KWARTALNIK

W latach 80. minionego stulecia Bruce Sterling stworzył arcyciekawy − dziś na dobrą sprawę mogący uchodzić za klasykę − posthumanistyczny świat odległej przyszłości opanowany przez dwie zwalczające się frakcje potomków człowieka: Mechanistów i Kształcerzy, z których każda jest przekonana o wyższości swoich metod i środków w walce o dominację i ekspansję. Pajęcza Róża to jedno z ciekawszych opowiadań z tego świata, które pierwotnie ukazało się w oryginalnej edycji „F&SF” w numerze z sierpnia 1982 roku, a następnie trafiło do zbioru Crystal Express. Znakomitą ilustrację okładkową stworzył Paul Chadwick (artysta dziś znany przede wszystkim jako twórca komisku Concrete), który zechciał nam ją udostępnić.

Bruce Sterling

Pajęcza Róża

(Spider Rose)
Pajęcza Róża nie odczuwała żadnych lub niemal żadnych emocji. Kiedyś oczywiście ją przepełniały, jednak obecnie trwały w postaci zakrzepłego splotu, zmiażdżone wielokrotnymi iniekcjami wewnątrzczaszkowymi. Pozostałości uczuć pochodzących z minionych dwustu lat przypominały szczątki zgniecionego na miazgę karalucha.

A Róża znała się na karaluchach, były one bowiem jedynym przejawem fauny w mechanistycznych koloniach orbitalnych. Ich plaga nękała statki kosmiczne od samego początku; były zbyt wytrzymałe, zbyt płodne i wyjątkowo łatwo przystosowujące się do warunków zewnętrznych, by dało się je wytępić. Tak więc kierowani koniecznością Mechaniści, dzięki technikom genetycznym wykradzionym swym rywalom Kształcerzom, przekształcili je w upstrzone tu i ówdzie kolorami zwierzątka domowe. Jeden z ulubieńców Pajęczej Róży miał około stopy długości, a jego lśniącą, czarną chitynę pokrywał wzorek czerwono-żółtych zygzaków. Siedział teraz uczepiony jej głowy, spijając pot z doskonałej brwi, a Pajęcza Róża absolutnie nie zdawała sobie z tego sprawy, gdyż była zupełnie gdzie indziej. Przeczesywała otaczającą ją przestrzeń, wypatrując gości.

Wykorzystywała w tym celu osiem teleskopów, a pochodzące z nich obrazy, zestawiane razem, były przekazywane bezpośrednio do jej mózgu połączeniem nerw-kryształ u podstawy czaszki. Obserwowała świat przez osiem oczu, podobnie jak jej symbol – pająk. Jej narząd słuchu sprowadzał się obecnie do słabego pulsu radaru nadsłuchującego nieprzerwanie w poszukiwaniu odbiegających od normy zakłóceń mogących sygnalizować obecność statku Inwestorów.

Róży nie brakowało sprytu. Niewykluczone, że była niespełna rozumu, lecz jej techniki monitorujące wyznaczyły chemiczną podstawę zdrowych zmysłów, a następnie sztucznie ją podtrzymywały, a stan ten przyjmowała za normalność.

I było to normalne; nie dla ludzi, lecz dla zamieszkującej w wirującej sieci habitatu krążącego po orbicie Urana dwustuletniej Mechanistki, której ciało kipiało od hormonów młodości, której mądra starczo-młoda twarz wyglądała jakby ledwie przed chwilą wyciągnięto ją z gipsowej formy i której długie, migotliwie falujące białe włosy wszczepionych włókien światłowodowych kończyły się malutkimi perełkami przyciętych pod skosem końcówek, z których sączyło się światło… Była stara, ale nigdy nie zaprzątała sobie tym głowy. Była samotna, lecz środkom chemicznym zawdzięczała zdławienie wszelkich emocji niesionych przez podobne stany. I posiadała coś, czego pragnęli Inwestorzy; coś, za co ci gadzi, obcy handlowcy byliby w stanie dać sobie odciąć grzebienie.

Uwięziona w poliwęglanowej pajęczej sieci szeroko rozciągniętej siatki ładunkowej, której zawdzięczała swe przezwisko, posiadała klejnot wielkości autobusu.

Nieprzerwanie trwała w tej sieci, wypatrując gości, z mózgiem bezpośrednio podłączonym do instrumentów statku. Nie była wyjątkowo zaabsorbowana tym, co robiła, lecz z pewnością nie odczuwała znudzenia. Nuda była bowiem niebezpieczna. Prowadziła do niepokoju, a ten z kolei w podobnych habitatach kosmicznych bywał śmiertelny w skutkach, gdyż w takich miejscach zwykła złośliwość czy bezmyślność okazywały się najzwyczajniej zabójcze. Sposób właściwego postępowania gwarantującego przeżycie wyglądał następująco: trwać w przyczajeniu uczepionym haczykowatymi odnóżami w samym sercu mentalnej sieci, rozchodzącej się we wszystkich kierunkach euklidesowymi liniami racjonalności, wyczekując najmniejszych choćby wibracji niepokojącej emocji. A kiedy tylko Róża wyczuwała drżenie linii wywoływane emocją, natychmiast ruszała tam, by ją ocenić, szczelnie okryć, a wreszcie przekłuć swą szczękoczułkową igłą, dokonując tej ostatniej czynności powoli i z chirurgiczną precyzją…

I oto ją wyczuła. Jej ośmiokrotne oczy, obserwujące niemal czterysta tysięcy kilometrów rozciągającej się wokół przestrzeni kosmicznej, dostrzegły zakrzywienie światła gwiazd wywoływane napędem statku Inwestorów. Ich pojazdy nie dysponowały konwencjonalnymi silnikami, nie wypromieniowywały dających się wykryć energii, a oni sami pilnie strzegli tajemnicy swojego gwiezdnego napędu. Różne frakcje (wciąż z braku lepszego określenia luźno nazywane „ludzkością”) o napędzie międzygwiezdnym tych statków wiedziały tylko, iż wysyłał z rufy długie paraboliczne wstęgi zniekształceń, powodujące ów widoczny na tle gwiazd efekt falowania.

