LITERATURA

Carol Emshwiller to nestorka amerykańskiej literatury fantastycznej od początku swojej kariery silnie związana z „F&SF” nie tylko jako autorka opowiadań, które systematycznie publikuje na łamach oryginalnej edycji pisma od lat 50. minionego stulecia, ale i jako żona Eda Emshwillera, jednego z najbardziej znanych i cenionych artystów w historii fantastyki amerykańskiej (jego prace można obejrzeć w naszej galerii). Jej najbardziej znane powieści to Carmen Dog (1988) i The Mount (2002). Za zbiór opowiadań The Start of the End of It All z 1991 roku zdobyła World Fantasy Award. W roku 2005 została również uhonorowana tą nagrodą za całokształt twórczości. Rok później zdobyła Nebulę za Mieszkam z tobą, opowiadanie zgłębiające problematykę tożsamości, formalnie nawiązujące do tradycji amerykańskiego literackiego minimalizmu.

Carol Emshwiller

Mieszkam z tobą

(I Live with You)
Mieszkam w twoim domu, choć o tym nie wiesz. Podjadam w twojej kuchni. Zastanawiasz się, gdzie zniknęło jedzenie, gdzie się podziały ołówki i długopisy... Co się stało z twoją najlepszą bluzką. (Nosimy ten sam rozmiar. Dlatego się tu znalazłam). W jaki sposób klucze dostały się na stolik przy łóżku, skoro zawsze kładziesz je przy drzwiach? Zawsze. Jesteś staranna.

Zostawiam w zlewie brudne naczynia. Kiedy jesteś w pracy, kładę się w twoim łóżku na krótką drzemkę. Widok wygniecionego prześcieradła i rozrzuconej kołdry dziwi cię, bo byłaś przekonana, że rano wszystko równo pościeliłaś. Rzeczywiście, pościeliłaś.

Zobaczyłam cię po raz pierwszy, gdy ukrywałam się w księgarni. Czułam się już wtedy zmęczona życiem w miejscu, w którym jedynym jedzeniem były mafinki w kafejce. Choć oczywiście mieszkanie tam miało swoje dobre strony... czytanie książek, muzyka. Nigdy nie kradłam. Gdzie miałabym zresztą schować ukradzione rzeczy? Nie kradłam nawet wtedy, gdy mieszkałam w domu handlowym. Zawsze kiedy z niego wychodziłam, miałam na sobie swoje stare ubrania, chociaż nocami zakładałam to, co znalazłam na wieszakach. Gdy zbliżałam się do drzwi, na twarzach obsługi było widać ulgę, że taki obdartus już opuszcza ich sklep. Zastanawiali się, skąd się tam w ogóle wzięłam. Tak naprawdę tylko jedna osoba zwróciła na mnie uwagę. Rzadko kiedy ktoś mnie zauważa.

Tamtego dnia w księgarni zobaczyłam cię po raz pierwszy i pomyślałam: dokładnie mój rozmiar. Dokładnie mój wygląd. I tak jak ja, zupełnie niewidoczna. Nikt nie zwracał na ciebie uwagi, nikt cię nie dostrzegał. Dokładnie tak jak mnie.

Poszłam za tobą aż do ładnego domu na przedmieściach. Jeśli miałabym na sobie twoje ubrania, mogłabym tam zamieszkać i każdy myślałby, że ja to ty. Ale jak się dostać do środka za pierwszym razem? Pomyślałam, że będę musiała poczekać, aż zapadnie zmrok, i wejść przez okno.

Jednak radzę sobie bez okna. Skulona wchodzę do domu tuż za tobą. Mogłoby się wydawać, że ktoś, kogo inni nie zauważają, sam będzie zwracał uwagę na ludzi, ale ty taka nie jesteś.
Zaraz po wejściu chowam się w szafie w przedpokoju.



