Opowiadania Michaela Swanwicka to zawsze prawdziwa literacka uczta, o czym łatwo się przekonać, czytając Lato z triceratopsami. Tekst pierwotnie został opublikowany jako ekskluzywne wydawnictwo elektroniczne dostępne wyłącznie na czytnik Kindle w sieci Amazon. W roku 2007 opowiadanie ukazało się drukiem w zbiorze The Dog Said Bow-Wow, a rok później znalazło się w przepięknym tomie The Best of Michael Swanwick.

Michael Swanwick

Lato z triceratopsami

(Triceratops Summer)

W drgającym od letniego żaru powietrzu, unoszącym się z chodnika, wszystkie dinozaury sprawiały wrażenie rozchwianych. Było ich około trzydziestu, niewielkie stadko − najwyraźniej triceratopsów. Przechodziły na drugą stronę ulicy − nie pytajcie mnie po co − więc zredukowałem bieg, zatrzymałem wóz i czekałem.

Czekałem i patrzyłem.

Były to intrygujące stworzenia, a przy tym obdarzone zdumiewającym wdziękiem jak na swoją masę. Ostrożnie wybierały miejsca przeprawy, nie rozglądając się ani na prawo, ani na lewo. Teraz miałem już niemal pewność, że prawidłowo rozpoznałem gatunek − obdarzone były owymi trzema rogami na pyskach. W końcu kiedyś byłem dzieckiem… i miałem ich plastikowe figurki.

 Moja sąsiadka Gretta, która siedziała z zamkniętymi oczyma obok mnie w szoferce, spytała:

− Czemu nie jedziemy?

 − Na drodze są dinozaury − odparłem.

Otworzyła oczy.

 − O, cholera − jęknęła.

 A po chwili, zanim zdążyłem ją powstrzymać, pochyliła się i ostentacyjnie trzykrotnie przycisnęła klakson.

Każdy z triceratopsów jak jeden mąż zamarł w miejscu i poruszył łbem w kierunku auta.

Omal nie przewróciłem się ze śmiechu.

− No i co w tym takiego śmiesznego, cholera jasna? − irytowała się Gretta. Ale ja byłem w stanie jedynie pokazywać przed siebie i bezradnie potrząsać głową, gdy tymczasem łzy spływały mi po policzkach.

Chodziło o kołnierze. Były bardziej niż jaskrawe. Niczym plakat cyrkowy jaśniały czerwonymi spiralami linii, żółtymi nacięciami i elektrycznymi pomarańczowymi rombami − zbyt wieloma kształtami i kolorami, by móc je ogarnąć, a każdy z nich był inny. Wyglądały jak chińskie latawce! Jak motyle o rozpiętości skrzydeł na sześć stóp! Jak widziane po LSD Las Vegas! A tuż pod owym przejawem karnawałowej barwności widniały najgłupsze pyski, jakie można było sobie wyobrazić, mrugające oczyma i rozdziawiające szeroko mordki niczym bezmózgie krówska. Cóż, były śmieszne, to jasne, ale jeśli ktoś nie potrafił tego dostrzec od razu, nigdy już nie miał tego zauważyć.

Grettę ogarniała coraz większa złość. Wygramoliła się z szoferki i z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi. Na ten odgłos kilka triceratopsów zlało się z podniecenia, a wiele spłoszyło się i cofnęło o parę kroków. Po chwili zbiły się w ciaśniejszą gromadkę i zaczęły się przybliżać, żeby się przekonać, co będzie się działo dalej.

Gretta pospiesznie wgramoliła się z powrotem do szoferki.

− No i co te gadziny mają zamiar teraz zrobić? − zażądała wyjaśnienia z irytacją w głosie. Sprawiała takie wrażenie, jak gdyby to do mnie miała pretensję o ich zachowanie, choć nie wypowiadała tego na głos, brała bowiem pod uwagę fakt, że siedzi w mojej ciężarówce, gdy tymczasem jej bmw nadal tkwi w warsztacie w South Burlington.

− Są ciekawe − stwierdziłem. − Po prostu siedź nieruchomo. Nie ruszaj się i nie wydawaj żadnych odgłosów, a za jakiś czas stracą zainteresowanie i pójdą dalej.

− Skąd wiesz? Widziałeś przedtem coś takiego?