Pajęcza Róża częściowo wyrwała się z trybu statycznej obserwacji i poczuła, jak wraca do swego ciała. Odbierane przez nią sygnały komputerowe stały się przytłumione, przesłonięte nałożonym na nie jej normalnym wzrokiem, niczym odbicie twarzy obserwowane w tafli szkła, przez którą patrzyła. Z pomocą klawiatury wycelowała laser komunikacyjny w kierunku statku Inwestorów, by wysłać impuls danych stanowiący ofertę handlową. (Sygnał radiowy uznała za zbyt ryzykowny, mógł bowiem zwrócić na nią uwagę kształcerskich piratów, których musiała już kilku zabić).

Było jasne, że odebrano i zrozumiano jej sygnał, gdyż statek Inwestorów nagle niemal zatrzymał się w miejscu, by po chwili ruszyć ponownie, tym razem przyspieszając względem pierwotnego kursu pod kątem łamiącym wszelkie znane zasady dynamiki orbitalnej. Oczekując na jego przybycie, załadowała i uruchomiła program translacyjny z języka Inwestorów. Pochodził co prawda sprzed niemal pięćdziesięciu lat, lecz Inwestorzy należeli do niepoprawnie niezmiennych istot; nie tyle konserwatywnych, ile po prostu niezainteresowanych wszelkimi zmianami.

Gdy statek zbliżył się do jej stacji na odległość uniemożliwiającą manewry z użyciem napędu międzygwiezdnego, wraz z kłębem gazu wypuścił z siebie bogato zdobiony żagiel fotonowy. Był on wystarczająco okazały, by dało się weń zapakować niczym prezent niewielki księżyc, a jednocześnie bardziej zwiewny niż dwustuletnie wspomnienie. Mimo jego niebywałej wiotkości, wykonano na nim freski o grubości atomu. Monumentalne sceny ukazujące flotyllę Inwestorów, gdy ci podstępni handlarze oszukiwali gładkoskórych dwunogów i łatwowiernych, rozdętych majętnością i wodorem balonowców z planet o olbrzymiej grawitacji. Wielkie, obładowane kosztownościami królowe ich rasy, otoczone wielbiącymi je samczymi haremami, pyszniły się krzykliwym wyrafinowaniem ponad kilometrowymi narracjami wyrażonymi w inwestorskich hieroglifach umieszczonych na muzycznej siatce, określającej właściwy ton i intonację ich półśpiewnego języka.

Znajdujący się przed nią ekran komputera wybuchł nieoczekiwanie zakłóceniami statycznymi, z których po chwili wyłoniła się twarz Inwestora. Pajęcza Róża wyciągnęła wtyczkę z szyi. Przypatrywała się twarzy obcego, wielkim, szklistym oczom częściowo przysłoniętym błonami migawkowymi, tęczowemu grzebieniowi znajdującemu się tuż za uszami wielkości główki od szpilki, pełnej wybrzuszeń skórze, krzywemu, gadziemu uśmiechowi, z którego wyłaniały się zęby wielkości kciuka. Twarz wydała z siebie serię dźwięków.

– Tu chorąży statku – przetłumaczył komputer. – Lydia Martinez?

– Tak – odparła krótko, nie zawracając sobie głowy wyjaśnieniami w kwestii zmiany imienia. Miała ich już wiele w swym życiu.

– W przeszłości prowadziliśmy zyskowne interesy z twoim mężem – zaczął Inwestor z zainteresowaniem. – Jak mu się obecnie powodzi?

– Nie żyje od trzydziestu lat – odparła. Stłamsiła już w sobie smutek. – Zginął z rąk kształcerskich zabójców.

Inwestor, słysząc te słowa, zatrzepotał grzebieniem. Nie było to jednak oznaką zakłopotania. Jego rasa nie odczuwała tej emocji.

– Niedobrze dla interesów – stwierdził. – Gdzie jest klejnot, o którym wspomniałaś?

– Przygotuj się na odbiór danych – rzuciła Pajęcza Róża, dotykając klawiatury.

Wpatrywała się w ekran, na którym rozwijała się jej wyjątkowo starannie przygotowana oferta handlowa, przesyłana Inwestorom za pomocą osłoniętej wiązki komunikacyjnej, by wiadomość nie dotarła do niepowołanych uszu.

Jej znalezisko należało do tych, jakie trafiają się raz na całe życie. Zostało powołane do istnienia jako olbrzymi fragment lodowego księżyca protoplanety Uran, który rozpadał się, stapiał i rekrystalizował w pradawnych eonach nieustającego bombardowania. Księżyc ten pękał przynajmniej czterokrotnie, za każdym razem do wnętrza stref pęknięć niewyobrażalne wprost ciśnienie wtłaczało strugi minerałów: węgla, krzemianu manganu, berylu, tlenku glinu. Gdy rozpadł się wreszcie w słynny Pierścień, olbrzymia bryła lodu dryfowała przez eony, omywana falami uderzeniowymi promieniowania twardego, gromadząc i tracąc swój ładunek w najprzedziwniejszych migotaniach elektromagnetycznych, charakterystycznych dla wszystkich formacji Pierścieni.

Wówczas, kilka milionów lat temu, nadszedł ów kluczowy moment, gdy bryła stała się strefą zero tytanicznego wyładowania, jednego z tych bezdźwięcznych i niewidzialnych błysków energii elektrycznej, roztrwaniających ładunek gromadzony przez całe dekady. Większa część zewnętrznej pokrywy lodowej bryły błyskawicznie zmieniła się w plazmę. Reszta zaś została… przeobrażona. Mineralne okluzje były obecnie nitkami i żyłkami berylu, połączonymi tu i ówdzie z niczym nieosłoniętymi bryłami szmaragdów wielkimi niczym głowy Inwestorów, poprzecinanych siatkami czerwonego korundu i fioletowych granatów. Gdzieniegdzie pojawiały się też bryły stopionych diamentów o nadzwyczaj jaskrawo płonących barwach, które powstawały wyłącznie w niespotykanych stanach kwantowych metalicznego węgla. Nawet sam lód przekształcił się w coś wartościowego i rzadkiego, więc – z samej definicji – drogocennego.

