WYWIADY

Odczuwam związek z różnymi pisarzami różnych czasów. W przypadku dziewiętnastego wieku jest to ton, który odkryłem, choć nie uważam, żebym był jakoś szczególnie zanurzony w twórczości wielkich pisarzy tego stulecia. Ów ton wydaje mi się względnie łatwy do przyjęcia, ale daje on również możliwość zarysowywania pewnych niuansów. 

Warto korzystać z wolności

rozmowa z Ianem R. MacLeodem

Fantastykę – zwłaszcza science fiction – często określa się mianem literatury pomysłów, idei, ale Twoje pisarstwo jest niezwykle wysublimowane stylistycznie. Co jest dla Ciebie ważniejsze: pomysły czy literackość? I w jaki sposób utrzymujesz między nimi równowagę?

W świecie idealnym zapewne chciałbym, aby były one płynnie połączone, zawsze bowiem podziwiałem pisarstwo, w którym styl i fabuła, a także podteksty oraz przesłanie są ze sobą niezauważalnie splecione. Taki jest ideał, do którego staram się dążyć. Potencjalnie to pewnie koncepcja pretensjonalna, ale jednocześnie jest to coś, w czym pisarz najczęściej ponosi porażki, toteż zawieranie kompromisów staje się koniecznością. Dla mnie poniekąd są to aspiracje, których jestem świadomy podczas pisania, a jedną z motywacji sprawiających, że wciąż piszę, jest pragnienie łączenia tych elementów ze sobą; walka pomiędzy tymi dwoma rodzącymi się w myślach podczas pisania aspektami oraz rozwijające się napięcie, ale także świadomość, że czasami jest to niemożliwe. Dla mnie jest to zatem cel i główne założenie, które nie zawsze udaje się zrealizować.

Czy oznacza to, że kiedy masz pomysł, kiedy wiesz, co chcesz powiedzieć, szukasz odpowiedniej formy, czy też po prostu od razu wiesz, w jakiej formie to wyrazić?

Wydaje mi się, że poszukiwanie formy można również nazwać poszukiwaniem głosu. Jest on niezwykle istotnym aspektem przesłania, tego, co masz do powiedzenia. Jako pisarz lubię używać rozmaitych głosów na poziomie świadomym, głównie dlatego, że po prostu lubię wyzwanie, jakie stawia pisanie o czymś na różne sposoby. Częściowo jest to również pragnienie zrozumienia siebie i przedstawienia rozmaitych punktów widzenia. Poszukiwanie głosu narracyjnego jest zatem do pewnego stopnia splecione z poczuciem tego, jaki dokładnie jest ton, sens oraz przesłanie, które staram się przekazać. Przypuszczam więc, że praca nad tekstem uświadamia mi, jak silnie te elementy są ze sobą powiązane.

Jednak twoje pisarstwo stylistycznie w znacznie większym stopniu nawiązuje do literatury dziewiętnastowiecznej i modernizmu niż do, ogólnie mówiąc, prozy współczesnej. Czy zatem jako pisarz współczesny odczuwasz jakąś więź z pisarzami dziewiętnastowiecznymi lub klasycznymi?

Odczuwam związek z różnymi pisarzami różnych czasów. W przypadku dziewiętnastego wieku jest to ton, który odkryłem, choć nie uważam, żebym był jakoś szczególnie zanurzony w twórczości wielkich pisarzy tego stulecia. Ów ton wydaje mi się względnie łatwy do przyjęcia, ale daje on również możliwość zarysowywania pewnych niuansów. Niemniej jednak jest to coś, czego jako pisarz świadomie używałem na różne sposoby, a jednocześnie chciałem od tego odejść, żeby spróbować innych technik narracyjnych. Wspominając pisarzy modernistycznych, kogo dokładnie miałeś na myśli?

Na przykład Prousta...