− Nie − przyznałem. − Ale jako młodziak, trzydzieści, czterdzieści lat temu, pracowałem w gospodarstwie mleczarskim, a zachowanie krów wydaje mi się podobne.

Właściwie triceratopsy już się zdążyły znudzić i ponownie zaczęły się oddalać, kiedy obok nas gwałtownie zahamował sfatygowany hyundai. Wyskoczył z niego jakiś chuderlawy młodzieniec z fryzurą tak koszmarną, jakiej dawno już nie widziałem. Triceratopsy zdecydowały się zostać na miejscu i popatrzeć.

Młodzieniec podbiegł do nas, wymachując rękoma. Wychyliłem się przez okno.

− W czym problem, synu?

Wyglądał na srodze zafrasowanego.

− Zdarzył się wypadek… to znaczy incydent. W Instytucie. − Miał na myśli Instytut Fizyki Zaawansowanej, który znajdował się niedaleko stąd. Była to placówka finansowana przez rząd i w jakiś sposób, którego nigdy nie potrafiłem rozgryźć, stowarzyszona z uniwersytetem stanu Vermont. − Zawiodły stabilizatory krawędzi, a pole mezonowe uległo inwersji i wektoryzacji. Czynniki kongruencji poszły w nieskończoność i… − Stracił panowanie nad sobą. − Nie wolno wam tego oglądać.

− A co, to twoja własność? − spytałem. − Więc na pewno wiesz. To są triceratopsy, zgadza się?

Triceratops horridus − rzucił młodzian w roztargnieniu. Bez uzasadnienia poczułem się zadowolony z siebie. − W większości. Możliwe, że wmieszały się tu również inne gatunki triceratopsów. Pod tym względem są jak kaczki. Nie są wybredne, jeśli chodzi o towarzystwo.

Gretta błyskawicznie poderwała nadgarstek i wymownym gestem spojrzała na zegarek. Był kosztowny − jak wszystko, co posiadała. Pracowała w jakiejś firmie w Essex Junction, która przeprowadzała analizy systemowe dla przedsiębiorstw rozważających redukcję zatrudnienia. Jej praca polegała na dokładnym ustalaniu, co kto robi, a następnie informowaniu prezesa zarządu, kogo można się śmiało pozbyć.

− Tracę pieniądze − wyburczała.

Zignorowałem ją.

 − Słuchajcie − odezwał się chłopak. − Nie wolno wam ani słowem o tym pisnąć. Nie możemy sobie pozwolić, żeby ta wiadomość się rozeszła. To musi zostać utrzymane w tajemnicy.

− W tajemnicy? − Na drugim końcu stada trzy samochody przyhamowały i zatrzymały się. Ich pasażerowie wyszli na drogę, wytrzeszczając oczy. Za nami stanął ford taurus, a jego kierowca opuścił szybę, żeby lepiej widzieć. − Masz zamiar zachować w tajemnicy stado dinozaurów? Przecież muszą ich być dziesiątki.

− Setki − jęknął z rozpaczą młodzieniec. − Migrowały. Stado rozpadło się po przejściu. To tylko jego część.

− No więc tym bardziej nie rozumiem, jak zamierzasz utrzymać to w tajemnicy. Popatrz tylko na nie. Każdy jest wielki jak czołg. Nie da się ich nie zauważyć.

− Mój Boże, mój Boże.

Ktoś po drugiej stronie wyciągnął aparat fotograficzny i robił zdjęcia. Nie zwróciłem uwagi chłopaka na ten fakt.

W miarę jak nasza rozmowa się rozwijała, Gretta coraz bardziej się niecierpliwiła. Wyszła w końcu z ciężarówki i stwierdziła:

− Nie mogę sobie więcej pozwolić na marnowanie czasu. Mam pracę do wykonania.

− No cóż, ja też, Gretto.

− Wyrywanie sedesów i przybijanie płyt kartonowo-gipsowych! − parsknęła szyderczo. – Ja już straciłam więcej, niż ty zarabiasz przez tydzień.

Wyciągnęła rękę do młodziana.

− Daj mi kluczyki do swojego auta.

Oszołomiony, posłusznie wykonał polecenie. Podeszła do hyundaia, wsiadła do niego i zawróciła.

− Wyślę kogoś, żeby odstawił go później do Instytutu.

