LITERATURA

Australijski pisarz Sean McMullen stworzył zatrważającą, bo wyjątkowo prawdopodobną wizję świata dotkniętego przez katastrofę ekologiczną oraz społeczne następstwa upadku znanej nam cywilizacji, przypominając przy tym, że mechanizm kozła ofiarnego, szeroko opisywany przez filozofa René Girarda, to jedna z najsilniej wdrukowanych w ludzkie zachowania zbiorowe reakcji na sytuację kryzysową.

Sean McMullen

Precedens

(The Precedent)
Nawet jeśli zbrodnia przeciwko klimatowi jest tak poważna, że śmierć jest karą niewystarczającą, człowiek i tak przechodzi audyt. Zabrali nas do kopalni na pustyni, by mu nas poddać, a co trzeci z dewastatorów, którzy zaczęli tę podróż, zdążył już umrzeć. Ich ciała zostały wystawione przy drodze na uschnięcie. Ciągnęliśmy wozy wyładowane przeznaczoną dla nas wodą i jedzeniem, wozy, które niegdyś były suvami, a z których usunięto silniki, drzwi i siedzenia. Podczas podróży nie można było używać żadnego źródła paliwa.

W naszej makabrycznej i geriatrycznej kolumnie ludzie nie umierali według jakiegoś konkretnego wzorca. Niektórzy otyli dewastatorzy zmarli na odcinku pierwszych dziesięciu mil, ale inni schudli i przeżyli. Ja od początku mogłem się poszczycić umiarkowaną sprawnością fizyczną, toteż byłem lepiej przygotowany niż większość pozostałych. Czerwony piach sprawiał, że ziemia wyglądała, jakby rozgrzała się do czerwoności, co wzmogło jeszcze moje nieustanne pragnienie. Nawierzchnia drogi była w fatalnym stanie, ale nikt nie próbował jej naprawiać. Dobra droga ułatwiłaby nam zadanie, a my mieliśmy być poddani stresowi. Jeśli ktoś z nas umierał, to tylko lepiej.  
 
W Środkowo-Południowej Konsolidacji praktykowano wysuszanie. Po śmierci dewastatorzy byli obdzierani ze skóry i pozostawiani na słońcu, żeby pozbawić ich ciało wody. Kiedy zostawało już tylko zeschłe truchło, ich szczątki były wrzucane do kopalń i grzebane. Tym sposobem węgiel winnych, zamiast zatruwać atmosferę, zwracany był Ziemi.
 

 
O zmierzchu zatrzymaliśmy się, zwlekliśmy na pobocze i zasnęliśmy. Co noc odwiedzał mnie ten sam gość. Był zaledwie gęstszą plamą ciemności w mroku, o bladym owalu w miejscu twarzy, lecz jego głos brzmiał dość wyraźnie.
 
− Więc przeżyłeś, żeby dotrzeć do kopalni − stwierdził.
 
− Jeszcze do niej nie dotarłem − zauważyłem, siadając.
 
− Dotrzesz tam jutro. Masz spore szanse.
 
− Mówisz tak, jakby to było coś dobrego.
 
− Co jest złego w tym, że się żyje?
 
− Jest rok 2035 i dosięgła nas zemsta, czy to jest dobre? My, dewastatorzy, urodziliśmy się przed Rokiem Milenijnym, więc jesteśmy winni, dopóki nas nie ułaskawią. Czy to jest dobre? Urodziłem się w 1955, czyli jestem winny. Dla mnie to nic dobrego.
 
− Mógłbyś przyznać się do winy, a następnie ubiegać o łagodną śmierć.
 
−Zamierzam pokonać audyt.
 
− Środkowo-Południowy Audyt może się poszczycić nienaganną listą wyroków skazujących dla dewastatorów.
 
− Przywykłem do samotnej walki.
 

 
Ci z nas, którzy dotarli do kopalni, musieli obozować na rozległym obszarze czerwonego piasku, czekając na swoją kolej w audycie. Niektórzy tkwili tam już od dawna. Byli to zawieszeni, ci spośród dewastatorów, których audyty były trudne i opóźniały egzekucję. Każda z nich oznaczała umniejszenie dźwiganego przez ekosferę brzemienia, więc ważne było, żeby odbywało się ich wiele. W tym czasie zawieszonych przydzielano do prac: obdzierania ze skóry, wysuszania oraz wrzucania zwłok do kopalnianych szybów.
 
Wina górników była zbyt wielka, by mogli umrzeć. Spuszczano ich do kopalń, by tam dokonali żywota, odciągając zwłoki z miejsc, gdzie spadały, i upychając je po opuszczonych tunelach. Górnicy pierwszej klasy nie mieli światła, ich jedynym pożywieniem było to, co zdołali obgryźć ze zwłok, do picia zaś mieli wodę artezyjską, która przeciekała do tuneli. Kiepska alternatywa wobec śmierci.
 
Ponieważ oczekujący na audyt byli z góry uznani za winnych, musieliśmy pomagać przy wywózce po egzekucjach. Zaczęło się to w dniu naszego przybycia. Zgrzani, spieczeni, wycieńczeni i pokryci czerwonym pyłem, zrzuciliśmy po prostu naszą uprząż i dołączyliśmy do pochodu egzekucyjnego. Pierwszy skazany mężczyzna był w moim wieku − osiemdziesięciolatek. Wykonawczyni wyroku została wybrana w tajnym głosowaniu spośród grupy strażników. Miała około dwudziestu lat, była przy tym szczupła i muskularna. W wolnym czasie oddawała się zapewne ćwiczeniom fizycznym, co było bardzo poprawne klimatycznie.
 
− Jakie masz zarzuty? − spytał starszy zawieszony, kiedy wlekliśmy się przed siebie.
 
− Marnotrawstwo i wystawność − odparłem mechanicznie.
 
− Tak? A ja chciwość. Audyt zasądził mi śmierć drugiego stopnia, ale dostałem odroczenie. Mam na imię Chaz.
 
− A ja Jason, mój audyt odbędzie się jutro.
 
Strażników nie obchodziło, że my, dewastatorzy, rozmawiamy między sobą. To, co mówiliśmy, nie było już istotne dla nikogo prócz nas. Skazany mężczyzna szedł z rękoma związanymi na plecach. Usłyszawszy naszą rozmowę, odwrócił się.
 