Masz kota. To tak bardzo w twoim stylu! Zresztą w moim też. Gdybym była tobą, też trzymałabym kota.

Pierwsze dni są cudowne. Twoje ubrania są w moim guście. Twój kot mnie lubi (bardziej niż ciebie, i to już od pierwszych chwil). Szybko znajduję sobie dobre miejsce na strychu. W zasadzie korytarzyk, po którym trzeba się czołgać, ale mnie to nie przeszkadza. Przecież prawie zawsze chodzę skulona. Korytarz jest wąski i długi, z oknem na każdym końcu. Z jednego widać czubek drzewa. Zdaje się, że jabłoni. Pod koniec lata mogłabym się wychylić i zerwać parę owoców. Przyniosłam na górę twoją narzutę. Widziałam, że się zdziwiłaś, kiedy zabrałam dywanik z przedpokoju. Zmieniłaś zamki w drzwiach, co bardzo mnie rozśmieszyło. Następnego dnia wzięłam z półki zdjęcie. Chyba twojej matki. Chciałam, żebyś spostrzegła jego brak, ale niczego nie zauważyłaś.

Przynoszę na górę stołek. Poduszki, jedną po drugiej, dopóki nie uzbieram czterech. Czasopisma prosto ze skrzynki na listy, zanim nawet masz szansę do nich zajrzeć.

Co robię całymi dniami? Wszystko, na co mam ochotę. Tańczę, śpiewam, słucham radia, oglądam telewizję.

Wieczorem, kiedy jesteś w domu, schodzę na dół, staję w korytarzu i patrzę, jak ty oglądasz telewizję.

Myję włosy twoim szamponem. Któregoś dnia wróciłaś wcześniej niż zwykle i prawie mnie przyłapałaś pod prysznicem. Schowałam się w szafie w przedpokoju i wtulona w prześcieradła patrzyłam, jak znajdujesz mokry ręcznik, rozlany szampon.

Zaczynasz się niepokoić. Myślisz: od tygodni słyszę dziwne odgłosy. Czujesz, że coś ci grozi, choć wmawiasz sobie, że tak nie jest. To kot − mówisz sobie, chociaż dobrze wiesz, że to nieprawda.
Do drzwi sypialni wstawiasz zamek – ciężką sztabę, którą można zamknąć tylko od wewnątrz.

Na kanapie zostawiłam otwartą książkę, odcisk głowy na poduszce, obok kilka specjalnie wyrwanych siwych włosów. Na ławie wypitą do połowy lampkę wina. Na podłodze w łazience twoją bieliznę (którą wcześniej nosiłam), pod łóżkiem brudne skarpetki, biustonosz na wieszaku na ręczniki. Na stole w kuchni nadjedzoną pizzę. (Wcześniej ją zamówiłam i zapłaciłam garścią monet z twojego stosu ćwierćdolarówek, chociaż dobrze wiem, gdzie chowasz zwitek dwudziestek).

Przestawiłam wszystkie zegarki o piętnaście minut do tyłu i ustawiłam twój budzik na czwartą rano. Schowałam ci okulary do czytania. Urwałam guziki z wszystkich swetrów i położyłam tam, gdzie wcześniej były ćwierćdolarówki. Monety przeniosłam do pudełka na guziki.

Zazwyczaj staram się nie hałasować nocą, ale twoje nudne życie zaczyna mnie drażnić. W księgarni i w sklepie przynajmniej coś się cały czas działo. Ty ciągle oglądasz te same programy telewizyjne. Chodzisz do pracy. Zarabiasz dość dużo (widziałam wyciągi z konta), ale co robisz z pieniędzmi? Chcę zmienić twoje życie, tak żeby warto mu się było przyglądać.

Zaczynam tupać, obijać się o ściany, jęczeć i zawodzić (zawodzić chciało mi się zresztą już od dłuższego czasu). Może załatwię ci mężczyznę.