– Zaintrygowałaś nas – oznajmił Inwestor, co w przypadku jego rasy było synonimem wielkiego entuzjazmu.

Pajęcza Róża uśmiechnęła się do siebie, zaś chorąży kontynuował:

– To wielce nadzwyczajny towar o niemal nie dającej się ustalić wartości. Oferujemy ci w zamian dwieście pięćdziesiąt tysięcy gigawatów.

– Nie potrzebuję energii. Moja stacja i jej mechanizmy obronne działają bez zarzutu przy tej ilości, jaką posiadam. To hojna oferta, ale nie miałabym jak zmagazynować takiego ogromu energii.

– Dołożymy do tego stabilizowaną sieć plazmową, byś mogła ją przechować. – Nieoczekiwana, niebotycznie hojna propozycja miała ją obezwładnić. Konstrukcja podobnych sieci dalece przekraczała możliwości ludzkiej technologii, z łatwością byłaby więc czymś wyjątkowym przez najbliższe lata. Ani trochę nie było jej to potrzebne.

– Nie jestem zainteresowana – odparła.

Na te słowa Inwestor uniósł swój grzebień w wyrazie zdumienia.

– Nie jesteś zainteresowana podstawową walutą galaktycznego handlu?

– Nie, skoro mogłabym ją wykorzystać wyłącznie w kontaktach z wami.

– Handel z młodymi rasami to nader niewdzięczne zajęcie – zauważył Inwestor. – Jak przypuszczam, zależy ci w takim razie na informacji. Wszystkie młode rasy niezmiennie poszukują nowych technologii. Jesteśmy przygotowani do handlu z frakcją Kształcerzy, dysponujemy kilkoma ich technikami. Jesteś zainteresowana?

– Szpiegostwo przemysłowe? – zapytała Pajęcza Róża. – Szkoda, że nie trafiłeś do mnie z podobnymi propozycjami jakieś osiemdziesiąt lat temu. Nie, za dobrze was znam. Sprzedawalibyście im techniki Mechanistów tylko po to, by utrzymać równowagę sił.

– Lubimy, gdy rynek jest konkurencyjny – przyznał Inwestor. – Pomaga nam to uniknąć bolesnych, monopolistycznych sytuacji, jak ta, w której się obecnie znaleźliśmy, handlując z tobą.

– Nie chcę potęgi. Status nic dla mnie nie znaczy. Pokażcie mi coś nowego.

– Nie status? Co pomyślą twoi towarzysze?

– Żyję sama.

Inwestor przysłonił swe oczy błonami migawkowymi.

– Stłamsiłaś swoje instynkty stadne? Złowieszczy kierunek rozwoju. Cóż, zastosuję inne podejście. Co powiesz na broń? Jeśli tylko zgodzisz się na pewne obwarowania związane z użytkowaniem, możemy ci przekazać jedyne w swoim rodzaju, a przy tym potężne formy uzbrojenia.

– Już sobie radzę.

– Możesz wykorzystać nasze umiejętności polityczne. Jesteśmy w stanie silnie wpłynąć na wszystkie główne grupy Kształcerzy, by chronić cię przed nimi na drodze traktatów. Może to zająć dziesięć, a nawet dwadzieścia lat, lecz jest wykonalne.

– Obawa przede mną powinna leżeć w ich interesie – odpowiedziała Pajęcza Róża. – a nie vice versa.

– Może w takim razie zaproponuję ci nowy habitat. – Inwestor cierpliwie przedstawił kolejną propozycję. – Szczerozłoty.

– Jestem zadowolona z tego, w którym mieszkam.

– Posiadamy artefakty mogące sprawić ci wiele radości – nie ustawał Inwestor. – Przygotuj się na odbiór danych.

Kolejne osiem godzin minęło jej na przeglądaniu różnorodnych propozycji. Nie było pośpiechu. Ona była za stara na okazywanie zniecierpliwienia, a handel i targi stanowiły cel życia Inwestorów.

Zaoferowano jej kolorowe kultury alg, produkujące tlen i obce perfumy. Wśród propozycji znajdowały się również struktury z metafolii powstałej na drodze kolapsu materii, mogące służyć w celach obronnych lub jako osłona przed promieniowaniem. Niespotykane technologie przekształcające włókna nerwowe w kryształ. Gładka, czarna różdżka sprawiająca, że żelazo stawało się tak miękkie i plastyczne, że dawało się je formować gołymi rękoma, nadając mu w ten sposób absolutnie dowolny kształt. Malutka luksusowa łódź podwodna służąca do badań w głębinach mórz amoniaku i metanu, wykonana z przezroczystego metalicznego szkła. Samoreplikujące się kulki wzorzystej krzemionki, które podczas wzrostu odgrywały symulację narodzin, rozwoju i upadku obcej cywilizacji. Statek mogący się poruszać zarówno w wodzie, w powietrzu, jak i na lądzie, o tak znikomych rozmiarach, że dało się go zapiąć na sobie jak kombinezon.

– Nie interesują mnie obce planety – oświadczyła wreszcie Pajęcza Róża. – Nie przepadam za studniami grawitacyjnymi.

– Pod pewnymi warunkami możliwe jest również udostępnienie ci generatora grawitacyjnego – zaproponował Inwestor. – Konieczne będzie wprowadzenie pewnych zabezpieczeń, mających uniemożliwić wszelką odsprzedaż, podobnie jak w przypadku różdżki czy proponowanego przez nas uzbrojenia. I raczej zostanie ci on wypożyczony niż bezpośrednio sprzedany. Musimy unikać wycieku podobnych technologii.

Wzruszyła ramionami.

– Zrujnowały nas nasze własne technologie. Obecnie nie jesteśmy w stanie przyswoić nawet tego, czym dysponujemy. Nie widzę powodu, by brać na siebie jeszcze więcej.