No tak... Uwielbiam jego pisarstwo. W jednym z programów radiowych mamy tu w Anglii taką zabawę, polegającą na wybieraniu książki, którą zabrałoby się ze sobą na bezludną wyspę. Sądzę, że zabrałbym W poszukiwaniu straconego czasu.

Wszystkie siedem tomów?

Tak, jako jedno dzieło, choć W stronę Swanna jest moim ulubionym tomem.

Moim chyba też...

Proust nie miał sobie równych pod względem stylu – dorównywał mu może Scott Fitzgerald, którego twórczość to mniej więcej ten sam okres...

... chociaż inna kultura...

... inna kultura, ale jego pisarstwo również uważam za doskonałe. Bardzo interesuje mnie odejście od wielkich narracji wiktoriańskich, o których rozmawialiśmy wcześniej, w szczególności zaś owo połączenie starego i nowego, reprezentowane przez modernizm. Wielką przyjemność sprawia mi sztuka znajdująca się na krawędzi tych dwóch przestrzeni. Na przykład pisarz, o którym przedtem rozmawialiśmy (parokrotnie podczas wywiadu pisarz odnosi się do rozmów o literaturze, jakie odbyliśmy przed nagraniem − K. W.), Thomas Hardy, używa czegoś, czego jeszcze nie można nazwać środkami modernistycznymi, ale w swoich powieściach jest bardzo śmiały – do tego stopnia, że musiał zarzucić pisanie prozy i zwrócić się ku poezji, po tym jak jego ostatnia powieść wywołała zgrozę w kręgach krytycznych. A z drugiej strony są pisarze tacy jak Proust, którzy wynoszą seksualność i niknącą pamięć na zupełnie nowy poziom. Całe poczucie tej epoki, w której ludzie odkrywali nowe sposoby wyrazu − Strawiński i Prokofiew w muzyce − jest dla mnie bardzo istotne.

Czerpali inspirację z rozmaitych źródeł, włącznie z technologią.

Tak − futuryzm, który przecież jest jedną z wczesnych form s.f. w sztuce. Wszystkie te elementy łączyły się na okładkach czasopism fantastycznonaukowych. Ta właśnie epoka jest dla mnie bardzo ważna, była też chyba złotym wiekiem odkryć. Sztuki plastyczne oraz muzyka klasyczna nigdy tak naprawdę nie dorównały chwale tamtych lat, może dopiero w czasach ekspresjonizmu abstrakcyjnego, za Pollocka, ale trudno umieścić to na jednym poziomie z dziełami Picassa i modernistów. Przekłada się to nawet na architekturę. Wielkie nowe marzenie, które nigdy się nie ziściło, bo przecież architektura Le Corbusiera została zredukowana do wieżowców i od tamtej pory ulega stałej dekonstrukcji. Może Pollock oraz dzieła abstrakcyjnych ekspresjonistów miały coś w sobie, ale z czasem zaczęły karleć do czegoś, co dziś wymaga wyjaśniania. Dawno temu świetnie ujął to Tom Wolfe w książce zatytułowanej The Painted Word, pisząc, że płótno mogło stać się całkowicie puste, co musiało być wyjaśniane prozą za pomocą znajdującej się obok notatki. Ogólnie biorąc, lata 1890−1930 to epoka, która szczególnie mnie interesuje.

A co z klasyczną literaturą angielską, powieścią osiemnastowieczną?

Nie miała na mnie jakiegoś większego wpływu.

Zawsze mi się wydawało, że Tristram Shandy Sterne’a musiał mieć wpływ na każdego brytyjskiego pisarza.

Nie, nawet go nie czytałem. Moja edukacja pod tym względem jest niepełna. Ogromnie mi się podobały Podróże Guliwera, ale ogólnie moje lektury nie sięgają aż tak daleko w przeszłość. Romantycy chyba w większym stopniu trafiają w moje zainteresowania.