Kupię ci nowe ubrania, a stare zabiorę, tak że będziesz musiała nosić to, co przyniosłam. Nowe rzeczy będą czerwone, pomarańczowe, w paski i w groszki. Kiedy już się tobą zajmę, będziesz prawdziwa... A przynajmniej prawdziwsza. Ludzie zaczną cię zauważać.

Teraz jęczysz i wzdychasz tak samo jak ja. Myślisz: to nie może się dziać naprawdę. Myślisz: o co chodzi z dziwnymi dźwiękami dochodzącymi ze strychu? Myślisz: sama nie odważę się tam wejść, ale kogo mogłabym poprosić, żeby zrobił to ze mną? (Nic mi nie wiadomo o żadnych twoich przyjaciołach. W tym też jesteśmy podobne).

W poniedziałek idziesz do pracy we włochatej niebieskiej bluzce i czerwonych spodniach ze skóry. Wybranie czegoś bez pasków, groszków czy wzoru w wielkie kwiaty zabrało ci sporo czasu.

Patrzę na ciebie z kuchennego okna. Podgrzewam kawę, której nie zdążyłaś wypić. Robię tosty. (Zużywam całe masło. Myślałaś, że spokojnie wystarczy na kilka następnych dni).

Tego dnia, kiedy z paczkami wróciłam późno do domu, prawie mnie przyłapałaś. Musiałam się schować za zasłonką. Moje stopy wyraźnie wystawały, ale niczego nie zauważyłaś.

Innym razem widziałaś, jak chowam się do szafy w przedpokoju, ale nie odważyłaś się zajrzeć do środka. Pobiegłaś na górę do sypialni i zasunęłaś zasuwę. Tego wieczoru już w ogóle nie zeszłaś na dół. Nie zjadłaś kolacji. Oglądałam telewizję, wreszcie sama wybierając kanały.

Zakładam kolejną zasuwę na drzwi twojej sypialni, tym razem od zewnątrz. Na wszelki wypadek. Jest tak wysoko, że pewnie jej nie zauważysz. Może się przydać.



(Koronkowa bielizna z wycięciami w kluczowych miejscach. Magazyny dla naturystów. Ślimaki i sardynki – wędzone ostrygi. Nie smakują żadnej z nas. Wszystko, co kupuję za twoje pieniądze, jest dla ciebie. Nie kradnę).

Jak sobie radzisz z przetrwaniem Bożego Narodzenia w pojedynkę? Twojej samotności wystarczyłoby na nas dwie. Żeby wprowadzić świąteczny nastrój, opakowujesz puste pudełka w papier z Mikołajami. Kupujesz choinkę. Małą. Jest sztuczna, z przyczepionym sznurem migających lampek. Nocą schodzę razem z kotem na dół, żeby spać w ich świetle.

A co z mężczyzną? Tym, którego chciałam ci zorganizować. Przeglądam ogłoszenia towarzyskie. Piszę listy do potencjalnych kandydatów, ale kiedy idę na pocztę, żeby je wysłać, zauważam kogoś. Utyka i trzęsie się. (Podrygi wyglądają na efekt rwy kulszowej. Albo artretyzmu). Przydałoby mu się strzyżenie i golenie. Ma na sobie starą kraciastą marynarkę, cały jest kościsty i niezgrabny. Wygląda na kogoś z prowincji. Tutaj nikt nie nosi ubrań w szkocką kratę.

Wlokę się za nim. Widzę, jak wchodzi do jednego z tych małych mieszkanek, dobudowywanych nad garażami na tyłach domów. Niedaleko od nas.

Na pewno ma tam tylko jeden pokój. W takim miejscu nie mogłabym się ukryć niezauważona.

Kuzyn ze wsi. Raczej wujek – jest od nas sporo starszy. Czy jest zdolny do tego, czego od niego chcę?