− Mnie wlepili zaprzaństwo, marnotrawstwo i chciwość − ogłosił z dumą. − Śmierć drugiej klasy za każde z nich.
 
− A czym się zajmowałeś? − spytałem.
 
− Smardzami.
 
− Tymi grzybami?
 
− Tak, a do tego byłem w tym dobry. Zbierałem je zawodowo, jeszcze w Stanach. Wprost uwielbiałem dziką przyrodę. Uczyłem ludzi sztuczek, na przykład jak „wypatrzeć” je w śniegu i podpalić sosnowy zagajnik, a potem obserwować, jak je „wyrzuca”. Wtedy właśnie smardze niespodziewanie wyskakują na człowieka.
 
W ciągu nadchodzących tygodni miałem wysłuchiwać tego typu tekstów z przygnębiającą częstotliwością. Dewastatorzy często próbowali przekazać swoje małe sekrety lub pasje tym, którzy mieli szansę ich przeżyć. Jak podregulować motor, wyrwać towar w nocnym klubie, sztuczki, które miały zapewnić przełamanie trendu na rynku akcji, a nawet sztukę zawieszania bożonarodzeniowego oświetlenia. Ale nie było już motorów na benzynę, nocnych klubów, a rynki akcji przestały istnieć, zaś dowód na to, że kiedykolwiek wieszało się oświetlenie bożonarodzeniowe, sprowadzał karę śmierci drugiej klasy.
 
− Jak to możliwe, że grzybiarz może otrzymać zaprzaństwo, marnotrawstwo i chciwość? − spytał Chaz.
 
− Do najlepszych miejsc dojeżdżałem suvem.
 
Zaprzaństwo, ponieważ twierdził, że kocha dziką przyrodę, a mimo to jeździł suvem. Marnotrawstwo tylko dlatego, że nim jeździł. Chciwość, bo brał od natury, nie dając niczego w zamian. Śmierć, śmierć, śmierć. Kiedy skończył mówić, zaczął sprawiać wrażenie bardziej rozluźnionego, być może dlatego, że zostawił coś z siebie w naszej pamięci. Prowadzony przez wykonawczynię egzekucji, doszedł do końcowej deski. Szubienicę zbito z drewna, mimo że stara kopalnia była zaśmiecona stalowymi rurami i belkami. Była to symbolika klimatyczna. Generalna Audytor stała w oczekiwaniu.
 
− Jamesie Francisie Harringtonie, zostałeś uznany za winnego zaprzaństwa, marnotrawstwa i chciwości − ogłosiła. − Zostałeś za to skazany na łagodną śmierć. Jako że brałeś od Ziemi, musisz jej teraz oddać to, co z ciebie zostanie. Tak wynika z mojego rejestru, dwudziestego piątego dnia marca, roku 2035. Strażnicy, odbierzcie jego węgiel.
 
Wykonawczyni egzekucji zawiązała pętlę, którą miała strzaskać kark Harringtona stojącego na końcowej desce. Była to deska z sośniny, wystająca poza spadek. Jej drugi koniec przysypany był stosem węgla. Teraz pochód strażników ustawił się przed nim gęsiego. Każdy z nich wziął z niego bryłkę węgla. Szafot zaczął się chwiać. Odliczyłem piętnaście sekund tego chybotania, podczas których godność i opanowanie Harringtona pierzchły. Kiedy punkt kresu się zbliżył, zaczął wrzeszczeć; zlał się w spodnie, żeby stracić na wadze i zyskać jeszcze kilka chwil życia.
 
Dłonie bezlitośnie ogołacały stertę z grudek, tak jak niegdyś bezlitośnie wykopywano go z Ziemi i palono. Naraz punkt kresu został osiągnięty, a wówczas deszcz węgla pofrunął ponad spadającym Harringtonem. Szubienica zaskrzypiała. Strażnicy przyjęli to oklaskami.
 
− Doskonała robota − skonstatował Chaz. − Harrington nie chciał wykrzyczeć skruchy, ale ją z niego wydusili.
 
Długi rząd skazanych dewastatorów trwał w oczekiwaniu, kiedyśmy znosili ciało na dół. Jakaś kobieta zaczęła piszczeć i szarpać się. Była następna. Wykonawcą jej egzekucji był jakiś młody chłopak, liczący sobie nie więcej niż siedemnaście lat, który sprawiał wrażenie stremowanego. Stremowanego tym, że kogoś zabija, czy tym, że może coś spartaczyć? Strażnicy pozbierali węgiel i złożyli go z powrotem na końcową deskę.
 
Egzekucje trwały jeszcze długo. Bryłki węgla pokryły się czerwonym piaskiem, toteż wyglądały tak, jakby się żarzyły. Kazali mi je oczyścić, żeby symbolika była jasna.
 
− A ty kim byłeś? − spytała jedna z życzliwych strażniczek, kiedy w końcu nas odprowadzali.

− Klimatologiem − odparłem.
 
− Zaprzańcem klimatycznym? − sapnęła, jakbym właśnie się przyznał, że jestem samym diabłem.
 
− Nie, właściwie byłem jednym z pierwszych, którzy ostrzegali przed zmianami klimatycznymi, jeszcze w latach osiemdziesiątych.
 
Zastanowiła się nad tym przez chwilę, a następnie pokręciła głową.
 
− Czemu klimatolog miałby przechodzić audyt? − spytała.
 
− Każdy dewastator przechodzi audyt − przypomniałem.
 
Był to ów mankament, który leżał u podstaw całego Światowego Audytu. Czy jakiś dewastator był niewinny? Do pewnego punktu odpowiedź była prosta. Każdy, kto marnotrawił zasoby dla przyjemności bądź z chciwości, był winny, ale co z tymi, którzy spalaniem paliw kopalnych zarabiali na życie? To już nie takie proste, ponieważ obejmowało to kierowców taksówek, pilotów rejsowych i tym podobne zawody. Takie przypadki były odraczane, ale nawał marginalnych przestępców stawał się coraz większym ciężarem na całym świecie. Cóż więc czyniło z dewastatora przestępcę klimatycznego? Potrzebny był jakiś standard.
 
− A jak to jest z tobą? − spytałem strażniczkę.
 
− Mam na imię Olivia. A co, masz ochotę na poprawny klimatycznie seks rekreacyjny?

Zakryłem twarz dłonią i pokręciłem głową.
 
− Miałem na myśli to, czym się zajmowałaś, zanim zostałaś strażniczką.
 