Ciekawe, bo to przecież Nowa Fala przyniosła świadomość całej tradycji literackiej dla pisarzy s.f.. A Ty chyba należysz do pokolenia, które czerpało sporo inspiracji z twórczości pisarzy nowofalowych.

Tak, w bardzo dużym stopniu. Jako nastolatek czytywałem Clarke’a, Asimova oraz wielu innych pisarzy Złotego Wieku s.f., a potem, wraz z moim dojrzewaniem i rozwojem, pojawili się nowi pisarze. Ujawniły się u nich wpływy, których nie byłem świadomy, bo nie znałem Williama Burroughsa ani Jacka Kerouaca. Dowiedziałem się wówczas sporo o Prouście i literaturze modernistycznej.

Było to pierwsze pokolenie twórców fantastyki, którzy chcieli być prawdziwymi pisarzami, chcieli być postrzegani jako część historii literatury.

Tak. Mnie się wówczas wydawało, że taka będzie właśnie przyszłość, więc taką literaturę chciałem uprawiać. W tym samym czasie zaczynałem odkrywać literaturę angielską oraz pisarzy takich jak Scott Fitzgerald czy D.H. Lawrence, który jest dla mnie kolejną postacią kluczową, przełomową we współczesnej literaturze.

Podważającą wszystkie możliwe tabu tamtych czasów...

Rzeczywiście. A opowiadania takie jak Chłopiec i jego pies odegrały podobną rolę w historii fantastyki.

Odnoszę wrażenie, że – podobnie jak wielu pisarzy o postmodernistycznym rodowodzie – lubisz zabawę konwencjonalnymi fabułami, a nawet mitami. Twoje ostatnie opowiadanie dla nas (Drugie przekroczenie Styksu) stanowi oczywiste odniesienie do mitologii greckiej. Czy rzeczywiście lubisz postmodernistyczną zabawę z konwencjonalnymi fabułami albo mitami?

Tak, lubię, aczkolwiek wydaje mi się, że w pewnym sensie w fantastyce naukowej pociąga mnie nie tyle sama ta gra, ile coś innego. Podam ci przykład: w opowiadaniu Drugie przekroczenie Styksu chciałem wykorzystać dobry pomysł fabularny w ciekawy sposób. Z mojego świadomego punktu widzenia to opowiadanie stanowi grę z pewną konwencją rodem z czarnego kryminału, w której naiwny mężczyzna, myślący wyłącznie penisem, spotyka bardzo elegancką kobietę i daje się wciągnąć w intrygę, której konsekwencji nie przewidział. Taką właśnie fabułą się posłużyłem, i to nie w sposób ironiczny. Ostatnio czytywałem sporo znakomitej prozy detektywistycznej, zwłaszcza amerykańskiej, w której pojawiają się konwencjonalne wątki, a jednocześnie są one dekonstruowane. Spróbowałem zatem zrobić coś podobnego, choć moim celem było zawarcie pomysłu w przyjemnym w lekturze opowiadaniu.

Czy to oznacza, że kiedy obmyślasz fabułę, jednocześnie myślisz o czytelniku, o tym, jak zapewnić mu rozrywkę, czy może raczej koncentrujesz się na tym, co opowiadanie będzie znaczyło dla Ciebie w sensie rozwoju artystycznego?

Koncentruję się na tym, żeby opowiadanie wywarło na czytelniku odpowiednie wrażenie, ale w zasadzie niewiele o nim myślę. Mam nieco idealistyczny, a może nawet arogancki stosunek do pisania, kiedy pracuję nad tekstem, bo wierzę, że kiedy to robię, staram się otrzeć o coś, co mnie interesuje. Przeczuwam, że gdzieś istnieje opowiadanie, które w pewnym sensie zostało już napisane, a ja muszę się tylko zbliżyć do niego na tyle, na ile to możliwe, i znaleźć sposób na przekazanie go. Jestem przekonany, że sam kamień zawiera w sobie ideę posągu, który staram się uwolnić, kiedy piszę.