I odjechała szukać innej drogi, aby ominąć stado.

Niepotrzebnie się spieszyła, bo chwilę później zwierzęta postanowiły ruszyć dalej i rychło całkiem zniknęły z pola widzenia. Acz nie miało być ciężko je znaleźć. Wszystko dość mocno zadeptywały na swojej drodze.

Chłopak zadrżał, jak gdyby wychodził z jakiegoś transu.

− Hej − bąknął. − Ona wzięła mój samochód.

− Właź do mojego − zaproponowałem. − Kawałek stąd jest bar. Zdaje mi się, że musisz się napić.

Przedstawił się jako Everett McCoughlan, a szklankę ściskał tak, jakby miał zniknąć z powierzchni Ziemi, gdyby tylko ją wypuścił. Trzeba było dwóch kolejek whiskey, żeby wyciągnąć z niego całą historię. Potem przez dłuższą chwilę siedziałem w milczeniu. Nie wstydzę się przyznać, że to, co mi powiedział, sprawiło, iż poczułem się nieco dziwnie.

− Ile? − spytałem w końcu.

− Dziesięć tygodni, może trzy miesiące, ale to góra. Nie dłużej.

Wziąłem długi łyk wody sodowej. (Nigdy dużo nie piłem. A poza tym było dość wcześnie rano). A potem powiedziałem Everettowi, że zaraz wrócę.

Poszedłem do ciężarówki i ze schowka wygrzebałem komórkę.

Najpierw zadzwoniłem do domu. Delia zdążyła już wyjść do salonu sukien ślubnych, a oni tam nie lubią, gdy odbiera w pracy prywatne telefony, nagrałem jej więc wiadomość, że ją kocham. Następnie zadzwoniłem do księgarni Green Mountain Books. Była jeszcze zamknięta, ale Randy lubi przychodzić wcześniej, toteż odebrał telefon, kiedy usłyszał mój głos na sekretarce. Spytałem go, czy ma jakąś książkę o triceratopsach. Poprosił, bym chwilę zaczekał, po czym stwierdził, że ma jeden egzemplarz Dinozaurów rogatych Petera Dodsona. Powiedziałem mu, że odbiorę go przy najbliższej wizycie w mieście.

Później wróciłem do baru. Everett zamówił właśnie trzecią whiskey, ale wyciągnąłem mu ją z dłoni.

− Starczy ci − stwierdziłem. − Idź do domu, prześpij się. Może porób coś w ogródku.

− Nie mam samochodu − zauważył.

− A gdzie mieszkasz? Podwiozę cię.

− Powinienem być w pracy. Nie wylogowałem się. A z technicznego punktu widzenia ciągle jestem zatrudniony na okres próbny.

− A co za różnica? − spytałem. − W tej sytuacji?

Everett miał mieszkanie w Woolen Mill w Winooski, więc domyśliłem się, że Instytut dobrze mu płaci. Albo chłopak nie był zbyt bystry, jeśli chodzi o wydatki. Podrzuciwszy go na miejsce, zadzwoniłem do kilku znajomych przedsiębiorców budowlanych i umówiłem się z nimi, że przejmą ode mnie zlecenia, których już się podjąłem. Następnie zadzwoniłem do redakcji „Wolnej Prasy”, aby wycofać moją stałą reklamę, oraz do wszystkich klientów, żeby im wyjaśnić, iż mam problemy z terminami i jestem zmuszony przekazać ich zlecenia podwykonawcom. Tylko staruszka, pani Bremmer, sprawiała kłopoty, ale nawet ona się opamiętała, kiedy jej wyjaśniłem, że tak czy siak nie dam rady nic zrobić przy jej jacuzzi aż do końca lipca.

W końcu pojechałem do banku, żeby załatwić drugi kredyt hipoteczny na mój dom.

Trzeba było trochę czasu, by przekonać Arta Letourneau, że mówię poważnie. Prowadzę z nim interesy od dawna, a on wie, jaki mam stosunek do długów. A przy tym dość pokrętnie mu tłumaczyłem, na co potrzebne są mi pieniądze. Nabrał podejrzeń, że przeżywam coś w rodzaju spóźnionego ataku kryzysu wieku średniego. Ale akt notarialny był na mnie, a w okolicy panowała koniunktura na nieruchomości, więc w końcu doszliśmy do porozumienia i podpisaliśmy umowę.