− Komputery, systemy administracyjne. Potem przeszłam audyt.
 
Podniosła spódniczkę, ukazując piętno na udzie: literę „M”, która oznaczała marnotrawstwo.
 
− Bolało jak cholera, ale zasłużyłam na to.
 
Spostrzegłem, jak Chaz gapi się na jej udo z takim podziwem, na jaki może sobie pozwolić siedemdziesięciolatek.
 
− Dla mnie to marnotrawstwo nader pięknej nogi − stwierdził i wszyscy troje wybuchnęliśmy śmiechem.
 
Czasami przeżycie zależało od tego, kogo się zna, a Chaz stawał na głowie, żeby odpowiedni ludzie lubili go.
 
− Urodziłam się w 2001, więc nie jestem dewastatorką − wyjaśniła.
 
− A, ofiara.
 
− Tak. Traktują nas pobłażliwie, jeśli chodzi o zbrodnie przeciwko klimatowi.
 
− Co przeskrobałaś?
 
− W 2023 ważyłam dwieście sześćdziesiąt funtów, uwierzylibyście?
 
− I dostałaś marnotrawstwo, a nie obżarstwo?
 
− Nie byłam chciwa, ciężkie życie na coli, nadzieniu z indyka i frytkach. Teraz ważę poniżej stu trzydziestu funtów. Dlatego dostałam piętno drugiej klasy. Miałam szczęście. Oskarżyciel domagała się służby pierwszej klasy.
 

 
Tej nocy leżałem na plecach, patrząc w gwiazdy i rozmyślając o tym, jak gwałtownie zmienił się świat. Rozruchy ofiar wzięły władze z zaskoczenia, ale trendy mogły rozwijać się wykładniczo dzięki internetowi. Lateralność była kolejnym ruchem, który powstał w sieci. Lateraliści doszli do wniosku, że w zasadzie mogą żyć znacznie lepiej, odłączając się od gospodarki opartej na derywatach, zadłużeniu, opcjach i toksycznych aktywach. Zaledwie w kilka miesięcy szeregi lateralistów rozrosły się z tysięcy do milionów, setek milionów. To spowodowało kryzys zaufania, który wywołał największą zapaść finansową w historii, a wkrótce ludzie, którzy przedtem pracowali, wytwarzając niemający znaczenia majątek, musieli szukać prawdziwej pracy. Wówczas było już za późno, ponieważ klimat był poważnie wyniszczony, zachodnie demokracje dotknęły klęski głodu, biliony dolarów oparte na derywatach i opcjach rychło straciły wartość, a rozwój gospodarczy został uznany za równie zdrowy co rak.  
 
Zwłaszcza demokracje nie poradziły sobie z lateralizmem, ponieważ ich politycy prowadzili działania wyłącznie na krótką metę. Nie podjęli żadnych stanowczych kroków, żeby ratować ekosferę, jako że wszystko musiało być zrównoważone, żeby zaspokoić konkurujące ze sobą interesy. Lateralizm ignorował dobrobyt. Wkrótce w przestrzeni konwencjonalnych gospodarek zostały tylko straże, dobra oraz nieprzyzwoicie bogaci ludzie. Dyktatury nie przetrwały długo, kiedy całe populacje zostały lateralistycznymi terrorystami. Bo co niby mieli do stracenia obywatele? Cierpieli głód, a świat i tak zdawał się kończyć. Jednakże tym, co odkryła europejska szlachta, kiedy Czarna Śmierć wyniszczyła ich majątki w XIV wieku, był fakt, że fundamentem każdej gospodarki są wyrobnicy.
 
− Wzywałeś mnie? − spytał znajomy głos.
 
− Nigdy cię nie wzywam − mruknąłem.
 
− Oczywiście, że mnie wzywasz. Podziwiasz nocne niebo?
 
− Zbliża się koniec świata, niebo to jedyne miejsce, na które warto patrzeć.
 
− Nie koniec  c a ł e g o  świata, ale  t w o j e g o  − stwierdził mój gość. − Świat będzie trwał, a twój świat od dawna był nie do utrzymania.
 
− Zabawne, sądziłem, że policja i armie utrzymają wszystko dłużej − przyznałem.
 
− Światowy Audyt obiecał porządek i organizację, więc policjanci i żołnierze bardzo szybko do niego przystąpili. Unicestwili zbrojne gangi miejskie i watażków surwiwalistów. To zyskało mu wielkie poparcie, niemal tak wielkie, jak audyt i egzekucje bogatych.
 
− A więc Śmierć jest audytorem?
 
− Nie, ale audytor jest Śmiercią.
 
− To nie ma sensu.
 
− Wkrótce go nabierze.
 
Najbardziej irytujące u Śmierci było to, że wciąż przyłapywałem się na tym, że się z nim zgadzam. Zdawało się, że mamy wiele wspólnego. Czyżby chciał się zaprzyjaźnić? Zapadłem w normalny sen.
 

 
Nasz audyt składał się z ośmiu audytorów oraz Audytor Generalnej. Siedzieli na ławie, a każde osłaniane było parasolką trzymaną przez zawieszonego. Oskarżyciel, Obrończyni i strażnicy mieli na sobie cylindry. Tkwiła w tym głęboka symbolika. Folgujące sobie pokolenia szczyciły się swoim indywidualizmem i spontanicznością. Teraz nastała epoka formalności, jedności i poświęcenia. Czarne togi i płaszcze stanowiły umundurowanie. Czarne kapelusze nosili ludzie ważni, czarne kaptury zaś wyjątkowo ważni. Ci ostatni byli audytorami. Zaledwie trzy dekady wcześniej wyglądałoby to groteskowo, ale trzy dekady temu Ziemia była o trzy stopnie chłodniejsza. Czarne togi, niewygodne w bezlitosnym skwarze, symbolizowały cierpienie, spowodowane przez dewastatorów, którzy spalili zbyt wiele węgla kopalnego.
 
My, dewastatorzy, siedzieliśmy w słońcu, którego zgubne działanie tak bardzo spotęgowaliśmy. Było dziewięć kręgów dewastatorów. Dziewięć kręgów piekła. Dziewięć stopni ocieplenia, jakie przewidywano przed rokiem 2100. Podgrzewaliśmy świat podczas naturalnego cyklu ochłodzenia. Kiedy następny cykl ocieplenia dołożył swoje, trafiliśmy wprost do piekła w każdym tego słowa znaczeniu.
 
