WYWIADY

fot. © 2011 Melissa C. Beckman (Na zdjęciu Carol Emshwiller obok własnego portretu z młodości pędzla jej męża, Eda).

fot. © 2011 Melissa C. Beckman (Na zdjęciu Carol Emshwiller obok własnego portretu z młodości pędzla jej męża, Eda).

Obecnie bardzo lubię fabułę, acz nie konstruuję jej z wyprzedzeniem. Nigdy nie wiem, dokąd prowadzi mnie opowiadanie. Natrafiam na fabułę podczas pisania. Wydaje mi się, że moje fabuły są przez to bardziej złożone niż byłyby, gdybym usiłowała skonstruować je zawczasu. Często brnę w ślepą uliczkę i wówczas muszę wychodzić z niej przy pomocy fabuły. Kiedy dowiedziałam się, że Tony Hillerman posługuje się podobną techniką, zdumiałam się tym, że nawet pisząc złożone kryminały można sobie na to pozwolić.

Minimalistyczna strukturalistka

rozmowa z Carol Emshwiller

Co pociągnęło Cię ku pisaniu prozy? I czy kiedy doszłaś do wniosku, że chcesz pisać, wiedziałaś, że będzie to s.f.?

Wszystko od niej się zaczęło. Nigdy nie chciałam uprawiać prozy. Prawdę mówiąc, to nie znosiłam pisać. Wciąż mam problemy z pisownią. Zajmowałam się muzyką i malarstwem. Ale byłam marnym muzykiem, ze względu na powolne palce i powolne czytanie. Kiedy byłam dzieckiem, nie wiedzieliśmy nic na temat dysleksji, a teraz okazuje się, że ją mam. Wciąż należę do najwolniej czytających na świecie osób. Ale byłam niezłą artystką. Mojego męża poznałam w szkole artystycznej. I dopiero kiedy został ilustratorem literatury s.f., zetknęłam się z tym środowiskiem. Polubiłam tych ludzi tak bardzo, że chciałam do nich dołączyć. A oni mówili o tworzeniu literatury w taki sposób, jak gdyby było to coś, co może uprawiać każdy. Mówili o „zasadach” pisania i „technikach”. Zajęcia z literatury na uniwersytecie, na jakie uczęszczałam, odstręczyły mnie od pisania. Trzeba było być ponadprzeciętnym, żeby pisać.

Po okresie tworzenia i publikowania s.f., wyłączyłam się z tej dziedziny na jakiś czas, żeby zając się pisaniem bardziej literackim. Ale z wiekiem nie chciało mi się czekać półtora roku na kolejny list odmowny, więc wróciłam do s.f., ponieważ redaktorzy fantastyki zwykle odpisywali po miesiącu.

Chwileczkę. Chcesz przez to powiedzieć, że nie postrzegasz s.f. jako twórczości wystarczająco literackiej?

Nie. Pod żadnym pozorem, choć jestem zdania, że w s.f. publikuje się więcej tekstów słabych literacko niż w głównym nurcie. Ale jest bardzo dużo utworów, które niczym nie ustępują tak zwanej prozie literackiej. Niekiedy są to dzieła urzekające swoją subtelnością. Niedawno ponownie przeczytałam What I Didn't See Karen Joy Fowler. Nie przychodzi mi do głowy nic bardziej literackiego. Tom Disch był pisarzem niezwykle literackim.

Kim byli ludzie w czasach Twoich początków, którzy sprawili, że postanowiłaś pisać?

Największy wpływ wywarł na mnie Damon Knight. To co pisał, to co mówił, to co głosił na temat pisania jako lider konferencji literackich w Milford. Sprawiał, że każdy aspekt pisarstwa wydawał się ekscytujący.

Jak wyglądało amerykańskie środowisko s.f., kiedy w nie weszłaś?

Problem polega na tym, że byłam tak nieśmiała i przepełniona podziwem dla największych twórców fantastyki, że prawie tego nie pamiętam. Moja nieśmiałość stanowiła największą przeszkodę. Zetknęłam się z wieloma pisarzami, ponieważ brałam udział w owych pierwszych warsztatach w Milford, ale czułam przed nimi zbyt duży respekt, żeby nawiązać prawdziwe przyjaźnie. 

Ale ostatecznie do tego doszło?

Tak. Obecnie mam bardzo wielu przyjaciół ze środowiska s.f. A przy tym tak wielu naprawdę bliskich, że nie zdołałabym tu wszystkich wymienić. To właśnie kocham w tym środowisku. Choć teraz odczuwam to tak, jakbyśmy po prostu razem dorastali. Z Damonem też w końcu bardzo się zaprzyjaźniłam.

Jesteś publikującą pisarką od lat pięćdziesiątych minionego wieku. Należałaś do tego środowiska, kiedy dokonywały się największe zmiany i tworzyły ruchy: Złoty Wiek, Nowa Fala, cyberpunk, New Weird. Który z nich okazał się dla Ciebie najbardziej kształtujący artystycznie? 