– Zaoferowaliśmy ci wszystko, co nie znajdowało się na liście artykułów zakazanych – stwierdził Inwestor. – Tak się jednak wyjątkowo składa, że nasz statek handlowy posiada wiele artykułów odpowiednich wyłącznie dla ras żyjących w bardzo niskich temperaturach bądź w bardzo wysokim ciśnieniu. Posiadamy też rzeczy, które najprawdopodobniej przyniosą ci wiele radości, lecz równocześnie doprowadzą do śmierci. Twojej, a nawet całego twojego gatunku. Na przykład literatura na temat [nieprzetłumaczalne].

– Jeśli tylko zechcę poznać obcy punkt widzenia, czeka na mnie cała ziemska twórczość – odparła.

– [Nieprzetłumaczalne] nie jest tak naprawdę literaturą – łagodnie wyjaśnił jej Inwestor. – To raczej coś w rodzaju wirusa.

Gdy mówił te słowa, jeden z karaluchów wylądował jej na ramieniu.

– Zwierzątka! – powiedział Inwestor. – Pupile! Lubisz je?

– Są moją pociechą – odparła, pozwalając karaluchowi skubać naskórek kciuka.

– Powinienem się domyślić – stwierdził Inwestor. – Daj mi dwanaście godzin.

Poszła spać. Po przebudzeniu, czekając na ponowny kontakt ze strony Inwestorów, przyglądała się oczami teleskopów ich obcemu statkowi. Wszystkie jednostki Inwestorów pokryte były fantastycznymi strukturami wykonanymi z kutego metalu: zwierzęcymi głowami, metalowymi mozaikami, reliefowymi scenami i inskrypcjami, a wszystko to uzupełniały załadunkowe zatoki towarowe wyposażone w instrumenty służące do ich obsługi. Lecz eksperci twierdzili, że pod wszelkimi zdobieniami podstawowy kształt ich statków pozostawał niezmiennie ten sam: prosty ośmiościan z sześcioma długimi prostokątnymi burtami. Inwestorzy zadawali sobie wiele trudu, by ukryć ten fakt, a wedle obecnie obowiązującej teorii swoje statki po prostu kupili, odnaleźli bądź zwyczajnie wykradli jakiejś bardziej rozwiniętej rasie. Z pewnością Inwestorzy, przy całym swym osobliwym stosunku do nauki i techniki, zdawali się absolutnie niezdolni do samodzielnego stworzenia czegoś podobnego.

Chorąży ponownie nawiązał kontakt. Jego błony migawkowe wyglądały na bielsze niż zwykle. Uniósł w dłoni niewielkie, uskrzydlone, gadopodobne stworzenie o długim kolczastym grzebieniu, kolorystycznie przypominającym te posiadane przez Inwestorów.

– Oto maskotka naszego dowódcy. Nazywamy ją Niuszkiem Do Interesów. Cała nasza załoga wprost za nią szaleje! Rozstaniemy się z nią z wielkim żalem i wyrzutami. Musimy wybrać między utratą twarzy w tej transakcji, a utratą jej towarzystwa. – Pobawił się chwilę ze stworzeniem, które schwyciło swymi pokrytymi łuskami łapkami jego grube palce.

– Jest… słodki – stwierdziła, z trudem odnajdując na wpół zapomniane słowo z dzieciństwa, wypowiadając je jednak z grymasem niesmaku. – Ale nie mam najmniejszego zamiaru przehandlować mojego znaleziska za jakiegoś mięsożernego jaszczura.

– Pomyśl tylko jak my się czujemy! – zajęczał Inwestor. – Skazujemy naszego malutkiego Niuszka na życie w obcym miejscu, wprost rojącym się od bakterii i olbrzymiego robactwa… Jednak nijak nie możemy temu zaradzić. Oto nasza propozycja. Weźmiesz naszą maskotkę na siedemset naszych dni, plus minus pięć. Odnajdziemy cię w drodze powrotnej z waszego układu. Wtedy będziesz mogła się zdecydować, czy chcesz ją na własność, czy wolisz zatrzymać swoje znalezisko. Musisz nam jednak obiecać, że w tym czasie nikomu nie sprzedasz klejnotu, ani też nikogo więcej nie powiadomisz o jego istnieniu.

– Jak rozumiem pozostawisz mi teraz wasze zwierzątko jako rodzaj zabezpieczenia naszej transakcji.

Inwestor przysłonił oczy błonami, częściowo przymykając gruzełkowate powieki. Dla jego rasy było oznaką cierpienia.

– Nasza maskotka staje się zakładnikiem twojego okrutnego niezdecydowania, Lydio Martinez. Szczerze wątpimy, czy bylibyśmy w stanie znaleźć w tym układzie coś, co mogłoby cię zadowolić bardziej niż ona. Z wyjątkiem, być może, jakiejś nowatorskiej metody samobójstwa.

Pajęcza Róża była zaskoczona. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkała tak emocjonalnie zaangażowanego Inwestora. Zwykle prezentowali wyjątkowo luźne podejście, czasami wykazując się nawet wzorcami zachowań przypominającymi poczucie humoru.

Dobrze się bawiła. Minął już moment, w którym dałaby się skusić czemukolwiek spośród zwykłych inwestorskich towarów. Obecnie wszystko sprowadzało się do tego, że przehandlowywała swój klejnot za pewien wewnętrzny stan umysłu: nie tyle emocję, gdyż te stłamsiła już bez wyjątku, ile coś bardziej przytłumionego i czystszego – zainteresowanie. Chciała, by coś wywołało jej zainteresowanie, pragnęła odkryć coś, czym zajęłaby swą uwagę, coś innego niż martwe kamienie i otaczająca ją przestrzeń kosmiczna. A propozycja Inwestorów prezentowała się intrygująco.

– W porządku – odpowiedziała. – Zgadzam się. Siedemset dni, plus minus pięć. I ani słowa nikomu. – Uśmiechnęła się. Przez ostatnie pięć lat z nikim nie rozmawiała i nie zamierzała zaczynać właśnie teraz.

