LITERATURA

Cyberoko.jpg
Wysublimowana proza M. Rickert od lat oczarowuje czytelników „F&SF”, choć nie należy do najłatwiejszych. Amerykańska pisarka z wyjątkową zręcznością łączy gęstą narrację charakterystyczną dla niektórych twórców prozy wspołczesnej z toposami fantasy i s.f. Leda to z jednej strony nawiązanie do mitologii (a pośrednio również do wiersza Williama Butlera Yeatsa), z drugiej zaś pełnokrwista fantastyka badająca problem przemocy wobec kobiet, radzenia sobie z jej konsekwencjami, a wreszcie trudności i napięć komunikacyjnych pomiędzy mężczyzną a kobietą. Wspaniałą ilustrację okładkową do tekstu, nieodzownie przywodzącą na myśl płótna prerafaelitów, stworzył amerykański artysta Thomas Canty.

M. Rickert

Leda

(Leda)
Nie potrafię rozłupać jajka, nie myśląc o niej. Jak mogła mi to zrobić, piękna Leda, jak mogłaś mi to zrobić? Każdy dzień rozpoczynam omletem z trzech jaj. Delikatnie trzymam każde z nich w obwodzie i myślę o jej nabrzmiałym sromie. Następnie rozbijam je o miskę. Skorupka pęka. Kilka jej odłamków wpada do środka wraz z lepkim białkiem, ja zaś uganiam się za nimi ząbkami widelca, ale one wydają się tak nieuchwytne, a wówczas przychodzi mi na myśl, że to zupełnie jak ona. Ale tak naprawdę to nie. Wiecznie nieuchwytna Leda.

Jak kochać piękną kobietę? Sądziłem, że wiem. Wydawało mi się, że moja miłość wystarczy. Moje oddanie. Pamiętam, kiedy przechodziła ten etap zauroczenia ważkami i nosiła kolczyki z ważkami, mieliśmy też pościel w ważki i abażury z ważkami, a nawet piżamy w ważki, które mi w końcu obrzydły. Czy poskarżyłem się jej? Czy powiedziałem: „Leda, właściwie to mam już dosyć tych cholernych ważek?”. Nie. Nic nie powiedziałem. Co więcej, zamówiłem jaja ważki. Jaja − proszę sobie wyobrazić, jak obecnie mnie to ośmiesza! Uważnie postępowałem zgodnie z instrukcją i trzymałem je przed nią w ukryciu, och, czuję ból w sercu, kiedy myślę o tym, co wywnioskowała z mojego prezentu, byłem jak jakaś cholerna ważkowa matka. Trzymałem je w wodzie ze stawu. Grzałem je. W końcu się wylęgły, czy też wykokoniły, jak zwał, tak zwał, a ja wciąż potajemnie się nimi zajmowałem, póki nie urodziło się ich blisko tysiąc, a wtedy ofiarowałem je Ledzie w pudełku. Kiedy je otworzyła (prędko, bo w przeciwnym razie nic by z tego nie wyszło), wyleciały: błękitne i srebrne, żółte, zielone, fioletowe. Tysiąc ważek dla niej, a ona popatrzyła na mnie tymi swoimi fiołkowymi oczyma, popatrzyła na nie, jak rozlatują się wokoło, po czym stwierdziła, nigdy tego nie zapomnę, stwierdziła: „Są inne niż te na naszych piżamach”.

Och, Leda! Moja Leda pochylona w ogrodzie nad letnimi różami w swym jedwabnym kimonie w ważki, pod którym nic nie miała, a ja natykam się na nią w takim stroju, na wizję, moją żonę, ona zaś unosi wówczas wzrok i spostrzega, że się jej przyglądam, i wie, co robi, kiedy odwiązuje szlafrok i pozwala, by opadł na ziemię, po czym odwraca się i pochyla, by dalej przycinać róże! W ziemi, w słońcu, w nocy. Zawsze Leda. Zawsze. Prócz tego.

Wchodzi do kuchni. Ma podkrążone czernią oczy, bose, spuchnięte stopy, sterczący brzuch. Przez chwilę stoi nieruchomo, przyglądając się tylko, jak rozbijam jajka, po czym odkasłuje i szurając nogami, podchodzi do ekspresu do kawy, nalewa sobie filiżankę, do której zaczyna wsypywać czubate łyżeczki cukru, a ja usiłuję powstrzymać impuls, ale nie potrafię nad sobą zapanować, przecież kiedyś ją kochałem, i mówię: „To nie jest bezkofeinówka”.