Należałam do ruchu nowofalowego − a przynajmniej tak mi mówili. Tom Disch i jeszcze kilku nowofalowców często rozmawialiśmy o tym, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z przynależności do Nowej Fali, póki nie zaczęto o niej pisać i włączać nas do niej.

Znalazłam się również pod wpływem filmów eksperymentalnych mojego męża. Prowadził zajęcia o nazwie Strategie konstrukcyjne. Uczył o tym, jak tworzyć strukturę bez „fabuły”. W czasach Nowej Fali próbowałam korzystać z tej metody w moim pisarstwie. Chciałam, żeby moje teksty były zbudowane bez pomocy fabuły.

Później te eksperymenty, podobnie jak sama Nowa Fala znużyły mnie. Pojawiło się też zbyt wielu pisarzy, którzy twierdzili, że piszą tak jak ja, a tymczasem w ich tekstach nie było żadnej struktury. Ja, bez względu na to, co piszę, myślę o sobie jako o strukturalistce.

Obecnie bardzo lubię fabułę, acz nie konstruuję jej z wyprzedzeniem. Nigdy nie wiem, dokąd prowadzi mnie opowiadanie. Natrafiam na fabułę podczas pisania. Wydaje mi się, że moje fabuły są przez to bardziej złożone niż byłyby, gdybym usiłowała skonstruować je zawczasu. Często brnę w ślepą uliczkę i wówczas muszę wychodzić z niej przy pomocy fabuły. Kiedy dowiedziałam się, że Tony Hillerman posługuje się podobną techniką, zdumiałam się tym, że nawet pisząc złożone kryminały można sobie na to pozwolić.

To brzmi tak, jakbyś była pisarką intuicyjną. Co wobec tego stanowi obecnie inspirację dla Twoich tekstów, skoro nie jest to pomysł na fabułę? Emocje? Sytuacje? Ludzie?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się, że mam fabułę „pod palcami”. Że czai się ona gdzieś za moimi plecami. Ilekroć w opowiadaniu dokonuje się zwrot wydarzeń, jest to zwrot fabularny. Ale lubię zaczynać od głosu narracyjnego, który jest przecież postacią w tekście. Jak wiesz, przeważnie piszę w pierwszej osobie. Lubię wchodzić w postacie. To sprawia, że miewam niekiedy kłopoty, ponieważ ludzie uważają, że wygłaszane prze nie opinie należą do mnie. Nigdy tak nie jest. Ale z drugiej strony nawet u Szekspira pojawia się niemądry starzec, Poloniusz, który stwierdza: „Pożyczek nie bierz ani nie udzielaj.” A każdy twierdzi, że jest to opinia samego Szekspira. Ludzie będą to robić, nawet jeśli napiszę opowiadanie z punktu widzenia nadętego chama. Tak to już jest.

Twój mąż, Ed, był wybitną postacią amerykańskiego światka fantastycznego. Studiowaliście razem projekt artystyczny w Paryżu. Czemu właściwie zostałaś pisarką a nie artystką, jak on?

Nie mam pojęcia, czemu zaczęłam pisać, skoro nie znosiłam tego prze tak długi czas. Nie wiem też, czemu pisanie mnie tak niesamowicie wciągnęło. Być może dlatego, że nigdy tego nie robiłam, nigdy nie chciałam, więc było to coś nowego. A może dlatego, że uznałam, iż jest to najtrudniejsza dziedzina sztuki, bo zawiera w sobie tak wiele różnych aspektów. A ja być może byłam nazbyt przywiązana do sztuk plastycznych i muzyki.

A co jeszcze, poza literaturą, ukształtowało Twoją wrażliwość artystyczną?

Poza literaturą? Góry i chodzenie po nich. Nigdy nie doświadczyłam takiego uniesienie i piękna jak w górach. Nigdzie indziej nie zdarzyło mi się, żebym wyszła za róg i nagle ujrzała panoramę przykrytych śniegiem gór i nieoczekiwanie krzyknęła z zachwytu. To przytrafiło mi się dwukrotnie, kiedy samotnie chodziłam po górach. Ilekroć mogę umieścić góry w opowiadaniu, robię to.

Zwierzęta... Napisałam kilka opowiadań z perspektywy zwierząt. Mój pobyt na ranczu w Kalifornii przez kila sezonów z rzędu w okresie letnim zainspirował sporo opowiadań i powieści.
   
Uczęszczałam na zajęcia z psychologii zwierząt, które zwykle są ofiarami drapieżników. Zainspirowało to moją powieść The Mount, w której jeżdżą one na drapieżnikach, a nie odwrotnie, jak robimy to my, drapieżniki.

Być może się mylę, ale The Mount to Twoja najbardziej fantastycznonaukowa powieść. Wykorzystujesz w niej topos inwazji obcych, ale również nawiązujesz w niej do problemu niewolnictwa, zajmujesz się owym mentalnym przywiązaniem do pewnego paradygmatu społecznego, który sprawia, że ludzie czują, iż życie niewolnika jest lepsze...