– Zaopiekuj się właściwie naszym Niuszkiem Do Interesów – powiedział Inwestor, częściowo błagalnie, częściowo ostrzegawczo, akcentując te niuanse w taki sposób, by jej komputer bez najmniejszych problemów właściwie je wychwycił. – Nawet gdybyś kierowana jakimś absolutnym zepsuciem ducha zrezygnowała z niego, wciąż będziemy domagali się go z powrotem. Jest wartościowy i rzadki. Prześlemy ci instrukcje dotyczące opieki i sposobu karmienia. Przygotuj się na odbiór danych.

Inwestorzy wystrzelili kapsułę towarową ze stworzeniem w kierunku napiętej poliwęglanowej sieci jej pajęczego habitatu. Sieć stworzono na szkielecie ośmiu promieniście rozchodzących się włókien, napinanych siłą odśrodkową powstałą na skutek obrotu wokół środka pajęczyny ośmiu kapsuł w kształcie łez. W chwili uderzenia kapsuły towarowej sieć wygięła się powoli i w nieznacznych, pełnych gracji łukach pociągnęła do środka osiem kończących ją masywnych metalowych łzopodobnych kapsuł. Nikłe światło słońca rozbłysło wzdłuż rozciągającej się w odrzucie sieci, a jej ruch obrotowy odrobinę zwolnił z powodu zużycia energii związanej z absorpcją inercji. Była to tania i efektywna technika dokująca, gdyż nad tempem obrotu sieci dało się o wiele łatwiej zapanować, niż nad złożonymi manewrami.

Przemysłowe roboty o haczykowatych odnóżach pospieszyły wzdłuż poliwęglanowych włókien, by przy użyciu kleszczy i magnetycznych macek odebrać kapsułę z maskotką. Pajęcza Róża sama poprowadziła robota nadzorującego, odczuwając i spoglądając na świat przez jego chwytaki i kamery. Roboty wepchnęły pojazd towarowy do śluzy, gdzie rozpakowały jego zawartość, po czym przyczepiły do niego niewielką rakietę zewnętrzną, by uniosła go z powrotem w kierunku macierzystego statku Inwestorów. Po zwróceniu rakiety i odlocie statku roboty zgromadziły się w garażach w kształcie łez, a następnie wyłączyły się, by trwać tam w oczekiwaniu na kolejne drgania sieci.

Pajęcza Róża rozłączyła się i otworzyła śluzę. Maskotka wleciała do pomieszczenia. Wydawała się malutka w porównaniu z chorążym, ale Inwestorzy byli olbrzymi. Zwierzątko sięgał jej do kolan i wyglądało, jakby ważyło około dziesięciu kilogramów. Posapując melodyjnie, oddychało nieznanym powietrzem. Nierównym lotem obleciało pomieszczenie.

Jeden z karaluchów oderwał się od ściany i poleciał z głośnym stukotem skrzydeł. Maskotka uderzyła o pokład, wydając z siebie skrzek przerażenia, i leżała tam, komicznie dotykając swych patykowatych odnóży w poszukiwaniu uszkodzeń. Częściowo przymknęła oczy swymi szorstkimi powiekami. To oczy inwestorskiego dziecka, nieoczekiwanie przemknęło Pajęczej Róży przez myśl, mimo iż nigdy nie widziała małego Inwestora i szczerze wątpiła, czy było to dane jakiemukolwiek człowiekowi. Miała mgliste wspomnienie czegoś, co kiedyś usłyszała, dawno, dawno temu – coś o zwierzątkach domowych i dzieciach, ich wielkich głowach, wielkich oczach, miękkości ich ciał i niesamodzielności. Przypomniała sobie, jak wyśmiewała się z pomysłu, że ckliwa zależność takiego, dajmy na to, „psa” czy „kota” mogłaby rywalizować z czystą ekonomią i efektywnością karalucha.

Przyczajona na ugiętych kolanach maskotka powoli odzyskiwała spokój na dywanie z alg, szczebiocząc coś do siebie. Na jej miniaturowej smoczej twarzy wykwitło coś na kształt przebiegłego uśmiechu. W jej półprzymkniętych oczach wciąż czaiła się czujność, gdy zapałkowate żebra poruszały się z każdym oddechem to w górę to w dół. Miała wielkie źrenice. Pajęcza Róża domyślała się, że tutejsze oświetlenie musiało być dla niej wyjątkowo przyćmione, biorąc pod uwagę fakt, iż statki Inwestorów rozświetlało pełne ultrafioletu, rażąco niebieskie światło pochodzące z lamp łukowych.

– Musimy ci wymyślić jakieś nowe imię – stwierdziła wreszcie. – Nie znam języka Inwestorów, więc odpada używanie nadanego ci przez nich.

Maskotka przyjrzała się jej przyjaźnie, odrobinę wyginając półprzezroczyste skrzydełka osłaniające otwory uszne wielkości główki od szpilki. Prawdziwi Inwestorzy nie posiadali podobnych skrzydełek. Róża była zauroczona kolejną wychwyconą różnicą. Tak naprawdę, nie licząc skrzydeł, istotka aż nazbyt przypominała mniejszą wersję dojrzałego Inwestora. Wrażenie było niepokojące.

– Nazwę cię Kędziorek – stwierdziła. Istota nie posiadała włosów. Prywatny żart. Wszystkie jej żarty należały do tej kategorii.

Maskotka odbiła się kilkakrotnie od podłogi. Również sztuczna grawitacja odśrodkowa jej habitatu była słabsza niż 1.3 g używane przez masywnych Inwestorów. Istota objęła jej gołe nogi, liżąc kolano swym szorstkim niczym papier ścierny języczkiem. Pajęcza Róża zaśmiała się, odrobinę zaniepokojona, lecz zdawała sobie sprawę, że Inwestorzy rygorystycznie stronili od agresji. Ich maskotka nie mogła być zatem niebezpieczna.

Zwierzątko wydało z siebie ochocze ćwierkające odgłosy i wspięło się na jej na głowę, chwytając po kilka migotliwych światłowodów. Róża usiadła przy konsoli i otworzyła instrukcje dotyczące opieki i karmienia malca.