Wiem, że patrzy na mnie tymi zmęczonymi fiołkowymi oczami, ale nie mam zamiaru odwzajemniać grzeczności i odpowiednim ruchem nadgarstka (ech, cóż ona wiedziała o odpowiednich ruchach nadgarstka!) ubijam je na pianę.

− Ile razy mam ci powtarzać − odzywa się − że to nie takie narodziny?

Wzruszam ramionami. No cóż, co ja tam mogę o tym wiedzieć? Łabędź, stwierdziła. Jajko.


Tak, to z tymi ważkami to prawda, a ja nigdy nie słyszałam zakończenia.

− Nie wiesz, jak bardzo cię kocham? − mówi. − Nie pamiętasz tych wszystkich ważek?

No, pamiętam. Pamiętam ważki w cukiernicy, ważki w miodzie. Pamiętam ważki uwięzione w moskitierze i ważki w moich włosach, i na gołej skórze, jak próbowały wymknąć się swoimi maleńkimi odnóżami.

W tej historii z ważkami najlepiej zapamiętałam to, że niczego nie zrozumiał. Zawsze uważa, że musi, no wie pani, poprawiać mnie. Właśnie w taki sposób okazuje mi miłość. Wiem o tym, wiem od dawna, ale nie miało to znaczenia, ponieważ był dobry w łóżku i na ziemi, i na kuchennym stole, a ja sądziłam, że jesteśmy przyjaciółmi, więc co z tego, że tak naprawdę niczego nie rozumiał? Ładna para kolczyków z ważkami, naszyjnik, to by wystarczyło. Gdybym chciała robali, to bym je nosiła. W każdym razie tak właśnie zawsze się czułam i nie obchodziło mnie, że jest trochę niedorozwinięty. Ale teraz obchodzi.

Rozbijał te jajka, jak gdyby to coś znaczyło. Jestem za bardzo zmęczona, żeby próbować zrozumieć. Nalewam sobie kawy, a on bardzo się stara nie patrzeć na mnie i mruczy pod nosem, że to nie jest bezkofeinówka, a ja mam ochotę wylać mu ją prosto na głowę, ale powstrzymuję impuls i idę usiąść w salonie w zielonym fotelu, który umościłam sobie, jak gniazdko, warstwami koców, piję kawę i obserwuję ptaki. Boli mnie całe ciało. Powinnam od niego odejść. Zupełnie mnie zawiódł. Popijam kawę. Próbuję wyrzucić to z pamięci. Skrzydła, och, wprost niemożliwie wielkie. Woń piór. Ostry dziób. Krzyk. Pulsujące uderzenia. Przyciskam dłonie do brzucha. Powinnam do kogoś zadzwonić, ale po tej pierwszej nocy i pierwszym telefonie nie mam siły. Wkroczyłam w inne życie. Nie jestem już piękna ani kochana. Jestem obca i samotna.

***

Infolinia dla ofiar gwałtu.

− Ja... ja…

− Już dobrze, proszę głęboko odetchnąć.

− On... on...
 
− Tak?

−  On...

− Tak?

− Zgwałcił.

− Już dobrze. Już dobrze. Tak mi przykro. To dobrze, że pani zadzwoniła. Jesteśmy tutaj, żeby pani pomóc. Czy już sobie poszedł?

− Tak.

− Jest pani bezpieczna?

− Słucham?

− Czy ktoś jest z panią?

− Mój mąż, ale...

− Jest z panią teraz mąż?

− Tak, ale...

− Jeśli poda mi pani adres, mogę kogoś tam wysłać.

− Ja...

− Już dobrze. Pani płacze?

− On...

− Tak?

− Zgwałcił mnie.

− Pani mąż?

− Nie, nie... On mi nie wierzy...

− Przykro mi, naprawdę współczuję.

− Stało się.

− Wiem. Rozumiem. Już dobrze. Czy może mi pani podać swój adres?

− Łabędź.

− Słucham?

− To straszne.

− Powiedziała pani „łabędź”?

− Zawsze zdawało mi się, że są takie piękne.

− Łabędzie?

− Tak.

− A co ma łabędź, to znaczy...

− Przechadzałam się właśnie w naszym ogródku, rozumie pani, księżyc był taki ładny dziś w nocy i wtedy rzucił się na mnie.

− Łabędź?