Audyty rozpoczęły się, gdy słoneczny dysk wzniósł się wyraźnie ponad horyzont. Mieliśmy cierpieć.
 
− Audyt Jasona Halla, klimatologa − ogłosił Sekretarz Audytu.
 
Istniała pewna maksymalna liczba audytów na dzień, toteż można było poświęcić nie więcej niż kilka minut na jedną osobę. Przeważnie potwierdzenie winy i wyroku śmierci zabierało mniej niż minutę. Zostałem odprowadzony do podium przez strażnika, kiedy Oskarżyciel wspiął się trzy stopnie na mównicę. Zaczął bez pomocy notatek:
 
− Czcigodne ofiary, jestem w posiadaniu dokumentów, potwierdzonych przez obronę, a podłączonych do korektora, które dowodzą, że marnotrawił zasoby Ziemi, by zdobyć drugi doktorat. Utrzymuję, że robił to z czystej próżności, jest więc winien wystawności i marnotrawstwa.
 
− Pozwany? − spytała Audytor Generalna.
 
− Robiłem drugi doktorat z historii, żeby zyskać wiarygodność. Nie były to wystawność i marnotrawstwo − odparłem.
 
− Wiarygodność dla czego? − spytał Oskarżyciel z zarozumiałą pewnością siebie.
 
− Studiowałem związek pomiędzy Małym Zlodowaceniem a paleniem czarownic od XV do XVIII wieku.
 
Oskarżyciel otworzył usta, by mnie wyszydzić, nie zdołał jednak znaleźć odpowiedniego słowa, więc z powrotem je zamknął. Dał się przyłapać na braku przygotowania. Pomruk spekulacji rozszedł się po kręgach dewastatorów i zawieszonych, nawet audytorzy szeptali między sobą.
 
− Niedorzeczne − odezwał się Oskarżyciel, odzyskując gniewną pewność siebie. − To niepoważny temat.
 
− Niezupełnie. Moje badania wykazały bliskie zbieżności ze Światowym Audytem, zanim...
 
− Przechodząc do tego, że korzystał pan z motocykla...
 
− Sprzeciw! − zawołała Obrończyni. − Mój czcigodny kolega wygłosił twierdzenie, ale nie pozwolił pozwanemu odeprzeć go.
 
− Sprzeciw podtrzymany − powiedziała Audytor Generalna. − Czcigodny Oskarżyciel musi albo wycofać twierdzenie, albo pozwolić pozwanemu odnieść się do niego.
 
Był to pierwszy sprzeciw rozpatrzony na korzyść dewastatora, odkąd sięgano pamięcią. Na chwilę gniew zachmurzył oblicze Oskarżyciela, po czym ustąpił.
 
− Wedle życzenia Wysokiego Sądu. − Skłonił się.
 
− Pozwany, możecie kontynuować − oświadczyła Audytor Generalna.
 
Teraz towarzyszyła mi niepodzielna uwaga wszystkich zgromadzonych. Nie było to jakieś nudne oskarżenie o wyścigi suvem bądź dziesięciokilowatowy pokaz świateł bożonarodzeniowych.
 
− W XV wieku, mniej więcej w okresie, kiedy w Europie zdarzenie klimatyczne znane jako Małe Zlodowacenie nabrało bardzo ostrego przebiegu, liczba procesów czarownic i spaleń niespodziewanie wzrosła. Czarownice były posądzane o powodowanie burz, sprowadzanie mrozów oraz wywoływanie innych klęsk meteorologicznych.
 
− Proszę to wyjaśnić − odezwała się Audytor Generalna. − Sugeruje pan, że czarownice wywołały Małe Zlodowacenie?
 
− Absolutnie nie, ale zapiski pokazują, że ludzie obarczali je odpowiedzialnością.
 
− Wyjaśnienie przyjęte. Proszę kontynuować.
− Wraz z coraz częstszym pogarszaniem się pogody, ludzie zaczęli szukać kogoś, kogo można by obwinić. Rzekome czarownice stanowiły pozornie słuszny i łatwy cel.
 
− Czy sugeruje pan, że audyty taki jak pański, tu, dzisiaj, to procesy czarownic? − spytała Audytor Generalna.
 
− Nie, Wysoki Sądzie.
 
Kiedy umilkła, żeby wprawić mnie w zakłopotanie, przez chwilę moje życie zdawało się wisieć na włosku.
 
− Proszę kontynuować.
 
− Kiedy rozpocząłem pracę nad moim doktoratem w 1997 roku, chciałem zyskać wiarygodność jako historyk. Jako ekspert zarówno w historii, jak i klimatologii sądziłem, że moje ostrzeżenia zostaną potraktowane poważniej.
 
− Ostrzeżenia?
 
− Ostrzeżenia kierowane do zatruwaczy i marnotrawców, że kiedy wywołane przez człowieka zmiany klimatyczne ogarną Ziemię, ich potomkowie mogą zapałać chęcią zemsty. Będą całe pokolenia starych dewastatorów, którzy zostaną obarczeni winą i staną się łatwym celem ataków.
 
− Z pewnością to Kościół chrześcijański zainicjował średniowieczne procesy czarownic, a nie ogół społeczeństwa?
 
− Właściwie to większość procesów była świecka, odbywała się na poziomie wiosek.
 
− Ciekawe. W ten właśnie sposób funkcjonuje Światowy Audyt.
 
− To prawda.
 
− Co wobec tego pan sugeruje?
 
− Ja tylko wiążę ze sobą fakty historyczne, Wysoki Sądzie. Mój doktorat dotyczył przypadków powszechnego gniewu w reakcji na ciężkie warunki pogodowe. W XV wieku gniew został bezmyślnie skierowany na czarownice. Powszechny gniew obecnie ożył, tym razem ze względu na wywołane zmiany klimatyczne. Nie osądzam, czy jest to sprawiedliwe, czy nie.
 
− Wystarczy, wystarczy − przerwała mi Audytor Generalna. − Ku memu zadowoleniu wykazał pan, że jego drugi doktorat powstał w obronie ekosfery. Oskarżycielu, czy chce pan postawić jeszcze jakieś zarzuty?
 
− O tak, liczne zarzuty marnotrawstwa.
 
− Wobec tego ogłaszam audyt klimatologa Jasona Halla za odroczony. Sekretarz Audytu, kto następny?
 