Najwyraźniej Inwestorzy nie zakładali możliwości przehandlowania swojej maskotki, gdyż instrukcji niemal nie dawało się rozszyfrować. Sprawiały wrażenie któregoś z kolei tłumaczenia z jakiegoś jeszcze bardziej obcego języka. Jednak, zgodnie z inwestorską tradycją, banalnie pragmatyczne aspekty zostały tam wyraźnie podkreślone.

Pajęcza Róża poczuła ulgę. Jak się zdawało podobne istoty mogły się żywić niemal wszystkim, choć preferowały prawoskrętne białka i wymagały ściśle określonych i łatwo dostępnych minerałów śladowych. Były nadzwyczaj odporne na toksyny i nie posiadały żadnych naturalnie występujących bakterii jelitowych. (Podobnie zresztą jak sami Inwestorzy, którzy uznawali posiadające je rasy za dzikusów).

Usiłowała właśnie odszukać wymagania oddechowe istotki, gdy ta zerwała się z jej głowy i jednym susem przemknęła przez panel kontrolny, niemal przerywając uruchomiony tam program. Pajęcza Róża przegoniła ją stamtąd, wciąż doszukując się w zbitym gąszczu obcych wykresów i poprzekręcanego technicznego tłumaczenia czegoś, co mogłaby zrozumieć. Nieoczekiwanie rozpoznała coś z dawnych lat, kiedy jeszcze zajmowała się szpiegostwem przemysłowym – mapę genetyczną.

Zmarszczyła brwi. Jak się zdawało przejrzała już wszystkie najistotniejsze podstawowe ustępy i znalazła się w zupełnie nowej części materiału, przypominającej rozprawę naukową. Powoli przedzierała się przez zawarte w niej dane, by wreszcie odkryć trójwymiarową ilustrację niesamowicie skomplikowanej konstrukcji genetycznej, która składała się z długich, spiralnych łańcuchów obcych genów przedstawionych w nieprawdopodobnych kolorach. Łańcuchy owijały się wokół długich szpikulców czy też kolców, które wychodziły promieniście ze znajdującego się w środku gęsto splecionego węzła. Kolejne łańcuchy ciasno zwiniętych spiral łączyły ze sobą owe kolce. Jak się wydawało w punktach swych przyłączeń do kolców aktywowały one odległe sekcje materiału genetycznego, gdyż dostrzegła łańcuchy białek odrywające się od zaktywowanych genów leżących w zupełnie innych miejscach.

Uśmiechnęła się. Bez wątpienia wykwalifikowany kształcerski genetyk mógłby czerpać z tego niesamowite zyski. Rozbawiła ją myśl, że nigdy do tego nie dojdzie. Było oczywiste, że miała przed sobą wytworzony sztucznie obcy układ genetyczny, gdyż było w nim więcej genetycznych elementów niż jakiekolwiek rzeczywiście istniejące zwierzę mogłoby kiedykolwiek naprawdę potrzebować.

Wiedziała, że sami Inwestorzy nigdy nie parali się genetyką. Zastanawiała się, która spośród dziewiętnastu znanych jej inteligentnych ras mogła być za to odpowiedzialna. Być może istota pochodziła spoza granic ekonomicznej domeny Inwestorów, a nawet – czego też nie można było wykluczyć – była pozostałością po którejś z wymarłych ras.

Rozważała, czy powinna skasować dane, by po jej śmierci nie trafiły w niepowołane ręce. Kiedy tak nad tym rozmyślała, stopniowo zaczęły ją nachodzić pierwsze niepokojące cienie przejmującej depresji. Przez krótką chwilę rozmyślań pozwoliła im narastać. Inwestorzy dość lekkomyślnie przekazali jej te informacje; lub, co bardziej prawdopodobne, nie doceniali genetycznych umiejętności, jakimi dysponowali wymuskani i charyzmatyczni Kształcerze o imponująco powiększonym współczynniku inteligencji.

W jej głowie nieustannie narastało falowanie. Poczuła zawroty, gdy chemicznie stłumione emocje wytrysnęły wreszcie z całą dotychczas powstrzymywaną siłą. Poczuła bolesną zawiść do Inwestorów za ich idiotyczną arogancję i pewność siebie, które pozwalały im krążyć wśród gwiazd, oszukując wszystkich uznawanych za gorszych i podrzędnych. Chciała tam znaleźć się z nimi. Chciała być na pokładzie ich magicznego statku, chciała poczuć jak skórę parzy jej światło obcego słońca oddalonego o całe lata świetlne od ludzkich słabości. Chciała krzyczeć i czuć się dokładnie tak samo, jak sto dziewięćdziesiąt trzy lata temu krzyczała i czuła się mała dziewczynka na kolejce górskiej w Los Angeles, wrzeszcząc w czystej intensywności przeżycia, w odbierającym zmysły odczuciu, jakiego doświadczała w ramionach nieżyjącego już od trzydziestu lat męża. Martwego… Od trzydziestu lat…

Drżącymi dłońmi otworzyła szufladę znajdującą się tuż pod panelem sterowania. W nozdrza uderzył ją słaby, budzący medyczne skojarzenia zapach ozonu ze sterylizatora. Na oślep odrzuciła swe migotliwe włosy, odsłaniając plastikowy przewód prowadzący bezpośrednio do wnętrza czaszki, po czym docisnęła do niego wtryskiwacz, wciągnęła głęboko powietrze, zamknęła oczy, odetchnęła po raz kolejny, by wreszcie odłożyć strzykawkę. Ze szklistymi oczami napełniła ją ponownie, po czym wsunęła z powrotem do znajdującego się w szufladzie futerału na rzepy.

Uniosła butelkę i pustym wzrokiem przypatrzyła się zawartości. Wciąż jeszcze wiele w niej zostało. Nie będzie potrzeby syntetyzowania kolejnej partii jeszcze przez kilka najbliższych miesięcy. Czuła się, jakby ktoś rozdeptał jej mózg. Zawsze tak było zaraz po miażdżeniu. Zamknęła otrzymane od Inwestorów dane, nieobecna duchem zapisała je gdzieś w odmętach pamięci komputera. Maskotka zaświergotała krótko ze swego stanowiska na interfejsie lasera komunikacyjnego i zaczęła czyścić skrzydła.

