć Grę o tron i zabrać się do pilotów, z których jeden ostatecznie został zakupiony. Przez to kilka miesięcy 1991 roku, aż do jego końca i cały rok 1992 spędziłem, pisząc scenariusze i przebywając na planie. Przeciągnęło się to aż do 1993 roku, toteż nie mogłem wrócić do powieści przez kilka lat, ale nawet wówczas, kiedy nad nią nie pracowałem, tak naprawdę przez cały czas się we mnie rozwijała. Postacie z Gry o tron wciąż mnie nawiedzały, nieustannie o nich myślałem, toteż gdy tylko objawiło mi się coś nowego, natychmiast sporządzałem notatki. Narysowałem mapkę tego świata. Wiedziałem przy tym, że gdy tylko spełnię swoje najpilniejsze obowiązki względem Hollywoodu, natychmiast zajmę się kończeniem tej powieści. Jak na mnie było to coś niezwykłego, ponieważ przedtem, ilekroć odkładałem jakiś niedokończony projekt, nieodmiennie miałem wielkie trudności, żeby do niego powrócić − zniechęcałem się do niego. W połowie lat 80. miałem już kilkaset stron powieści, ale nigdy jej nie skończyłem, ponieważ straciłem zapał. Podobnie było z wieloma opowiadaniami, początkami innych powieści, i tak dalej. W mojej szufladzie leży wiele tekstów, nad którymi zacząłem pracować, ale z rozmaitych względów byłem zmuszony je przerwać i nigdy już do nich nie wróciłem. Ale w przypadku Gry o tron oraz całego „Lodu i Ognia” było zupełnie inaczej − ponieważ wciąż mnie to nawiedzało, więc skończyłem pracę w Hollywood i rzeczywiście powróciłem do tej powieści. Mój agent zajął się jej promocją, sprzedał ją (w USA bardzo często powieści są kupowane przez wydawnictwa jeszcze na etapie pomysłu − K.W.) i wkrótce okazało się, że nie interesuje mnie już Hollywood, tylko praca nad tym właśnie utworem, któremu całkowicie się oddałem od końca roku 1993 i przez cały 1994, aż do 1995 roku. W tamtym okresie wiedziałem, że będzie to projekt dużych rozmiarów, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo się powiększy. Mój pierwotny pomysł zakładał, że napiszę trylogię, na którą miały się składać Gra o tron, Taniec ze smokami, Wichry zimy − takie właśnie tytuły nadałem historii, którą − jak wówczas sądziłem − rozpiszę na trzy książki. Trzy duże książki, a nawet ogromne, ale nie więcej niż trzy. Tymczasem podczas pisania materiał rozrósł się do niewyobrażalnych rozmiarów. Postacie zaczęły żyć własnym życiem, historia nabrała impetu i przytrafiło mi się dokładnie to samo, co Tolkienowi − kiedy pisał Władcę Pierścieni − który kilkakrotnie wspominał, że jego opowieść rozrosła się w trakcie pisania. Tak samo było w moim przypadku. Aż w pewnym momencie musiałem przyznać, że nie pomieszczę tego wszystkiego w trylogii, toteż postanowiłem, że będą to cztery książki, z których druga miała nosić tytuł Starcie królów. Ale zaraz też zdałem sobie sprawę, że cztery tomy to za mało, że musi ich być sześć. W tej chwili jestem na etapie, kiedy wydaje mi się, że uda mi się zamknąć całość w siedmiu tomach. Tak to wygląda na dziś. Ale na początku nie miałem pojęcia ani o tym, że będzie to dzieło aż tak długie, ani ile czasu zajmie mi w sensie kalendarzowym, bo przecież jest to coś, co zacząłem pisać w 1991 roku, potem wróciłem do tego pod koniec 1993 i wciąż nad tym pracuję.

Jak rozumiem, nie czujesz się jeszcze zmęczony tym przedsięwzięciem? Światem, postaciami...

Nie. Uwielbiam te postacie oraz ich świat. Praca nad ostatnimi dwiema książkami zabrała mi nieco więcej czasu, ponieważ znalazłem się w dość skomplikowanym punkcie fabuły, a ściśle mówiąc jej chronologii, więc musiałem nad nią nieco popracować, o czym wielokrotnie już wspominałem w innych wywiadach oraz na moim blogu − jest to dosyć rzetelnie udokumentowane − ale z pewnością nie czuję się zmęczony tym światem i zamieszkującymi go postaciami i na pewno będę nadal pracował nad tym tak długo, jak długo będzie potrzeba, aby ukończyć całość.