− Kieran Harley, który był posiadaczem i użytkownikiem skutera wodnego.
 
− W celach rekreacyjnych?
 
− Tak.
 
− Winny stawianych zarzutów. Śmierć drugiej klasy. Kto jest za? Przeciw? Zatwierdzono. Następny audyt?
 
Mój audyt został odroczony! Byłem zawieszonym. Dołączyłbym do szeregów tych, których uznano za winnych, lecz mój przypadek należał do zbyt trudnych, żeby marnować na mnie czas. W końcu miliony niezaprzeczalnie winnych dewastatorów można było z łatwością poddać audytowi i zgładzić.
 

 
Nabożeństwa religijnie nie cieszyły się tak znaczną popularnością wśród dewastatorów i zawieszonych, jak można by się spodziewać. Religia nie stanowiła poważnego problemu dla Światowego Audytu, wszak w połowie XX wieku główne religie nie podjęły żadnych efektywnych protestów, kiedy amerykańscy i sowieccy politycy zagrozili światu zagładą nuklearną. Światowy Audyt złożył obietnicę działania i zemsty za to, co zrobiono z planetą. W przeciwieństwie do religii, dotrzymał jej.
 
Odbywały się więc w obozach nabożeństwa, mające przygotować ludzi na śmierć, ale nic ponad to. Tymczasem nie brakowało rozrywki.
 
Pośród zawieszonych byli dewastatorzy, którzy wyuczyli się na pamięć swoich ulubionych filmów i seriali telewizyjnych, słowo w słowo. W ciągu dwóch tygodni, jakie spędziłem na zapleczu odroczeń, siadywałem pośród publiczności, kiedy po zmroku, w świetle księżyca odgrywano odcinki Zdrówka, Star Treka, Buffy, postrachu wampirów, Kronik Seinfelda. Gra aktorska była nieco sztywna i artretyczna, rekwizyty ograniczone do minimum, ale dialogi wydawały się dokładne.
 
Drugiej nocy odbyło się huczne przedstawienie w formie The Rocky Horror Picture Show. Na środku wyznaczonego na scenę obszaru znajdowali się aktorzy oraz ci, którzy odgrywali role krzeseł, stołów, drzwi i łóżek. Z boku, po prawej towarzyszył im chór śpiewaków, a po lewej orkiestra mruczących. A wszystko to otaczała biorąca udział w przedstawieniu publiczność, która śpiewała, tańczyła, rzucała odpowiedzi aktorom. Reszta z nas po prostu oglądała widowisko, choć niektórzy dewastatorzy, urodzeni po roku 1990, zdawali się nieco zbici z tropu. Strażnicy przyglądali się temu wszystkiemu beznamiętnie.
 
Najwidoczniej fala samobójcza nie tylko została zaplanowana, ale i skoordynowana ze strażnikami. Pod koniec przedstawienia publiczność zaczęła rzucać im oskarżenia, wykrzykując zdania z odgrywanego właśnie serialu, ciskając skały i wymachując laskami. Pozostali padli i przywarli płasko do piasku, kiedy automaty strażników zaterkotały, a kule zaświstały nam nad głowami.
 
− Nie ruszaj się − ostrzegł mnie jakiś mężczyzna za moimi plecami.
 
− A kto się rusza?
− To dewastatorzy, którzy stanęli przed widmem cieplarni albo kopalń. Kula jest od nich znacznie lepsza.
 
Ogień ustał, przechodząc w okazjonalne ostre szczeknięcia pistoletowych wystrzałów.
 
− To Inspektor Straży − stwierdził mój towarzysz. − Wykańcza ich Smithem i Wessonem 1006. Piękny pistolet, prawdziwy klasyk.
 
Koneser broni. Było pewne, że ma odpowiadać za marnotrawstwo, wystawność, a być może i chciwość.
 
− A, widzisz, co mają strażnicy?
 
Nosili pistolety z zakrzywionym magazynkiem. Dobrze się zabijało z ich pomocą, i tyle mniej więcej rozumiałem.
 
− Automaty?
 
− A jak, może i zostały wyprodukowane w Chinach, ale to nadal AK-47.
 
− A, czyli rosyjskie − rzuciłem, przypominając sobie wiadomości telewizyjne sprzed wieków o terrorystach i partyzantach.
 
− Zgadza się, opracowane w latach czterdziestych, ale udoskonalone w 1959. M16 był lepszy, stary AK nie potrafił strzelać tak prędko i nie miał takiego zasięgu. Ale zauważ, że AK potrafił wytrzymać znacznie gorsze traktowanie i nadal strzelać, a do tego w produkcji był tani jak barszcz.
 
Mówił dalej, ale moje myśli popłynęły już gdzie indziej. Konstrukcja AK-47 liczyła sobie dziewięćdziesiąt lat, a mimo to wciąż można było na niej polegać. A do tego broń nie wymagała serwisowania i była tania w produkcji. Był to symbol nowoczesnego świata. Wszystko było jedynie wystarczająco dobre, a nie zoptymalizowane, aby jak najdoskonalej funkcjonować. Powszechna równość − tylko trochę lepszy zasięg bądź szybkostrzelność za podwójną cenę nie stanowiły zalety, ponieważ i tak jej nigdy nie było. Ofiary posługiwały się nowymi wartościami, a lepsze rzadko było pożądane. Wystarczająco dobre oznaczało łagodniejszy akcent ekologiczny. Automat produkcji chińskiej zaprojektowany w Rosji był wystarczająco dobry, a to, co było wystarczająco dobre, było idealne.
 
− Wstawać!
 
Nakaz Inspektora oznaczał, że ci, którzy mieli nie żyć, już nie żyli. Zostałem przydzielony do grupy z noszami, do wynoszenia zwłok podziurawionych kulami mężczyzn i kobiet z wymalowanymi pończochami kabaretkami i podwiązkami.
 

 
Kilka godzin później zbudziłem się pod niebem, które buchało chłodem gwiazd. Jak na kogoś, kto spędził tak ogromną część życia na studiowaniu atmosfery, wiedziałem zdumiewająco mało o konstelacjach nade mną. Na pustynnym niebie gwiazdy są tak liczne, a ich światło tak intensywne, że nawet najbardziej znajome wzory są niemal niewidoczne. Usiadłem i rozejrzałem się dokoła.  
 