Pajęcza Róża wkrótce znów była sobą. Uśmiechnęła się. Te nagłe nieoczekiwane ataki stały się dla niej czymś naturalnym. Wzięła doustny środek uspokajający, mający powstrzymać drżenie rąk, oraz środki zobojętniające kwasy żołądkowe.

Gdy było już po wszystkim, pobawiła się ze zwierzątkiem, póki nie zmęczyło się i nie zasnęło. Przez cztery kolejne dni czujnie je karmiła, szczególnie uważając, by nie przekarmić, gdyż – podobnie jak Inwestorzy, na których podobieństwo powstało – zwierzątko okazywało się zachłanną małą istotką, a Róża obawiała się, że swą nieposkromioną żarłocznością może zrobić sobie krzywdę. Z każdą chwilą czuła się coraz bardziej do niego przywiązana, wbrew jego zimnokrwistości, wbrew szorstkiej skórze. Kiedy istotka nudziła się proszeniem o jedzenie, godzinami mogła bawić się nitką lub siedzieć jej we włosach, wpatrując się w ekran, gdy Róża monitorowała swe porozrzucane po Pierścieniach roboty kopalniane.

Piątego dnia zaraz po przebudzeniu Róża odkryła, że maskotka zabiła i zjadła cztery największe i najdorodniejsze karaluchy. Zdjęta słusznym gniewem, którego nijak nie starała się złagodzić, ruszyła przez kapsułę w poszukiwaniu malca.

Nigdzie go nie znalazła. Wreszcie po godzinach wyczerpujących poszukiwań odkryła zaklinowany za toaletą kokon, mniej więcej rozmiarów stworzenia.

Zwierzątko przeszło w rodzaj hibernacji. Wybaczyła mu zjedzenie karaluchów. Łatwo je można było zastąpić, a zresztą i tak rywalizowały o jej uczucia i przywiązanie. Na swój sposób jej to schlebiało, lecz równocześnie poczuła ostre ukłucie niepokoju przyćmiewające te pozytywne odczucia. Bacznie przyjrzała się kokonowi. Był wykonany z nachodzących na siebie warstw, płatów jakiejś kruchej półprzezroczystej substancji – wysuszonego śluzu? – którą z łatwością mogła odłamać, ledwie skubiąc paznokciem. Kokon nie był idealnie okrągły − pojawiały się na nim słabo zaznaczone guzki, mogące być kolanami i łokciami istoty. Zrobiła sobie kolejny zastrzyk.

Tydzień spędzony przez zwierzątko w stanie hibernacji był dla niej okresem dojmującej trwogi i zmartwienia. Nieustannie zgłębiała dane od Inwestorów, lecz te, biorąc pod uwagę jej ograniczoną wiedzę specjalistyczną, okazywały się zbyt enigmatyczne. Przynajmniej wiedziała, że istota nie była martwa, gdyż kokon okazał się ciepły w dotyku, a widoczne pod nim guzki od czasu do czasu się poruszały.

Róża spała, gdy istota zaczęła uwalniać się z kokonu. Jednak rozstawione w pobliżu monitory zasygnalizowały, że do tego doszło. Wybudzona dźwiękiem pierwszego sygnału alarmowego niezwłocznie ruszyła w kierunku toalety.

Coś wydostawało się z kokonu. W nachodzących na siebie warstwach pojawiło się rozdarcie, a do zamkniętego obiegu powietrza statku sączył się stamtąd ciepły, zwierzęcy zapach.

A wówczas ze środka wyłoniła się łapa: pięciopalczasta łapka pokryta lśniącym futrem. Po chwili pokazała się druga, po czym obie z nich schwyciły za krawędzie otworu, by całkowicie rozedrzeć ograniczający je kokon. Ze środka wyłoniła się istota, odkopując na bok pustą, zdartą łupinę nieznacznym, wyjątkowo przypominającym ludzkie szurnięciem nogi, po czym wyszczerzyła się w uśmiechu.

Wyglądem przypominała małpkę, małą, miękką i lśniącą. Za ludzkimi wargami uśmiechu widać było malutkie ludzkie zęby. Zakrzywione, sprężyste nogi kończyły się miękkimi dziecięcymi stópkami; nie miała już skrzydeł. Oczy istoty miały ten sam kolor, co oczy Róży, a na gładkiej ssaczej skórze okrągłej twarzyczki wykwitał słaby rumieniec, oznaka doskonałego stanu zdrowia.

Zwierzątko podskoczyło, a Róża dostrzegła róż języka, gdy paplało coś głośno ludzkimi sylabami.

Malec doskoczył do niej, obejmując nogę. Pajęcza Róża była przerażona i zauroczona, jednocześnie odczuwała dogłębną ulgę. Pogłaskała stworzonko po miękkim, niewyobrażalnie wręcz błyszczącym futrze twardej bryły główki.

– Kędziorku – powiedziała. – Miło cię widzieć. Naprawdę miło znów cię widzieć.

– Ba ba ba – odparło stworzenie swym piskliwym dziecięcym głosikiem, naśladując jej intonację, po czym odskoczyło z powrotem w kierunku kokonu i zaczęło go jeść, wpychając sobie kawałki pełnymi garściami do ust, a jego twarz wciąż rozświetlał uśmiech od ucha do ucha.

Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego Inwestorzy tak niechętnie rozstawali się ze swoją maskotką. Była bowiem artykułem handlowym o fantastycznej wartości. Była artefaktem genetycznym zdolnym do określenia emocjonalnych potrzeb i wymagań obcego gatunku, a następnie przystosowania się do nich w ciągu zaledwie kilku dni.