Punkt wyjścia dla tej powieści nie miał nic wspólnego z niewolnictwem, choć do pewnego stopnia miał, bo przecież konie są niewolnikami. Zastanawiałam się przede wszystkim nad tym, jakby to było, gdyby zwierzę, z niemal trzystusześćdziesięciostopniowym zakresem wzroku, lepszym słuchem i węchem dosiadało drapieżnika. Z takim pomysłem chciałam popracować. Ponieważ konie są niewolnikami, nie mogłam uniknąć tego problemu, choć pojawił się on raczej przypadkowo. Taki musiał być tego efekt końcowy, biorąc pod uwagę sytuację wyjściową. Natomiast prawdziwy gniew zainicjował moje opowiadania antywojenne.
   
Ursula Le Guin nazwała Cię „jednym z najsilniejszych, najbardziej złożonych, najbardziej konsekwentnych głosów feministycznych w prozie”. Czy od początku wiedziałaś, jaką problematykę chcesz artykułować, czy też była to swego rodzaju ewolucja światopoglądowa?

Nigdy nie rozumiałam tego stwierdzenia. Z mojego punktu widzenia nie posługuję się myśleniem feministycznym. Mam trzech braci, których uwielbiam, a do tego zostałam wychowana przez mojego tatę jako swego rodzaju wybrakowany chłopiec. I tak też o sobie myślałam. Moje feministyczne odczucia wyłoniły się zapewne w małżeństwie. Z początku, kiedy zaczynałam pisać, byłam sfrustrowana, ponieważ materiały ilustracyjne oraz filmy mojego męża były ważniejsze niż moje wysiłki, żeby znaleźć czas na pisanie, mając trójkę małych dzieci. Nie jestem więc zdumiona, że moja frustracja wydobyła się na zewnątrz. Ale świadomie nie jestem feministką. Zawsze dziwnie się czułam, kiedy przypinano mi tę etykietkę. Czy tylko dlatego, że twoja frustracja znajduje ujście, stajesz się feministką? Wygląda na to, że tak. Ale odkąd dzieci dorosły, mam sporo czasu na pisanie.

Wciąż nie jestem pewna, co oznacza bycie feministką, ani czy jestem nią, czy też nie, choć rzeczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie powinnam nią być, biorąc pod uwagę sposób, w jaki zostałam wychowana.

Jedyne chwile, kiedy byłam świadoma tej postawy miały miejsce podczas pisania moich opowiadań antywojennych. Wydaje mi się, że jestem nieświadomą czy też podświadomą pisarką. Wiem, że chcę zakończyć tekst jakimś przesłaniem bądź komentarzem na temat świata, ale zwykle nie zaczynam pisać, mając coś takiego na myśli. Sens opowiadania objawia mi się podczas pracy nad nim, podobnie jak sama fabuła.

Dość często piszesz o wojnie. Czy traktujesz ją metaforycznie, żeby wyeksponować konfrontacyjny aspekt ludzkiej natury, czy po to, żeby dosłownie ukazać stereotypy: agresywnych, konfliktowych mężczyzn i prześladowane kobiety?

Napisałam kilka takich opowiadań, ponieważ byłam przeciwniczką wojny. Zwykle pojawiają się w nich żołnierze, którzy zakochują się w kimś po stronie wroga. W jednym tekście umysł pewnego lekarza został wykasowany, toteż nie wiedział on, po której stronie się znajduje, a mimo to narażał się na niebezpieczeństwo, żeby pomóc każdemu, kto tego potrzebował. Moi żołnierze zwykle pomagają ludziom po przeciwnej stronie.

A jakie były źródła tej postawy, i jak się czułaś, będąc kobietą uprawiającą fantastykę w czasach, kiedy ten gatunek zdominowany był przez mężczyzn?

Kiedy wkraczałam na scenę literacką, było już na niej kilka kobiet. Przyjaźniłam się z Kate Wilhelm, która zaczynała w tym samym okresie co ja. Judy Merrill miała już silną pozycję i wywierała duży wpływ, podobnie jak Ursula Le Guin. Nie uważałam więc mojej obecności w literaturze gatunkowej za coś dziwnego. Poza tym, dorastanie jako niepełnowartościowy chłopiec i funkcjonowanie jako jedyna dziewczynka w okolicy było dla mnie czymś naturalnym. Nie zastanawiałabym się nad tym nawet z pomocą Ursuli Le Guin i Judy Merrill.

Co prowadzi mnie do fundamentalnego problemu Twojego pisarstwa − kwestii tożsamości. Wiele z Twoich opowiadań stawiają pytania dotyczące tożsamości, która jest albo stłamszona, albo zapomniana.

Przeglądając moje najnowsze opowiadania, zastanawiam się, czy nadal to robię. Te nowsze właściwie nie dotyczą już tożsamości.


− rozmawiał Konrad Walewski

CZYTAJ TAKŻE