Strażnicy patrolowali granice obozu, jawiąc się jako nie więcej niż głębokie cienie w mroku i świetle księżyca. Chrapanie i sapanie śpiących obok ustały; właściwie to wszystkie odgłosy ucichły.  
 
Naraz znalazł się przy mnie, teraz jako postać w czarnej todze klimatycznego pokutnika. Żaden ze strażników nie zareagował na niego; być może nie emitował ciepła, które wychwyciłyby ich detektory termiczne. Pomyślałem, że pewnie jestem dla nich widoczny, ale i na mnie nikt nie zwracał uwagi. Może nie żyłem, kiedy zjawił się przy mnie.
 
− Nie próbuj mi wmawiać, że cię wezwałem − warknąłem.
 
− A jednak to prawda.
 
− I co teraz?
 
− Chodź ze mną.
 
Jego głos był chłodny i odległy, ale nie znać w nim było złośliwości. Stanąłem obok niego, gdy sunął poprzez mrok. Miejscem audytu była jedynie długa ława dla audytorów, mównica dla osoby zabierającej głos, podium dla oskarżonego oraz biurko dla sekretarza. Pozostali siedzieli na piasku w dziewięciu wielkich kręgach.
 
− Kiedy zaczyna się audyt? − spytałem.
 
− To nie audyt.
 
− Więc po coś mnie tu przyprowadził?
 
− Wezwałeś mnie.
 
− Nieprawda!
 
− Wcześniej czy później każdy mnie wzywa.
 
− Każdy? A więc naprawdę jesteś Śmiercią?
 
− Blisko, ale niezupełnie.
 
− Ciągle zaprzeczasz, ale kim innym mógłbyś być.
 
− To musisz odkryć samodzielnie. Jak wczoraj poprowadziłbyś audyt Jamesa Harringtona?
 
− Był głupcem, który nigdy nie zwracał uwagi na swój ślad węglowy.
 
− Ale co byś mu zasądził jako audytor?

− Śmierć drugiej klasy. Zdecydował się ignorować trudną sytuację przyrody, którą kochał. Był jak lekarz, pieszczący kobiecą pierś, który jednak nie mówi jej właścicielce, że trawi ją rak.
 
− A co byś mu zasądził jako Jason Hall?
 
− Służbę drugiej klasy przy rekonstrukcji dzikiej przyrody.
 
− A co z Ellen Farmer, kobietą, która poszła za nim na szubienicę?
 
− Wybudowała czternastopokojowy dom tylko po to, żeby robić wrażenie na swoich znajomych, a do tego co roku na trzy miesiące jeździła na wakacje na statkach wycieczkowych. Winna irytującej wystawności i marnotrawstwa.
 
− Na co skazałbyś ją jako Jason Hall?
 
− Służba pierwszej klasy. Pół życia dla leczenia ekosfery w zamian za pół życia niszczenia jej.
 
I tak to się ciągnęło. Dwieście osób przeszło audyt tego dnia i dzień wcześniej, ale tylko dwanaście przypadków zostało odroczonych. Mój był jednym z nich. Widziadło znało każde nazwisko, podobnie jak ja. Zawsze miałem dobrą pamięć.
 
− Craig Brand?
 
− Konstruował superrasowane silniki do wyścigów ulicznych i był zagorzałym Zaprzańcem Klimatycznym. Winny, śmierć drugiej klasy.
 
− Jason Hall?
 
− Niewinny.
 
− Nie ma takiego werdyktu. Najłagodniejsze jest ułaskawienie.
 
− Wobec tego ułaskawienie.
 
− Nie jesteś tak surowy jak Oskarżyciel. Tylko trzy wyroki śmierci na dwieście. Współczujesz im?
 
− Tak.
 
− Czemu?
 
− Większość z nich to głupcy, nie potwory.
 
− Głupiec zadaje taką samą śmierć jak potwór.
 
− To prawda, lecz niektórzy głupcy bywają nieszkodliwi. Audyt ma nienaganny rejestr, zawsze śmierć albo kopalnie dla dewastatorów, ale niektórzy zasługują na służbę, napiętnowanie, a nawet ułaskawienie.
 
− Wiele audytów zostaje odroczonych. Jak twój.
 
− Ale ja mam osiemdziesiąt lat. Prawdopodobnie umrę na zapleczu dla zawieszonych.
− Czy zniósłbyś Światowy Audyt?
 
− Nie. Audyt to wszystko, co mamy, ale musi funkcjonować sprawiedliwie, w przeciwnym razie audytorzy nie będą się niczym różnić od bandy nazistów.
 
− Audytorzy postrzegają samych siebie jako sędziów w procesach norymberskich.
 
− Możliwe, ale dla nich  k a ż d y  urodzony przed rokiem 2000 jest ekonazistą winnym zbrodni przeciwko klimatowi.
 
Nagle zostałem sam. Nie czułem chłodu nocnego powietrza, a kiedy uniosłem dłoń, widziałem przez nią gwiazdy. I byłbym nabrał przekonania, że nie żyję, wiedziałem jednak, że obudzę się żywy.
 

 
Ku powszechnemu zaskoczeniu, zostałem ponownie wezwany na audyt nazajutrz rano. Oskarżyciel oświadczył, że dojeżdżałem do pracy motocyklem, podczas gdy mogłem korzystać z komunikacji miejskiej. Przytoczyłem dobrze zapamiętane liczby, dowodzące, że mój motocykl miał mniejszy ślad węglowy na milę i pasażera niż dostępna wówczas komunikacja miejska. Mój audyt ponownie został odroczony.
 
Po porannej sesji zostałem przydzielony do pracy przy wywożeniu. W trzydziestu zostaliśmy przypięci uprzężą do ogołoconego z elementów konstrukcyjnych Sports Utility Vehicle i zmuszeni do ciągnięcia go na północne pola cieplarniane. Wykonywano tu wyroki śmierci pierwszej klasy. Zmierzaliśmy do sektora piątego, ale najpierw musieliśmy przejść przez inne sektory. W drugim wykonywano egzekucje.
 
Nasz zaprzęg poruszał się powoli. Przed nami ujrzałem silnego, wysportowanego mężczyznę koło pięćdziesiątki, rzucanego na ziemię przez strażników. Ze sprawnością wskazującą na sporą praktykę powalonemu na plecy rozłożyli ręce i nogi i uwiązali łańcuchem do drewnianej ramy w kształcie litery X. Przez cały ten czas mężczyzna krzyczał o swoich prawach, domagając się rewizji procesu, tłumacząc strażnikom, że ma prawo do apelacji i powołania odpowiedniego prawnika.
 