Następnego dnia przyglądam mu się w spożywczym. Tak samo jak my kupuje jedzenie dla samotnych – dwa jabłka, pomidor, krakersy, płatki owsiane. Jedzenie dla ubogich. Staję za nim w kolejce do kasy. Kiedy płaci, specjalnie potrącam go i korzystając z zamieszania, rzucam okiem na portfel. Nie ma tam za wiele, ledwo wystarczy na zakupy. Wylicza końcówkę co do centa, wykładając kolejne monety. Prawie nic mu nie zostaje. Szykuję sobie drobne, żeby w razie czego coś mu dorzucić.

Taki brzydki, rozchwiany gość... Idealny.

Nie ma powodu, żeby iść do jego pokoiku nad garażem, ale i tak chcę to zrobić. To ważne. Muszę się dowiedzieć, kim jest.

Otwieram zamek naszą kartą kredytową.

Ale bałagan. Potrzeba mu kogoś takiego jak my, żeby się o niego zatroszczył. Na łóżku stos koców. Ogrzewanie nie jest najlepsze. W przejściu do łazienki zamiast drzwi wisi zasłonka. W środku nie ma wanny ani nawet prysznica. Sprawdzam ciepłą wodę w umywalce. Ciepła jest tylko według napisu na kurku, z kranu płynie zimna. Jedyny sprzęt w mieszkaniu to maszynka elektryczna. Nie ma lodówki. Są dwa okna, ale w żadnym nie ma zasłon. Dokładnie tak, jak można się było po nim spodziewać. Wystarczyło wdrapać się na ogrodzenie i zajrzeć do środka.

Po Bożym Narodzeniu nie ma tu śladu. Żadnych pamiątek, zdjęć krewnych. Nie ma niczego, co mogłoby wskazywać na przyjaciół – zupełnie tak jak w naszym domu. Jesteście dla siebie stworzeni, ty i on.

Co zrobić, żeby mu pokazać, że tu byłam? Tym razem jakoś nie mam ochoty na żarty. Zresztą panuje tu taki bałagan, że niczego by nie zauważył.

Jest zimno. Nie zdjęłam płaszcza przez cały czas, który tutaj spędziłam. Zaparzam herbatę. (Nie ma mleka ani cytryny. Oczywiście). Siadam na brzydkim, pomalowanym na zielono krześle, jedynym, jakie tu jest. Wszystkie meble wyglądają, jakby znalazł je przed czyimś domem. Skrzynka na owoce robi za stolik przy łóżku. Popijając herbatę, przeglądam gazety. Pewnie wyciągnął je ze śmietnika. Trzęsę się z zimna. (Nic dziwnego, że nie ma go w domu. Myślę, że trudno mu się golić. Musiałby podgrzewać wodę na maszynce).

Potrzebuje kota, żeby spał mu na piersi i go ogrzewał. Tak jak twój kot ogrzewa mnie.

W plecaku mam nasze zakupy. Obok maszynki kładę dwie pomarańcze i pączka. Dorzucam kilka ćwierćdolarówek.

Zostawiam kartkę z naszym adresem. Podpisuję się twoim imieniem. Piszę: „Przyjdź w pierwszy dzień świąt. O drugiej. Będę mieć na sobie czerwone skórzane spodnie! Twoja sąsiadka, Nora”.
(Zastanawiam się, która z nas powinna założyć te spodnie).

Sprzątam trochę, ale tak, żeby nie zauważył, jeśli nie jest zbyt spostrzegawczy. Tak czy inaczej, ludzie zauważają tylko, że jest brudno. Nigdy nie dostrzegają, że jest posprzątane.
 
Kiedy wracam, widzę, jak wychodzisz z domu. Mijamy się. Twój wzrok jest skierowany prosto na mnie. Mam na sobie twój zielony sweter i twoje czarne spodnie. Patrzymy na siebie, brązowe oczy w brązowe oczy. Jedyna różnica to włosy, twoje są upięte do tyłu, a moje opadają na czoło. Przechodzisz tuż obok. Odwracam się i patrzę na ciebie. Nie odwracasz się. Śmieję się w kułak na myśl o tym, że musiałaś założyć te czerwone skórzane spodnie i bluzeczkę w czarne i białe paski.