− Mój Boże... tak. To było straszne.

− Twierdzi pani, że została zgwałcona przez łabędzia?

− Tak. Sądzę, że potrafiłabym go rozpoznać podczas konfrontacji.

− Czy... czy mogłaby pani dać męża do telefonu?

− On mi nie wierzy.

− Bardzo chciałabym z nim porozmawiać.

− Pokazałam mu pióra, ślady po łapach. Mam czerwone pręgi na całej skórze, i ugryzienia, a on, wie pani, jakie jest jego zdanie?

− Proszę pani...

− Uważa, że go zdradziłam. Sądzi, że to wszystko zmyśliłam.

− Proszę pani, wydaje mi się, że zadzwoniła pani pod niewłaściwy numer. Są inne infolinie.

− Pani też mi nie wierzy.

− Wierzę, że przeżyła pani jakiś traumatyczny wypadek.

− Nie wierzy pani, że zgwałcił mnie łabędź, prawda?

− Proszę pani, są ludzie, którzy potrafią pani pomóc.

− Nie sądzę. Myślę, że wszyscy zbyt kochają ptaki. Może nie wrony ani sójki, bo każdy wie, że wykradają jajka i wydziobują móżdżki pisklakom, ale łabędzie – wszyscy kochają łabędzie, zgadza się?

− Proszę pani, podam pani inny numer, pod który pani zadzwoni.

− Nie. Nic z tego.


Tak, pamiętam ten telefon. Zawsze mnie to niepokoiło. Co tak naprawdę jej się przydarzyło? A może to był kawał? Zdarza się, że otrzymujemy telefony od kawalarzy, choć trudno mi sobie wyobrazić, jak ktoś musi mieć namącone w głowie, żeby sądzić, że infolinia dla ofiar gwałtu może zapewnić rozrywkę. Chodzi mi o to, że przecież jeżeli rozmawiam z kimś, kto nawet nie traktuje tego poważnie, nie może się do mnie dodzwonić ktoś, kto rzeczywiście może potrzebować mojej pomocy.

Co takiego? No nie, tej nocy nie było zbyt wielu telefonów. Mój Boże, to nie Nowy Jork, mieścimy się w średniej, może dwa, trzy gwałty rocznie.

No cóż, powiedziała, że została zgwałcona przez łabędzia. Jak bardzo jest to wiarygodne? Przyznam, że nie bardzo. Ale nie wiem... od czasu tamtej rozmowy wydaje mi się, że mogłam poprowadzić ją lepiej, prawda? Mam dyplom z psychologii, więc nurtuje mnie, co się tak naprawdę wydarzyło? Co ten łabędź symbolizował? Chodzi mi o to, że to ptak odznaczający się klasycznym pięknem, kojarzony z bajkami i niewinnością. Czasami zastanawiam się, czy ona naprawdę została zgwałcona?

Słucham? Nie. Oczywiście nie chodzi mi, że przez ptaka. Jak już powiedziałam, zajmuję się psychologią, a nie wiarą w bajki. To znaczy wiem, co jest prawdziwe, a co wyimaginowane. To mój obszar wiedzy fachowej. Ptaki nie gwałcą kobiet. Ale kobiety są gwałcone. Czasami zastanawiam się, czy to właśnie się zdarzyło, to znaczy, czy została zgwałcona, a wszystko to było tak przerażające, że postradała rozum i chwyciła się tego skrzydlatego symbolu niewinności, łabędzia. To znaczy nie bądźmy zbytnio obrazowi, ale ostatecznie jak duży jest penis łabędzia?

Nie rozumiem? No nie, oczywiście nie chcę sugerować, że okropność gwałtu jest wymierzalna wielkością użytego do niego narządu. Niech no mi pani przypomni, z jakiej pani jest gazety? Sądzę, że i tak odpowiedziałam już na wystarczająco wiele pytań – co może mi pani powiedzieć o tej dziewczynie, to znaczy kobiecie?

KOBIETA ZNOSI JAJKO!

Lekarze z oddziału urazowego byli wstrząśnięci i zdumieni zniesieniem dwudziestofuntowego jaja przez pewną kobietę przywiezioną do szpitala przez męża w czwartek w nocy.