− Przyjdzie wasza kolej. Zapłacicie za to! − darł się. − To obóz koncentracyjny.
 
− To ty pomagałeś prowadzić obóz koncentracyjny zwany globalną gospodarką − odparł jeden ze strażników. − Więziłeś w nim Matkę Ziemię, póki nie został z niej żywy szkielet.
 
Wzięli dwie duże szklane tafle i zamocowali nad nim w kształcie namiotu. Znaleźliśmy się na ich wysokości, kiedy akurat dopasowywali parę szklanych trójkątów do bocznych otworów.
Cieplarnia. Za powodowanie efektu cieplarnianego − śmierć w cieplarni. A była ona straszna − powolne smażenie się w szklanym piecu. Ci, którzy nie mieli szczęścia i przeżywali do wieczoru, doznawali wytchnienia w nocy, a następnie musieli znosić drugi dzień mąk. Wlokąc się przed siebie, napinając w naszej uprzęży, mijaliśmy szklane namioty, które stały już od jakiegoś czasu. Wydobywały się z nich stłumione krzyki i jęki, lecz większość z nich już słabła.
 
Następny sektor znajdował się na drugim etapie cyklu cieplarnianego. Tu ekipy zawieszonych cięły skórę i otwierano wnętrzności tych, na których niedawno wykonano egzekucję, by słońce mogło odparować ich płyny organiczne. Przeszliśmy przez sektor, w którym ciała suszyły się w swoich małych szklanych namiotach. W sektorze piątym cieplarnie były rozmontowywane, a ciała układane w zgrabne stosy. Zatrzymaliśmy się. Pracujący tu zawieszeni załadowali spreparowane zwłoki na naszego suva. Były dość sztywne, jak gdyby wyrzeźbione w drewnie.
 
Kiedy wracaliśmy z naszym ładunkiem, ludzie nareszcie zaczęli między sobą rozmawiać.
 
− Pamiętasz, jak było dawniej? − odezwał się jakiś mężczyzna za moimi plecami.
 
− Jestem tu dopiero od dwóch dni.
 
− Naprawdę? Na wypadek gdybyś nie zauważył, witaj w piekle. Jestem tu od początku. Zasądzili mi służbę drugiej klasy.
 
− Sądziłem, że dewastatorzy nigdy nie wychodzą na wolność, lecz są tylko umieszczani na zapleczu zawieszenia.
 
− Jestem ofiarą.
 
− Aha.
 
− Jeszcze piętnaście lat przede mną.
 
− Piętnaście lat czegoś takiego? − dopytałem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
 
− Zawsze to zapewnione zatrudnienie. Będę miał pięćdziesiąt lat, kiedy mnie uwolnią. A wtedy wrócę do pracy.
 
− Do pracy? A czym się zajmowałeś?
 
− Ogrodnictwem krajobrazowym.
 
− I za to dostałeś służbę drugiej klasy?
 
− Jeździłem wielkim wozem terenowym. Dostałem go za darmo, a wtedy, w 2019 wydawało się to dobrym interesem.
 
− To było już po roku kresu. Niedobry czas dać się zobaczyć w aucie terenowym.
 
− Ano, ale miałem dziewiętnaście lat i siano w głowie. Audyt odkrył, że całą moją pracę wykonywałem na obszarze miejskim, więc powinienem jeździć jakimś wydajnym pojazdem.
 
− Miałeś szczęście. Niewielu z tych, którzy jeździli terenówkami, dostało mniej niż śmierć.
 
− Ja moim nigdy nie jeździłem dla rozrywki, na tym polegała cała sztuczka. Uwielbiam uprawiać rośliny, więc ogrodnictwo było dla mnie wszystkim. Ci, którzy zajmują się uprawami, potrzebują takich jak ja, więc mam przyszłość.
 
Przez chwilę wlekliśmy się przed siebie w milczeniu. On otrzymał swój wyrok; mój jeszcze nie zapadł. Ponieważ byłem winny, póki nie udowodnię tego, że jestem wart ułaskawienia, musiałem pracować.
 
− Oglądasz te nostalgiczne przedstawienia? − spytał po chwili.
 
− Tylko na nie chodzę. Całe to toksyczne szybkie tempo życia nigdy mi nie odpowiadało.
 
Oglądałem tylko programy o remontach i ogrodnictwie, no i dokumenty przyrodnicze. To się liczyło, kiedy audyt mnie sprawdzał.
 
− Widziałem to przedstawienie wczoraj wieczór. Było dziwne.
 
− Chcesz dobrą radę?
 
− Słucham.
 
− Chodź na nie, ale sprawiaj wrażenie znudzonego. Widzisz, jeśli nie chodzisz, zawieszeni zabiją cię za to, że nie jesteś jednym z nich. Z drugiej strony, strażnicy też cię obserwują. Jeśli robisz wrażenie kogoś, kto dobrze się bawi, zameldują o tym Oskarżycielowi. A to zapewni ci orzeczenie o winie i zatwardziałości. Wiesz, co to oznacza?
 
− Śmierć pierwszej klasy?
 
− Nic z tego. Kopalnie pierwszej klasy. A to coś znacznie gorszego niż śmierć.
 

 
Każdego ranka audyt wzywał mnie na pierwsze przesłuchanie, a ja spędzałem dziesięć minut, odpierając zarzuty. Zwykle oskarżeni musieli znosić pełne słońce, którego siłę oddziaływania tak bardzo zwiększyli, ale ponieważ zasiałem tymczasowe wątpliwości, pozwalano mi teraz nosić szeroki wiklinowy kapelusz. Stał się on również źródłem wielu plotek pośród zawieszonych i dewastatorów, którzy nie przeszli jeszcze audytu.
 
Egzekucje drugiej klasy odbywały się w południe i tuż przed zachodem słońca. Przed nimi nie było nic do roboty, można było jedynie słuchać, jak Oskarżyciel zarzuca ludziom, że udawali się na niedzielne przejażdżki, korzystali z centralnego ogrzewania, używali odkurzaczy zamiast mioteł i raz do roku latali do Europy na wakacje. Zasądzano im kopalnie pierwszej klasy.
 
− Znowu pokonałeś Oskarżyciela.
 
Wiedziałem, że śpię, zawsze spałem, kiedy miały miejsce odwiedziny Śmierci.
 