Po drodze do domu zatrzymałem się u jubilera i w kwiaciarni.

Delia zrobiła wielkie oczy, kiedy ujrzała kwiaty, a potem je zmrużyła na widok wielkości kamienia w pierścionku. Ani trochę nie wyglądała tak, jak się spodziewałem.

− Lepiej, żebyś miał mocną wymówkę − mruknęła.

Siadłem więc przy kuchennym stole i opowiedziałem jej całą historię. Gdy skończyłem, milczała przez dłuższą chwilę, podobnie jak ja. W końcu się odezwała:

− Ile czasu nam zostało?

− Trzy miesiące, przy dobrym wietrze. Na pewno dziesięć tygodni, tak powiedział Everett.

− Wierzysz mu?

− Robił wrażenie dość pewnego siebie.

Jeśli posiadałem jakiś konkretny talent, była nim umiejętność rzetelnej oceny ludzkiego charakteru, o czym Delia wiedziała. Kiedy Gretta wprowadziła się do odremontowanej remizy obok nas, od razu powiedziałem, że będzie z niej trudna sąsiadka. A było to, zanim zadusiła trawę na swojej posesji trzema różnymi kolorami ściółki i zanim zaczęła się skarżyć, że trzymam mojego pickupa zaparkowanego na podjeździe, na widoku.

Delia poważnie się zastanawiała przez kilka minut, marszcząc czoło w taki sposób, w jaki to robi, kiedy się na czymś skupia, po czym uśmiechnęła się. Blado i mizernie, ale zawsze.

− No cóż, odkąd sięgam pamięcią, zawsze chciałam, żebyśmy mogli sobie pozwolić na najdroższe wczasy.

Ucieszyłem się na te słowa, ponieważ był to dokładnie ten kierunek, w jakim podążało moje myślenie. A poczułem jeszcze większą radość, gdy wyrzuciła w górę ręce i krzyknęła:

− Jadę do Disneyworldu!

− Cholera − rzuciłem − mamy dość pieniędzy, żeby jechać po kolei do Disney Worldu, Disneylandu i Eurodisneylandu. Zdaje się, że w Japonii też jest jeden.

W tym miejscu oboje się roześmialiśmy, a po chwili Dalia wyciągnęła mnie z krzesła i zaczęliśmy razem tańczyć po całej kuchni, wciąż nieco oszołomieni całą tą sytuacją, ale przede wszystkim upojeni szczęściem jak dzieci.

Nazajutrz rano planowaliśmy pospać, lecz trudno jest wykorzenić stare nawyki, a w każdym razie Delia uznała, że winna jest lojalność salonowi sukien ślubnych i powinna dać im tygodniowe wymówienie. Kiedy więc udała się do pracy, ja wsiadłem w samochód i ruszyłem na poszukiwania triceratopsów.

Zamiast na nie trafiłem na Everetta, stojącego na poboczu z wyciągniętym kciukiem.

Zatrzymałem się.

− Nie znalazłeś nikogo w Instytucie, kto odstawiłby ci samochód do domu? − spytałem, kiedy już jechaliśmy.

− Nigdy tam nie dotarł − mruknął posępnie. − Ta kobieta, która była wtedy z tobą, wjechała nim do rowu. Wyrwała sprzęgło i wygięła cały szkielet. Stwierdziła, że nie zdarzyłoby jej się to, gdyby moje dinozaury nie wyprowadziły jej z równowagi. A potem rzuciła słuchawką. Dopiero zaczynałem tę pracę. Nie mam oszczędności, żeby kupić nowy wóz.

− Weź w leasing − poradziłem. − Spłatą obciąż kartę kredytową i spłacaj minimum przez następne dwa albo trzy miesiące.

− Nie pomyślałem o tym.

Przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu, aż wreszcie spytałem go:

− W jaki sposób się z tobą skontaktowała? − Gretta wszak odjechała, nim zdążył się przedstawić.

− Zadzwoniła do Instytutu i spytała o faceta z paskudną fryzurą. Podali jej mój numer.

Parking Instytutu Fizyki Zaawansowanej wyposażony był w system na kartę, wysadziłem więc Everetta na poboczu.

− Dzięki, że nikomu nie powiedziałeś − rzucił, wysiadając. − O… no wiesz.