Weź jednak pod uwagę, że nie znaczy to, iż nie interesuje mnie nic ponadto. Niektórzy z moich najbardziej żarliwych wielbicieli sądzą, że skoro robię coś innego, to oznacza, iż straciłem zainteresowanie „Pieśnią Lodu i Ognia”. Nic bardziej mylnego. Kocham to dzieło i uwielbiam pracować nad nim, ale lubię też inne rzeczy, które pomagają mi zachować równowagę psychiczną, bo przecież gdyby jedynym projektem w moim życiu była wyłącznie „Pieśń Lodu i Ognia”, nad którą pracowałbym dwadzieścia cztery godziny na dobę, wkrótce był zwariował. Więc lubię od czasu do czasu napisać opowiadanko, popracować nad redakcją antologii z Gardnerem Dozois, nad moim projektem o nazwie „Wild Cards”, do którego piszę, jak również go redaguję, a jest on starszy od „Lodu i Ognia” o dobrych kilka lat, bo zacząłem go realizować w połowie lat 80.

To znakomicie.

Ja też tak uważam, ale są czytelnicy, którzy ortodoksyjnie uznają wyłącznie moją sagę fantasy.

Co nasuwa mi takie oto pytanie: nie obawiasz się, że zostaniesz zaszufladkowany jako autor „Pieśni Lodu i Ognia”, a Twoje kolejne utwory, a nawet te starsze, przez fanów sagi będą ignorowane?

Rzeczywiście, kiedy spotykam się z czytelnikami, których interesuje wyłącznie „Pieśń Lodu i Ognia” i nie mają ochoty czytać żadnej z moich innych książek, napawa mnie to nieco obawą. Ale nie jestem pierwszym pisarzem, który staje w obliczu podobnego problemu. Jakoś trzeba sobie z tym radzić, kiedy jeden z twoich utworów zyskuje większą popularność niż pozostałe. Arthur Conan Doyle miał ten sam problem w związku z Sherlockiem Holmesem. Mimo że pisał również inne książki, między innymi historyczne, czytelnicy domagali się kolejnych opowieści o Holmesie.

Wspomniałeś o bardzo istotnym aspekcie „Pieśni Lodu i Ognia”, mianowicie o tym, że fabuła w pewien sposób objawiła Ci się; nie musiałeś jakoś szczególnie jej konstruować, robić wielu notatek itd. Ale co z samą strategią literacką tych powieści, która jest szalenie interesująca, bo mnożysz wątki, zmieniasz punkty widzenia, a do tego nie opowiadasz całej historii chronologicznie, coraz to dodajesz nowe perspektywy czasowe. Czy ta struktura również w jakiś sposób Ci się objawiła? A może wynikła dopiero w trakcie pracy?
 
Uznałem, że będzie to najlepsza strategia dla tych książek. Miała ona kilka różnych źródeł, a jednym z nich był Tolkien. Jeśli przyjrzysz się uważnie Władcy Pierścieni − jednej z moich ulubionych powieści, do których systematycznie powracam − to okaże się, że Tolkien jest ojcem całej współczesnej fantasy... Owszem, istniała fantasy przed nim, ale to on zdefiniował ją na nowo, toteż fantasy, jaką znamy obecnie, w dużej mierze znajduje się w cieniu Tolkiena. Jeśli zatem przyjrzysz się Władcy Pierścieni, zauważysz, że Tolkien zaczyna od narracji całkowicie skoncentrowanej na Shire. Czytelnik znajduje się w Shire, fabuła dotyczy dość niewielkiej grupy postaci, cały świat zaś wydaje się bardzo mały. Podróż na drugi koniec Shire to bez mała heroiczna wyprawa. Ale z czasem świat staje się coraz większy, pojawia się coraz więcej postaci, zawiązuje się Drużyna Pierścienia, fabuła rozrasta się, a w punkcie, w którym drużyna się rozpada, fabuła zostaje rozbita na wiele różnych wątków, rozgrywających się setki mil od siebie i ukazujących różne wydarzenia. Pierwotna grupa bohaterów zostaje podzielona na podgrupy. Ta strategia okazała się bardzo trafna, toteż moja metoda konstrukcyjna w przypadku „Lodu i Ognia” jest bardzo podobna. Zaczynam od bardzo niewielkiej liczby postaci, z czasem pojawia się ich coraz więcej, aż w końcu zostają one rozdzielone, więc w tym względzie szedłem śladami Tolkiena, stosując taką samą strukturę. Innym jej źródłem była moja seria „Wild Cards”. Jest to cykl antologii, których fabuła rozgrywa się w jednym świecie i które, jak już wspomniałem, redaguję od połowy lat 80. W tej chwili pracuję nad tomem dwudziestym pierwszym. Do stworzenia go zainspirowały mnie komiksy, które czytywałem w dzieciństwie. Jest to świat superbohaterów, rzeczywistość podobna do naszej, ale taka, w której funkcjonują ludzie o nadludzkich zdolnościach. W cały projekt zaangażowanych jest około trzydziestu pisarzy, z których każdy stworzył własnego bohatera i opowiada jego historię osadzoną w tym właśnie świecie, toteż często bywa tak, że bohaterowie ci spotykają się ze sobą, jedni się lubią, inni nie, przeżywają romanse, toczą walki. Jeszcze na początku całej serii, w tomie trzecim, wypracowaliśmy formułę, którą nazwaliśmy powieścią mozaikową. Polega ona na tym, że zamiast opowiadać historię każdego bohatera oddzielnie, wybieraliśmy sześciu z nich, czas akcji zawężaliśmy do jednego dnia, sześciu pisarzy pisało o swoich bohaterach, a ja łączyłem je ze sobą, żeby nadać fabule spójność, stworzyć mozaikę. A zatem wszystkie postacie funkcjonują w jednej czasoprzestrzeni, w której się spotykają itd., ale każdy twórca pisał o swoim bohaterze z własnego, odrębnego punktu widzenia. Formuła ta okazała się bardzo wymagająca, ale jednocześnie niezmiernie spodobała się czytelnikom. Kilka lat później, kiedy już pracowałem nad „Lodem i Ogniem”, uznałem, że mógłbym zastosować ową konstrukcję mozaikową, przy czym zamiast sześciu różnych pisarzy snujących opowieść o każdej postaci, będę pisał o nich sam. Coś jak jednoosobowa orkiestra, bo sam gram na wszystkich instrumentach, mając jednak nadzieję, że udaje mi się wykonać spójny utwór muzyczny.