− Musisz ubóstwiać to miejsce. Czy osobiście zabierasz wszystkie dusze skazanych?
 
− I tak są moje.
 
− Więc co tu robisz?
 
− Przecież mnie wzywasz, a jesteś kimś ważnym.
 
− Ja? Ważnym? Przez całe życie przepowiadałem katastrofę klimatyczną, no wiesz, że większość Chin, Australii i Afryki zmieni się w palącą pustynię, a USA i Europę skuje lód, bo Golfsztrom trafi szlag, topnienie biegunów przyspieszy, poziom mórz wzrośnie o dwie stopy i powstanie siedem huraganów. Jakbyś nie zauważył, wszystko to się wydarzyło, więc jestem bezrobotny.
 
− Jesteś ważny, Jasonie Hall, bo stanowisz zagrożenie dla audytorów. Walutą tego wieku jest pozycja i władza. Zagrażasz ich władzy.
 
− Ja? Zagrażam audytorom? Opamiętaj się.
 
− Zabieram bardzo wiele dusz. Czy wiesz, w jaki sposób dawni bogacze zyskali swoje majątki?
 
− Przez trzeci poziom chciwości i drugi marnotrawstwa?
 
− Niezupełnie. Byli po prostu dobrzy w gromadzeniu pieniędzy. Nie musisz ich zarabiać, żeby je skumulować. Niektóre z tych sposobów były legalne, prawie żadne etyczne.
 
− I co z tego? Dziękuję za wykład z lateralizmu, zamożność i wzrost nie są w modzie.
 
− Oskarżyciel jest dobry w akumulowaniu wyroków skazujących, a ma idealny rejestr wyroków śmierci i zsyłki do kopalń. Jest nowym typem bogacza, a bogaci lubią trzymać się swego bogactwa.
 

 
Audyt Peggy-Anne skończył się bardzo szybko. Akta wykazały siedemset tysięcy dolarów włożonych w chirurgię plastyczną, przedstawiono implanty. Choć liczyła sobie blisko sto lat, wyglądała na mniej niż czterdzieści, ale kiedy się poruszała, była nieco sztywna. Została uznana za winną marnotrawstwa i wystawności − otrzymała podwójny wyrok śmierci drugiej klasy. Dawnej zabijanie ludzi starych wydawało się odrażające, ale teraz uznawano je za sprawiedliwe. Ziemia została opakowana, a pokolenia ofiar chciały zemsty na pokoleniach marnotrawców za to, że do tego doprowadziły.
 
Peggy-Anne trafiła na szubienicę. Kiedy sterta węgla kurczyła się, a deska zaczęła się chwiać, kobieta rozpłakała się. Żaden ze strażników ani audytorów nie wydawał się poruszony. Na chwilę przed końcem zaczęła się modlić. Nie były to oficjalne modlitwy, lecz jedynie prośby do jej boga, żeby skończył to wszystko i zmiłował się nad nią. Kiedy deska w końcu przechyliła się, była to dla mnie ogromna ulga.
 
− Wesoła z niej była kobieta − stwierdził Chaz, kiedy wracaliśmy.

− Dziewięć dekad zabawy − zauważyłem. − Musiała się czuć jak nieśmiertelna.

Minionej nocy Chaz dzielił z Peggy-Anne legowisko. Próbowałem sobie wmówić, że tak naprawdę zakończyła życie w jakimś momencie tamtej nocy w ramionach mężczyzny, którego poderwała podczas przedstawienia. Ów przerażony, kwilący szkielet, który powłócząc nogami, wszedł na deskę, już nią nie był.
 

 
Tego wieczoru w obozie odbyły się wyścigi samochodowe. Zebrano wiele wózków inwalidzkich, teraz niepotrzebnych ich właścicielom. Po bokach wypisano im nazwy słynnych modeli samochodów wraz z nazwami od dawna już nieczynnych sponsorów. Przyczepiono też kartonowe języki, żeby uderzając o szprychy, imitowały odgłosy silnika, a mając jednego mężczyznę za kierowcę, drugiego do popychania, stanowiły nikłe, lecz wyraźne echo dekad marnotrawstwa.
 
Oglądała to cała grupa dewastatorów i zawieszonych, w większości to dewastatorzy wiwatowali i klaskali, kiedy piętnaście wózków inwalidzkich jechało po zaimprowizowanym torze. Odbywały się krótkie postoje, żeby zmienić popychaczy, miały miejsce kraksy, zawiązały się nawet grupki wiekowych kibiców. Kilku z nas miało na tyle rozsądku, żeby nie wiwatować. Strażnicy przyglądali się, penetrując wzrokiem publiczność w poszukiwaniu oznak entuzjazmu pośród zawieszonych. Zwarta grupa wózków przetoczyła się z łoskotem, wzniecając kurz i wzbudzając głośny entuzjazm tłumu, po chwili zaś jeden z popychaczy runął i padł martwy na ziemię. Podczas tego wyścigu miało miejsce pięć podobnych zgonów wskutek zatrzymania akcji serca. Większość jego uczestników prawdopodobnie liczyła na śmierć na torze, ponieważ byli to dewastatorzy, których czekały poważne zarzuty. Śmierć na atak serca była znacznie bardziej pożądana niż umieranie w cieplarni bądź życie w kopalniach.   
 
Wyścig zwieńczyło wręczenie zwycięzcy oraz tym, którzy zajęli miejsca na podium, podwójnych racji wody w butelkach, w których przed dziesiątkami lat znajdował się szampan. Ochlapywali się nią sami, ochlapywali widzów w buńczucznej manifestacji marnotrawstwa. Potem odbył się koncert piosenek dla kierowców oraz surferów z repertuaru duetu Jan and Dean wykonywanych przez różnych śpiewaków i zespół nucący. Wszystko to stanowiło wątłe duchy dawnych kultur, wulgarny, lecz próżny gest przeciwko pokoleniom ofiar. Doszedłem do wniosku, że dla większości tych ludzi nie było już nadziei, nie sposób było im pomóc ani ich przekonać. Nie wstydzili się tego, co zrobili, a być może uważali, że to nader nierozsądne ze strony Ziemi, że skończyły jej się zasoby naturalne i podniosła temperatura w tak niepokojącym tempie.


przełożył Konrad Walewski


Całe opowiadanie dostępne jest w numerze JESIEŃ 2011.


CZYTAJ TAKŻE