Jest zbyt nieśmiały i niepewny, żeby przyjść. Nie lubi, kiedy ktoś patrzy, jak utyka. Wstydzi się, że nie ma pieniędzy na jedzenie, że nie ma się gdzie ogolić i wykąpać. Choć może jeśli wystraszyła go moja wizyta, jednak przyjdzie. Może zechce się dowiedzieć, kim jest Nora i czy adres jest prawdziwy. Ma pretekst – przyjdzie podziękować za jedzenie i ćwierćdolarówki.

Może nawet zechce oddać monety. Może być jednym z tych bogatych gości, którzy żyją w nędzy. Szkoda, że nie poszukałam pieniędzy i książeczek czekowych. Następnym razem.

Słyszę dzwonek i myślę – któż inny mógłby to być?

Otwierasz drzwi.

− Pani Nora?

− Tak?

− Chciałem pani podziękować.

Wiedziałam. Pewnie chce więcej pieniędzy.

− I chciałbym oddać monety. Bardzo to uprzejme z pani strony, ale naprawdę nie ma potrzeby.

Nie wiesz, co powiedzieć. Podejrzewasz, że to może być moja sprawka. Że kolejny raz skomplikowałam ci życie. Zastanawiasz się, co zrobić. Mężczyzna nie wygląda na niebezpiecznego, ale nigdy nic nie wiadomo. Chcesz się jakoś na mnie odegrać. Myślisz: jeśli rzeczywiście jest groźny, to obie byłybyśmy w niebezpieczeństwie, więc raczej nie ma się czego obawiać. Zapraszasz go do środka.
Kuśtyka do salonu.

− Proszę usiąść, zrobię herbatę − mówisz.

Grasz na czas.

On ciągle trzyma w ręku garść ćwierćdolarówek. Kładzie je na stoliku.

Nie wiesz, jak monety trafiły do niego i czy naprawdę są twoje.

− Ależ nie − zaprzeczasz. I zaraz dodajesz − skąd pan je ma?

− Były w moim pokoju razem z listem od pani i z tym adresem. Napisała pani: przyjdź w pierwszy dzień świąt.

Zastanawiasz się, co mnie najbardziej zirytuje. Czy chcę, żebyś zaprosiła go na kolację? Mała szansa, skoro w lodówce masz tylko jedną kupioną w supermarkecie paczkę z gotowym obiadem. Wiesz, że o tym wiem.

− Ktoś zrobił mi dowcip. Ale herbata...

Potrzebujesz pomocy, żeby się rozkręcić, więc kiedy wracasz z kuchni do pokoju, podkładam ci nogę. Wszystko leci na podłogę. Głupio wyszło, wyciągnęłaś najlepszą porcelanę, choć gość wygląda tak, a nie inaczej.

On oczywiście się podnosi, niezdarnie robi kilka kroków, pomaga ci się podnieść i pozbierać rzeczy z podłogi. Mówisz, że możesz zrobić jeszcze raz herbatę, ale on odpowiada:
− Nie trzeba.

Razem idziecie do kuchni. Ja też. Bokiem. W cieniu. Kot cicho stąpa za nami. Obydwoje nosicie grube szkła. Liczę na waszą ślepotę. Kucam. On kładzie popękane filiżanki na rogu stołu. Ty wyciągasz dwie nowe. Chwali:

− Te też są ładne.

− Po matce − odpowiadasz.

− Nie powinna pani podawać Rosenthali − zarzeka się mężczyzna. − Nie dla mnie.

Może obydwoje jesteście bogaci, zastanawiam się, tyle że nigdy nie wydajecie pieniędzy?