A co wobec tego mógłbyś powiedzieć o samych postaciach? Odmalowujesz je z dużą dbałością o szczegóły psychologiczne, ich indywidualne motywacje i charaktery. Czy było to coś, co planowałeś od samego początku? I jakiego rodzaju przygotowania wymagało to od Ciebie? Jakie były źródła „Lodu i Ognia”?

Zawsze postrzegałem postacie jako kluczowy aspekt prozy. W szczególności fantastyka naukowa ma reputację literatury pomysłów, czy też literatury opartej na fabule. Bez wątpienia zarówno pomysły, jak i fabuła są ważne, ale w moim odczuciu najistotniejszym powodem, dla którego czytamy prozę, prawdziwą jej siłą są postacie. „Ludzkie serce w konflikcie z samym sobą”. To jedyna rzecz, o której warto pisać. Poza tym ludzie zawsze mnie fascynowali. Więc właściwie we wszystkim, co pisałem, kładłem duży nacisk na postacie. Jeśli zaś chodzi o „Pieśń Lodu i Ognia”, zaczynałem pisać całość z myślą, że będzie to saga fantasy, ale jednocześnie nie interesowało mnie wyłącznie naśladowanie Tolkiena. Dużo czytam, nie tylko fantasy czy sf, a moim drugim ulubionym gatunkiem literackim jest proza historyczna. Najciekawsze powieści historyczne dają duże poczucie realizmu, którego często brakuje w fantasy, toteż zależało mi na tym, żeby go uchwycić. Chciałem więc połączyć klasyczną epopeję fantasy z najciekawszymi aspektami powieści historycznej. Jest dużo kiepskiej fantasy, która rozgrywa się w swego rodzaju disnejowskiej wersji średniowiecza, w której są królowie i szlachta, walki na miecze i pościgi na koniach, ale podczas lektury staje się jasne, że ich twórcy nie mieli pojęcia, jakie były realia życia w tamtym okresie. Czytywałem te powieści i doprowadzały mnie one do szału. Trzeba naprawdę przebić się przez sporą ilość materiału, żeby dotrzeć do prawdziwych realiów epoki i żeby je oddać. Nie uważam się za historyka, tylko dlatego że czytałem również sporo popularnych książek historycznych, nie przegryzałem się przez dzienniki ani zapiski, ale przeczytałem sporo tekstów o średniowieczu i antyku, a także innych okresach historycznych, które mnie zafascynowały, więc kiedy zaczynałem pisać „Pieśń Lodu i Ognia”, wszystko to stanowiło materiał wyjściowy.

− rozmawiał Konrad Walewski


Cały wywiad dostępny jest w numerze WIOSNA 2010.


CZYTAJ TAKŻE