− Tak było najrozsądniej.

Ruszył przed siebie, ale zaraz zawrócił i ni z tego, ni z owego spytał:

− Czy moje włosy są naprawdę takie paskudne?

− Nie na tyle, żeby fryzjer nie mógł coś z nimi zrobić − odparłem.

Do Instytutu dojechałem głównym pasmem autostrady. Wracając, kierowałem się bocznymi drogami, przez pola. Kiedy dotarłem do miejsca, w którym widziałem triceratopsy, zaraz przyszło mi do głowy, że wydarzył się jakiś wypadek, bo pobocze aż się roiło od samochodów. Okazało się jednak, że w większości byli to gapie oraz ekipy telewizyjne. A zatem wszystko wskazywało na to, że stado nie odeszło daleko. Wszędzie przy drodze były kamery, a także sporo stojących przed nimi eleganckich młodych kobiet z mikrofonami bezprzewodowymi.

Zatrzymałem się, żeby popatrzeć. Jeden z triceratopsów podszedł pod samo ogrodzenie i gmerał tam w jakimś wysokim zielsku. Zdawało się, że ani trochę nie boi się ludzi, być może dlatego, że za jego czasów ssaki były nie większe od borsuka. Podszedłem i pogłaskałem go po grzebiecie, który okazał się twardy, grudowaty i ciepły. I to właśnie owo ciepło mnie ujęło. Sprawiło, że doświadczenie to nabrało realności.

Jakaś dziennikarka telewizyjna podeszła do mnie, ciągnąc za sobą swojego kamerzystę.

− Zdecydowanie wygląda pan na zadowolonego − zagadnęła.

− Ano, zawsze chciałem zobaczyć prawdziwego dinozaura na własne oczy. − Odwróciłem się do niej, nie odrywając dłoni od kołnierza zwierzęcia. − Powiem pani, że jest co podziwiać. Głupie to to jak stołowe nogi, ale to prawdziwa frajda móc je oglądać.

Zadała mi jeszcze parę pytań, a ja odpowiedziałem na nie najlepiej, jak potrafiłem. Potem, kiedy skończyli filmować, wyjęła notesik i spisała moje imię, nazwisko i zawód. Powiedziałem jej, że jestem przedsiębiorcą budowlanym, ale że kiedyś pracowałem w gospodarstwie mleczarskim. Zdawało się, że jej to odpowiada.

Jeszcze przez jakiś czas obserwowałem dinozaury, a następnie pojechałem do Burlington odebrać książkę. Księgarnia była jeszcze zamknięta, lecz Randy wpuścił mnie do środka, kiedy zapukałem.

− Ty draniu − rzucił, zamknąwszy za mną drzwi na zamek. − Masz pojęcie, za ile mogłem opchnąć tę książkę? Miałem tu cudzoziemca − co, jak się domyśliłem, oznaczało kogoś ze stanu Nowy Jork albo New Hampshire − który oferował mi za nią dwieście dolców. A mogłem wyciągnąć jeszcze więcej, gdybym miał się czym targować!

− Jestem ci zobowiązany − stwierdziłem i zapłaciłem mu gotówką. Machnął ręką na podatek, lecz zatrzymał drobne. − Widziałeś je już?

− Oszalałeś? Tłumy ludzi tu walą, żeby na nie popatrzeć. Tam będzie wariatkowo.

− Też się spodziewałem, że drogi będą zapchane, ale nie jest aż tak źle.

− Jest jeszcze wcześnie. Poczekaj trochę.

Randy miał rację. Nim nastał wieczór, drogi były tak zakorkowane, że Delia dotarła do domu z godzinnym opóźnieniem. W piekarniku miałem zapiekankę, a na kuchennym stole książkę, kiedy weszła chwiejnym krokiem.

− Samce mają dłuższe i bardziej uniesione rogi, a samice krótsze, bardziej skierowane do przodu − poinformowałem ją. − A przy tym samce są większe od samic, ale za to samice są liczniejsze w proporcji dwie do jednego.

Uśmiechając się, odchyliłem się z krzesłem.

− Dwie do jednego. Wyobraź to sobie.

Delia uderzyła mnie.

− Pokaż mi to.