Kot wskakuje na stół, ale zaraz go odpędzasz. Nic dziwnego, że mnie bardziej lubi. Zawsze pozwalam mu wchodzić, gdzie tylko chce, i wcale nie przeszkadza mi na stole.

Przyglądasz się naszemu mężczyźnie. Studiujesz jego zakrzywiony nos. Dostrzegasz coś, czego żadna z nas wcześniej nie zauważyła. Na wyciągniętej do pomocy dłoni ma pierścień z dużym kamieniem. Z takich, jakie noszą absolwenci elitarnych szkół. Myślisz: no, no, i zaczynasz zmieniać zdanie. Ja też.

Jest za dobry dla ciebie. Może będzie w sam raz dla mnie.

Wszyscy, cała nasza trójka, należymy do tego samego rodzaju ludzi. Widziałam, że kiedy rano wychodzisz z domu, sprawdzasz najpierw, czy na ulicy na pewno nie ma nikogo, z kim musiałabyś się przywitać.

Ale teraz jesteś rozmowna. Myślisz. Zadajesz pytania. Głośno się zastanawiasz nad różnymi sprawami. Spoglądasz na swoją pasiastą koszulę i żałujesz, że nie masz na sobie swoich normalnych ubrań. Siedzę pod stołem w twojej brązowej bluzce z bladym wzorem jesiennych liści. Wyglądam jak pognieciona papierowa torba, kopnięta w kąt i zapomniana. Obok mruczy kot.

Dwojgu samotnym ludziom żyjącym swoimi fantazjami nigdy nie potrzeba dużo czasu, żeby się porozumieć – żeby odnaleźć w tej drugiej osobie pożądane, choć nieistniejące cechy.
 
Czekaliście na siebie całe życie. Prawie to sobie mówicie. Poza tym on miałby wreszcie porządne mieszkanie, jeśli... jeśli coś z tego wyjdzie.

Przypominam sobie o czarnej koronkowej bieliźnie. O różowej jedwabnej koszulce nocnej. Muszę po nie pójść, jak tylko będzie okazja. Mogę ich potrzebować dla siebie.

Tylko jak was rozruszać? Wciąż tylko gadacie. A przynajmniej ty gadasz, on głównie milczy. Może jeden rzut oka na nocną koszulkę wystarczyłby, żeby coś zaczęło się dziać. Trzeba będzie z tym zaczekać na później. Choć z drugiej strony...

Sięgam na półkę po butelkę sherry i kiedy ani ty, ani on nie patrzycie, stawiam ją na stole. Każde z was pewnie pomyśli, że zrobiła to ta druga osoba.

(Właśnie tak się dzieje).

Wyciągasz kieliszki. Wyjmujesz nawet z lodówki pudełko z gotowym obiadem, mówiąc, że możecie się podzielić. W środku jest nadziewany indyk. Specjalnie na święta.

On oczywiście nalega, żebyś zjadła wszystko sama, ale odpowiadasz, że i tak zawsze zostawiasz, i dzielisz porcję na połowę.

Robię się głodna. Normalnie podkradłabym ci kilka kęsów, ale że jedzenia ledwie wystarczy dla was dwojga, będę musiała poradzić sobie inaczej.

Alkohol uderza wam do głowy. Niewiele trzeba. Ty prawie nigdy nie pijesz, wygląda na to, że on też nie. Myślę, że chcesz się upić. Chcesz, żeby do czegoś doszło, tak samo jak ja.

Co jakiś czas popijam z waszych kieliszków. Na pusty żołądek wystarcza i tyle. Brzmienie waszych głosów, głosy, brzmienie głosów – prawie usypiam.
A wy już idziecie na górę.

Wypełzam spod stołu i wspinam się za wami po schodach. Chwieję się tak samo jak wy. Właściwie bardziej. Całą trójką wchodzimy do sypialni. Za nami kot. Zasuwasz zasuwę. On zastanawia się dlaczego.