Ale Twoje opowiadania stanowią szersze spektrum tematów i nawiązań niż powieści.

Do pewnego stopnia eksperymentowanie z różnymi technikami narracyjnymi, podejmowanie większego ryzyka lepiej wychodzi w krótkiej formie. Wydaje mi się, że pewne konwencje oraz tropy powieściowe trudniej poddają się naciskowi. Ale z kolei jednym z fundamentalnych aspektów powieści, mniej oczywistym w opowiadaniu, jest bohater, a przypuszczam, że postacie w Drugim przekroczeniu Styksu potraktowałem sobie dość lekceważąco, gdy tymczasem nabrałyby one znacznie większej głębi w powieści.

Obie Twoje najbardziej znane powieści − Wieki światła i Dom burz − a także kilka opowiadań są głęboko zakorzenione w historii Wielkiej Brytanii. Do jakiego stopnia inspiruje Cię ona i motywuje do tego, żeby ją przetwarzać?

Jeśli rozejrzysz się po świecie, dostrzeżesz pewne rzeczy i uznasz, że chcesz coś o nich opowiedzieć, jedną z myśli, jakie przychodzą do głowy, jest możliwość tworzenia rozmaitych scenariuszy. Niektóre mogą się odnosić do miejsca, z którego pochodzisz. Lubię pisać o różnych miejscach i czasach, więc dla mnie pisanie o Wielkiej Brytanii jest ucieczką od pisania o innych sprawach, które również poruszam. Rzeczywiście odczuwam to, że jestem Anglikiem, choć raczej nie w sensie produktu kraju, w którym dorastałem – w rezultacie chcę pisać o sprawach, które − mam taką nadzieję − są uniwersalne, ale osadzić je w dobrze znanym mi kontekście. A jednocześnie sprawia to, że nie chcę pisać o Wielkiej Brytanii, tylko o innych miejscach i czasach.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt obu tych powieści. Ukazują one mianowicie element magiczny ujęty w ramy technologiczne. Eter jest jednocześnie magią i technologią. I tak jak po rewolucji industrialnej przyszła refleksja, że każda technologia ma swoją ciemną stronę, tak i w Twoich powieściach ukazujesz ją w stosunku do eteru. Czy miałeś w tym względzie te same odczucia co pisarze nowofalowi, będący pierwszym pokoleniem fantastów, które zaczęło ukazywać negatywne aspekty technologii?

Nie postrzegam technologii jako czegoś fundamentalnie destruktywnego, nie mam do niej jakiegoś teologicznego stosunku. Terminu „teologiczny” używa się często w debatach na temat energii nuklearnej, ponieważ niektórzy ludzie wysnuwali wobec niej obiekcje natury teologicznej, co w praktyce oznacza „Nie chcemy jej”, podczas gdy inni mają obiekcje natury naukowej, oparte na teoriach gospodarczych oraz potencjalnych zagrożeniach, jakie ze sobą niesie. Ja w stosunku do technologii przyjmuję postawę naukową. Jestem doskonale świadom tego, że nasze życie jest praktycznie w całości od niej uzależnione – cieszę się, że żyję w takich właśnie czasach, więc pod tym względem jestem jej zwolennikiem. Wydaje mi się, że częściowo odziedziczyłem po moim ojcu, który pochodził ze Szkocji, pewien kalwiński i purytański pierwiastek. Wynika z niego przeświadczenie, że wszystko, co widzę dookoła, nie przetrwa, nie da się tego utrzymać, że są ludzie na świecie, którzy nie mają nawet tego, a my zużywamy zbyt wiele zasobów naturalnych. A wszystko to jest bankietem na grobach naszych wnuków, bo to one poniosą prawdziwe konsekwencje tego, co robimy. Staram się zatem równoważyć w sobie te dwie postawy.