− Chyba po prostu była w ciąży − stwierdziła H.O. McKille, salowa w szpitalu. − Wyglądała jak każda inna kobieta w ciąży. Może była trochę bardziej rozhisteryzowana, bo krzyczała coś o tym jajku, ale właściwie nikt nie zwracał na to uwagi. Kobiety przy porodzie wygadują rozmaite rzeczy. Ale wtedy usłyszałam, jak doktor Stephens mówi, żeby zawołać doktora Hogana, i dodaje, że Hogan jest miejscowym weterynarzem, i wtedy właśnie podeszłam, dobrze się przyjrzałam i przekonałam się, że to nie dziecko wychodzi z tej kobiety. To było jajko − na pewno. Ale siostra Hiet zasuwa zasłonę, a ja stoję obok jej męża, no to mówię: „Może pan tam wejść, siostra Hiet właśnie próbuje mnie nie wpuścić. Pan jest mężem, prawda?”. Wyglądał, jakby był w szoku, bidny chłopina, znaczy się, kto by tam go winił, nie co dzień żona znosi człowiekowi dwudziestofuntowe jajko.

Urzędnicy szpitala odmawiają komentarzy w sprawie plotek, jakoby kobieta ta wciąż była jego pacjentką i przebywała w izolatce, gdzie wysiaduje owo jajko, nie licząc krótkich przerw, podczas których wyręcza ją mąż.

Anonimowe źródła donoszą: „Nikomu z nas nie wolno o tym mówić. Mogłabym stracić pracę. Ale to prawda, jest tam, próbuje wysiedzieć to coś, powiem wam, że nie za szczęśliwa z niej kobita, chce iść do domu i tam to robić, ale lekarze bardzo się nią interesują, a ja nie jestem pewna, czy to dlatego, że się tak o nią troszczą. Wiecie, co mam na myśli? To znaczy pamiętacie tę owcę, co to ją sklonowali? Ano, a to jest przecież bardziej ekscytujące – kobieta, która znosi jajko. Po mojemu będą naciski, żeby znowu to zrobiła. To naprawdę nie w porządku. To kobieta. Będzie mamą. To nie jakiś zwierzak w zoo. Nie podawajcie mojego nazwiska, dobrze? Potrzebuję tej pracy”.

***

Czasami zasypia na jajku. Moja Leda, która dawniej była taka piękna. Czemu jej się to przytrafiło? Czemu nam? Podnoszę ją. Znów jest lekka, odkąd zniosła to coś.

Kładę ją z powrotem na łóżku. Jej fiołkowe oczy otwierają się z trzepotem rzęs.

− Moje jajko − odzywa się i mocuje się ze mną − moje dziecko.

− Ciii − uspokajam ją. − Śpij dalej. Posiedzę na nim. − I siadam. Siadam na jaju, które wciąż jest ciepłe od Ledzinej pupy w kształcie odwróconego do góry nogami serduszka, którą dawniej obejmowałem dłońmi i nazywałem moją ulubioną walentynką, i myślę o tym, jak dziwne wydaje mi się teraz życie; wszystko, co dawniej było dla mnie jasne, teraz jest pogmatwane.

Leda śpi, pochrapując łagodnie. Usadawiam się lepiej. Jajko jest raczej niewygodne. Nawet podczas snu wygląda na wyczerpaną. Widzę jej niebieskie żyły, nowe zmarszczki na twarzy. Nigdy nie uwierzyłem, że została zgwałcona. Przez łabędzia. A teraz to − ta niemożliwa wręcz rzecz. Czy to oznacza, że cała ta historia wydarzyła się naprawdę? Jeśli tak, to rzeczywiście ją zawiodłem. Czy kiedykolwiek jej to zrekompensuję? A jeśli nie, jeśli zrobiła ze mnie rogacza − staromodne słowo, które wydaje się tu nader odpowiednie − wówczas wystawia mnie na pośmiewisko. Szkoda, że nie słyszała pani moich kolegów w pracy.

Kobiety tylko patrzą na mnie i nic nie mówią.

Śni mi się pistolet, którego nie mam. Celuję nim w różnych kierunkach. Czasami jestem ubranym na czerwono i czarno myśliwym tropiącym łabędzie. Czasami przynoszę go ze sobą do pracy i posyłam kule po całym biurze. Czasami celuję nim w lustro. Niekiedy widzę fiołkowe oczy Ledy. Nie krzyczy. Właściwie to nic jej już teraz nie obchodzi. Oprócz jajka.

przełożył Konrad Walewski


Całe opowiadanie dostępny jest w numerze JESIEŃ 2010.


CZYTAJ TAKŻE