Podałem jej książkę. Przypomniało mi to nieco okres, kiedy się pobraliśmy i chodziliśmy obserwować ptaki. Zanim na wszystko przestało starczać czasu. Po chwili zadzwoniła przyjaciółka Delii, Martha, i powiedziała, żebyśmy szybko włączyli Channel 3. Gdy to zrobiliśmy, właśnie mówiłem „głupie jak stołowe nogi”.

− To teraz jesteś hodowcą bydła? − zdumiała się Delia, kiedy materiał dobiegł końca.

− Powiedziałem jej co innego. Wszystko poprzekręcała. O, spójrz, co mam. − Tego popołudnia odwiedziłem trzy różne biura podróży. Rozłożyłem broszury: Paryż, Dubaj, Rzym, Australia, Rio de Janeiro, Marrakesz. Nawet Disney World. Brałem wszystko, co wydawało mi się interesujące. − Wybieraj, co chcesz, jutro możemy tam być.

Delia wyglądała na zakłopotaną.

− Co jest? − zaniepokoiłem się.

− Wiesz, że w czerwcu zawsze mamy duży ruch. Wszystkie te panny młode. Francesca błagała mnie, żebym została do końca miesiąca.

− Ale…

− To już niedługo − dodała.

Przez kilka dni wszystko sprawiało wrażenie połączenia Woodstocku, wielkiego finału ligi zawodowej futbolu i ligi baseballu − autostrady międzystanowe stawały się nieprzejezdne, a wyjście gdziekolwiek wiązało się z ryzykiem utraty życia. Po jakimś czasie gubernator wezwał Gwardię Narodową, która otoczyła kordonem hrabstwo Chittenden, trzeba więc było okazywać dowód tożsamości, żeby do niego wjechać lub z niego wyjechać. Do tego czasu triceratopsy rozproszyły się na małe grupki. Wkrótce potem kilkanaście z nich schwytano i przewieziono do stanowych ogrodów zoologicznych, gdzie łatwiej można je było oglądać. Wszystko więc wróciło do normy − no, prawie.

Następnej soboty malowałem właśnie listwę wykończeniową na domu, kiedy podjechał Everett jakimś obitym starym trupem.

− Podoba mi się twoja nowa fryzura − stwierdziłem. − Dobrze się prezentuje. Wpadłeś, żeby pooglądać topsy?

− Topsy?

− Tak nazywają twoje dinozaury. Triceratops to za długie słowo, nie nadaje się do powszechnego użycia. Mamy kolonie ośmiu czy dziewięciu sztuk, które krążą po okolicy. − Niedaleko od domu był las, a za nim rozciągały się niewielkie moczary. Triceratopsy lubiły przetrząsać obrzeża lasu i tarzać się w błocie.

− Nie, hmm… przyjechałem, żeby się dowiedzieć, jak nazywa się ta kobieta, która wtedy z tobą jechała. Ta, która wzięła mój samochód.

− Chodzi ci o Grettę Houck?

− Tak sądzę. Przemyślałem to wszystko i uważam, że powinna pokryć koszty naprawy. Wiesz, wypadałoby.

− Jak widzę, nie zdecydowałeś się na leasing.

− Poczułem, że to byłoby nieuczciwe. To tani samochód. Ale nie jest za dobry. Jedne drzwi są zablokowane na stałe wieszakiem na ubrania.

Z domu wyszła Delia z koszykiem piknikowym, więc ich sobie przedstawiłem.

− Ev szuka Gretty − poinformowałem ją.

− Ha, idealnie trafiłeś − oświadczyła Delia. − Właśnie się wybieramy popatrzeć na topsy. Może pojedziesz z nami?

− Ojej, nie mogę…

− Nawet się nie zastanawiaj. Mamy dużo jedzenia. − I zwróciła się do mnie: − Pójdę po Grettę, a ty posprzątaj.

I tak znaleźliśmy się na owym skromnym szlaku, wiodącym przez las ku łące na klifie, nad farmą Tylerów. Topsy spały tam na polu. Dosyć dotkliwie stratowały uprawę. Ale władze stanowe rekompensowały poniesione straty, więc Tylerowie najwyraźniej niespecjalnie się tym przejmowali. Zacząłem się zastanawiać, czy gubernator wie to co my. Czy rozmawiał z ludźmi z Instytutu.

przełożył Konrad Walewski 


Cała opowiadanie będzie dostępne w jednej z naszych publikacji w roku 2015.