A czy to nie jest w pewnym sensie bardzo tolkienowskie? Mieszkasz w przepięknym zakątku Anglii, wokół Twojego domu rozciąga się bujna przyroda. Kilkakrotnie wyrażałeś już obawę, że wszystko to wcześniej czy później może zostać pochłonięte przez technologię czy też nowoczesny styl życia.


Tak naprawdę nie wiemy tego i starałem się to wyrazić w Wiekach światła i Domu burz. Tak, wszystko, co dobre, ma swój negatywny aspekt. Wydaje mi się jednak, że pod wieloma względami jestem pisarzem fantastycznonaukowym, a jest to jeden z tropów tej literatury, który umieściłem w kontekście fantasy w nieco większym stopniu, niż czynią to inni twórcy. Z drugiej strony w paradygmacie fantasy wróżka daje ci trzy życzenia, albo nawet tylko jedno, i nieodmiennie z chwilą, gdy się spełnia, nie otrzymujesz tego, czego się spodziewałeś. Kiedy dostajemy laptopy, samochody i tak dalej, jakaś cząstka nas zastanawia się, jaka jest tego ciemna strona. Wydaje mi się, że jest to jeden z podstawowych aspektów kondycji ludzkiej.

Sam świat tych powieści jest niezwykle fascynujący. Czy chciałbyś powrócić do niego w przyszłości?

Chciałbym, i to bardzo. Jeśli do tego dojdzie, akcja kolejnej powieści będzie się rozgrywała w dalszej przyszłości. Chciałbym przedstawić w niej społeczeństwo międzyplanetarne, co będzie miało swoje implikacje. Już od pewnego czasu rozpatruję pomysł stworzenia swego rodzaju wiktoriańskiej inżynierii w kosmosie. Na razie moja wyobraźnia sięga do tego właśnie punktu. Zacząłem jednak obrabiać ten pomysł i doszedłem do wniosku, że znacznie bardziej interesujące będzie pójście nieco dalej i stworzenie planety, na której funkcjonuje oparta na magii inżynieria. Tak to sobie mniej więcej w tej chwili wyobrażam.

Twoje powieści, jak również niektóre opowiadania, ukazują alternatywną Anglię mniej więcej w ten sam sposób, w jaki funkcjonuje to w powieściach Chiny Miéville’a. Do jakiego stopnia czułeś się usatysfakcjonowany terminem New Weird, kiedy się pojawił, bo przecież w sposób dość naturalny wielu krytyków włączyło Cię do tego ruchu?

Kiedy po raz pierwszy mnie o to zapytano, moją reakcją było pytanie: „Ale co to jest?”. Rzadko się zdarza, żeby grupa artystów siadła sobie w barze i stwierdziła, że od dziś będzie nazywać się tak a tak. Może tak było w przypadku Prerafaelitów, ale w zasadzie nie zdarza się to często. A kiedy tak się dzieje, prawie nigdy nic z tego nie wychodzi. Z początku nie utożsamiałem się więc z ruchem New Weird, ponieważ robiłem to, co robiłem, i byłem w stanie zaakceptować New Weird jako swego rodzaju ironiczne podejście do niektórych tropów fantasy wzbogaconych elementami s.f., co właściwie było dość oczywistym kierunkiem, zwłaszcza w przypadku fantasy. Podczas gdy fantasy tolkienowska jest zasadniczo wiejska, większość współczesnych ludzi żyje w miastach, które kształtują ich doświadczenie życiowe. Pole, owce, zamek na wzgórzu to coś, co widzimy wyłącznie podczas wakacji na wsi, na co dzień jednak widujemy zupełnie inne rzeczy. Z czasem zacząłem nieco więcej zastanawiać się nad New Weird i doszedłem do wniosku, że jednak istnieje pewien związek między moimi utworami a utworami twórców określanych tym mianem.

− rozmawiał Konrad Walewski


Cały wywiad dostępny jest w numerze WIOSNA 2011.


CZYTAJ TAKŻE