Zaczęła się zastanawiać, dlaczego Inwestorzy w ogóle oddali jej swą maskotkę, czy w pełni rozumieli jej zdolności i możliwości. Szczerze wątpiła, by rozgryźli związane z nią złożone dane. Co bardziej prawdopodobne, przejęli ją zapewne od innych Inwestorów, gdy ta była już w gadziej postaci. Nie można też było wykluczyć możliwości (chociaż podobna myśl dogłębnie ją zmroziła), że maskotka mogła być starsza od całej inwestorskiej rasy.

Pajęcza Róża wpatrywała się w nią, nie mogąc oderwać wzroku od jej pogodnych, niewinnych i ufnych oczu. Istota schwyciła jej palce swymi ciepłymi, muskularnymi rączkami. Nie potrafiąc się oprzeć, Pajęcza Róża przytuliła ją do siebie, a ta paplała coś z przyjemnością. Tak, zdecydowanie mogła już żyć przez setki, a nawet tysiące lat, rozprzestrzeniając swą miłość (czy jakieś inne, równoważne jej uczucie) wśród dziesiątków różnych gatunków.

Bo któż byłby w stanie ją skrzywdzić? Nawet najbardziej zdeprawowani i zatwardziali przedstawiciele jej własnego, ludzkiego gatunku posiadali swe potajemne słabości. Pajęcza Róża pamiętała historie o strażnikach z obozów koncentracyjnych, mordujących bez litości i wyrzutów sumienia kobiety i mężczyzn, lecz równocześnie pedantycznie dokarmiających w zimie głodne ptaszki. Strach rodził strach i nienawiść, lecz jak ktoś mógłby czuć strach czy nienawiść względem takiej istotki? Jak mógłby się oprzeć jej fantastycznym mocom?

Zwierzątko nie było inteligentne, gdyż nie potrzebowało inteligencji. Nie posiadało również płci. Zdolność do rozmnażania mogłaby tylko zrujnować jej wartość handlową. Poza tym Pajęcza Róża szczerze wątpiła, by cokolwiek tak złożonego mogło się rozwinąć w macicy. Geny podobnej istoty musiały zostać stworzone, zbudowane kolec po kolcu, w jakimś wręcz niewyobrażalnie zaawansowanym laboratorium.

Powoli mijały dni i tygodnie. Zdolności Kędziorka do wyczuwania jej nastrojów niewiele dzieliło od nadprzyrodzonych. Kiedy był potrzebny, zawsze znajdował się u boku Róży, a kiedy miała go dość, po prostu niemal natychmiast rozpływał się w powietrzu. Róża czasem słyszała jak zwierzątko paple coś do siebie, pląsając w swych dziwacznych akrobacjach czy goniąc karaluchy podczas polowań. Nigdy jednak nie zachowywało się złośliwie, a przy rzadkich okazjach, gdy zdarzyło mu się rozlać pożywienie czy coś przewrócić, zaraz dyskretnie po sobie sprzątało. Również własnoręcznie zajmowało się usuwaniem wydalanych przez siebie małych, nieuciążliwych grudek odchodów, wyrzucając je do wspólnego przetwornika.

Były to jedyne oznaki wzorców myślenia przekraczających te charakterystyczne dla zwierząt. Jeden jedyny raz istota spróbowała ją naśladować, doskonale słowo po słowie powtarzając wypowiedziane przez nią zdanie. Pajęcza Róża była tym wstrząśnięta, a istota natychmiast wyczuła tę reakcję i nigdy już nie próbowała tego robić.

Spały w jednym łóżku. Czasem podczas snu czuła jak ciepły nos istotki, delikatnie węsząc, przesuwa się powoli po jej skórze, jakby mógł wyczuwać przez pory tłumione wewnątrz nastroje i uczucia. Niekiedy zwierzątko swymi malutkimi, twardymi dłońmi rozcierało bądź uciskało jej szyję lub kręgosłup, gdzie zawsze dało się znaleźć jakiś napięty mięsień, który pod wpływem tego dotyku rozluźniał się z wdzięcznością. W dzień nigdy sobie na to nie pozwalała, ale w nocy, gdy jej dyscyplina wewnętrzna częściowo rozpływała się we śnie, zawiązywała się między nimi nić spisku.

Inwestorów nie było od ponad sześciuset dni. Pajęcza Róża śmiała się, gdy myślała o interesie, jaki z nimi ubiła.

Już nie szokował jej dźwięk własnego śmiechu. Ograniczyła nawet dawki środków tłumiących i inhibitorów. Zwierzę wydawało się o wiele szczęśliwsze, gdy i ona była szczęśliwa, a kiedy znajdowało się blisko, cały jej dawny smutek zdawał się łatwiejszy do zniesienia. Kolejno zaczęła stawiać czoła starym bólom i traumom, kurczowo przyciskając istotę do siebie, gdy wylewane przez nią uzdrawiające łzy moczyły błyszczące futerko zwierzątka, które je zlizywało, jedną po drugiej, smakując zawarte w nich substancje chemiczne wydzielane pod wpływem emocji, wdychając jej oddech, wąchając skórę, obejmując, gdy wpadała w spazmy łkania. Miała tak wiele wspomnień. Czuła się stara, potwornie stara, a jednocześnie odczuwała nowe poczucie spełnienia, dzięki któremu łatwiej było jej to znosić. W przeszłości zrobiła wiele rzeczy, wiele okrutnych rzeczy, lecz nigdy jak dotąd nie znosiła z tak cierpliwym spokojem wszelkich niewygód związanych z wyrzutami sumienia. Zawsze je miażdżyła.

Teraz po raz pierwszy od dziesięcioleci poczuła słabe przebudzenie poczucia celu. Chciała znów widywać się z ludźmi – dziesiątkami, a nawet setkami ludzi, którzy by ją podziwiali, ochraniali, uznawali za bliską sercu, o których mogłaby dbać, a dzięki ich obecności mogłaby poczuć się bezpieczniej niż zaledwie przy jedynym towarzyszu…


przełożył Konrad Kozłowski


Całe opowiadanie dostępne jest w pierwszym numerze elektronicznym polsiej edycji „F&SF”.

CZYTAJ TAKŻE