 − Nie mieszkasz sama?

− Niezupełnie − mówisz i dodajesz: − Później ci powiem.

(Masz rację, to na pewno nie jest dobra chwila na rozmowę o mnie).

Zaczynam od tego, że wyciągam z szuflady naszą seksowną koszulkę. Nurkuję pod łóżko i tam się przebieram. Nie jest łatwo w tej ciasnocie. Na kilka chwil tracę kontakt z tym, co się dzieje nade mną. Palcami zaczesuję włosy do tyłu, żeby wyglądały tak jak twoje. Nie mam grzebienia ani lusterka, więc nie wiem, jak mi to wychodzi. Zagryzam wargi i szczypię się w policzki, by stały się bardziej czerwone.

Kot mruczy.

Wychylam się, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Jak na razie niewiele. Choć jest już zawiany, ciągle brakuje mu odwagi. Doświadczenia. Nie sądzę, żeby był czyimś dziadkiem.

(My wszyscy jesteśmy pojedynczy. Żadne z nas nigdy nie było niczyim krewnym).



Wyglądasz na prawie nieprzytomną. Może udajesz. W każdym razie to dobra chwila na to, żebym się pokazała.

Wypełzam spod łóżka i patrzę na swoje odbicie w lustrze za nimi. Moje włosy to katastrofa, ale za to nieźle wyglądam w jedwabnej koszulce. Lepiej niż ty w swoich paskach i skórzanych spodniach. Znacznie lepiej.

Przez chwilę kołyszę się w seksownym pląsie.

− To ja jestem Nora, nie ona. To ja napisałam liścik − mówię.

Podnosisz się. Tylko udawałaś pijaną. Myślisz: teraz widzę, kim jesteś. Teraz cię dopadnę. Ale nie uda ci się.

Głaszczę kota. Znacząco. On mruczy. (Znaczy, kot mruczy). Ja mruczę. Znacząco.

Widzę, że jego oczy się ożywiają. (Znaczy, oczy mężczyzny się ożywiają). Wreszcie coś się zacznie.

− Nawet nie wiem, jak masz na imię − stwierdzam.

− Willard − odpowiada.

To mnie się udaje zdobyć jego sympatię, bo w przeciwieństwie do ciebie zapytałam go o imię. Całe to gadanie, gadanie i gadanie, a nie zapytałaś.

Wycofujesz się, wślizgujesz pod łóżko. Jest ci wstyd, ale też zjada cię ciekawość. Zastanawiasz się: jak to się stało, że znalazłaś się w tej sytuacji? Co robić dalej? Ja wiem, co robić. Daję ci kopniaka i wręczam kota.

Willard. Willard jest trochę zdezorientowany. Ale też chętny. Dużo bardziej niż wcześniej. Podoba mu się moja koszulka. Mówi mi o tym.

Dobrze mu się przyglądam. Krzaczaste brwi z masą siwych włosów. Pomagam mu zdjąć koszulę. Klatka piersiowa raczej nie z moich ulubionych. Przynajmniej brzuch ma płaski. (To od początku mi się w nim podobało – już od chwili, kiedy zobaczyłam go kuśtykającego ulicą). Patrzę w jego oczy. Zielone/szare/brązowe.

A co z „kocham cię”?

− A co z „kocham cię”? − pytam.

To go zatrzymuje. Nie o to mi chodziło. Chciałam pokazać Norze prawdziwy show. Oczywiście jest o wiele za wcześnie na cokolwiek przypominającego miłość.

− Nieważne. Zapomnij − mówię.

Ale jest za późno. Zakłada koszulę. (Białą i elegancką. Nawet ze spinkami do mankietów, na których wygrawerowano litery WT).

Naprawdę już po wszystkim?


przełożyli Joanna i Adam Skalscy


Całe opowiadanie dostępne jest w numerze WIOSNA 2011.


CZYTAJ TAKŻE