LITERATURA

Fragment jednego z kolaży, jakie Jacob McMurray stworzył do książkowego wydania noweli. © Jacob McMurray, 2007

Fragment jednego z kolaży, jakie Jacob McMurray stworzył do książkowego wydania noweli. © Jacob McMurray, 2007

Nowela Teda Chianga Kupiec i wrota alchemika pierwotnie ukazała się w 2007 roku we wrześniowym numerze oryginalnej edycji „F&SF”. Wkrótce wydwnictwo Subterranean Press opublikowało ją również w kolekcjonerskiej edycji książkowej, do której szatę graficzną zaprojektował Jacob McMurray. Rok później utwór został wyróżniony nagrodami: Hugo, Nebula oraz japońską Seiun.  Polska premiera Kupca... miała miejsce na łamach „Nowej Fantastyki” 3/2008.  Niniejszy fragment pochodzi z przygotowanego specjalnie na wizytę Teda w Polsce bezpłatnego ebooka, który można było pobrać z tej strony, a który ze względu na charakter umówy z jego agentem jest już niedostępny. 

Ted Chiang

Kupiec i wrota alchemika

(The Merchant and the Alechemist's Gate)
O potężny kalifie, Władco Wiernych, chylę się w pokorze wobec splendoru twej obecności; żaden człek bowiem nie może liczyć na większe błogosławieństwo za życia. Historia, którą ze wszech miar pragnę opowiedzieć, jest zaprawdę przedziwna i nawet gdyby w całości miała zostać wytatuowana w kącie oka, niezwykłość tego dzieła nie przyćmiłaby wypadków, jakie opisuje, albowiem jest ona ostrzeżeniem dla tych, którzy mają być ostrzeżeni, nauką zaś dla tych, którzy mają być pouczeni.

Zwą mnie Fuwaad ibn Abbas, przyszedłem na świat tu, w Bagdadzie, Mieście Pokoju. Ojciec mój był kupcem zbożowym, lecz ja przez większość mego życia zajmowałem się dostawą tkanin, handlując jedwabiem z Damaszku, płótnem z Egiptu i chustami z Maroka, które haftowane są złotem. Wiodło mi się pomyślnie, lecz serce me trapił żal, którego ani kupno dóbr, ani rozdawanie jałmużny nie zdołały ukoić. Teraz stoję przed tobą bez choćby jednego dirhema, ale przepełnia mnie pokój.

Allach jest początkiem wszystkich rzeczy, lecz za pozwoleniem Waszej Wysokości opowieść mą rozpocznę w dniu, w którym udałem się do dzielnicy rzemieślników metalowych. Potrzebowałem nabyć dar dla człowieka, z którym miałem prowadzić interesy, a powiedziano mi, że wykonana ze srebra taca może przypaść mu do gustu. Po pół godzinie poszukiwań spostrzegłem, że jeden z największych sklepów na targowisku został przejęty przez nowego kupca. Była to pierwszorzędna lokalizacja, co bez wątpienia musiało się wiązać z wielkimi kosztami, wszedłem więc do środka, by bliżej przyjrzeć się oferowanym tam wyrobom.

Nigdy przedtem nie widziałem tak oszałamiającej różnorodności towarów. Tuż przy wejściu znajdowały się wyposażone w siedem inkrustowanych srebrem tablic astrolabium, zegar wodny, który wybijał godziny, oraz mosiężny słowik, który śpiewał przy każdym powiewie wiatru. W głębi sklepu widać było jeszcze więcej zmyślnych mechanizmów, ja zaś wpatrywałem się w nie z fascynacją dziecka, które ogląda wyczyny kuglarza. Tymczasem ze znajdujących się na tyłach drzwi wyłonił się starzec.

− Witaj w moim skromnym sklepie, panie − rzekł. − Nazywam się Baszaarat. Czym mogę ci służyć?

− Masz tu na sprzedaż nadzwyczajne przedmioty. Handluję z kupcami ze wszystkich zakątków świata, ale jako żywo nie widziałem u nich niczego podobnego. Skąd, o ile wolno mi spytać, sprowadziłeś swe towary?

− Jestem ci wdzięczny za twe uprzejme słowa, panie − odparł. − Wszystko, co tu widzisz, zostało skonstruowane w mojej pracowni przeze mnie bądź pracujących pod moim kierunkiem czeladników.
Wywarło na mnie wrażenie to, że jeden człowiek potrafi tak świetnie orientować się w wielu rzemiosłach. Jąłem wypytywać go o rozmaite instrumenty znajdujące się w sklepie i słuchałem, jak ze znawstwem rozprawia o astrologii, matematyce, geomancji i medycynie. Rozmawialiśmy przez ponad godzinę, zaś moja fascynacja i uznanie rozkwitały niczym ogrzane brzaskiem kwiecie, póki nie wspomniał o swych eksperymentach w dziedzinie alchemii.

− Alchemii? − spytałem ze zdumieniem, nie wyglądał bowiem na kogoś, kto para się podobnym szalbierstwem. − Masz na myśli to, że potrafisz przemienić zwykły metal w złoto?
− Potrafię, panie, ale nie tego w istocie najbardziej poszukuje się w alchemii.

− Czego zatem poszukuje się najbardziej?

− Poszukuje się źródła złota, które jest tańsze niż kruszec wydobywany z ziemi. Alchemia opisuje metodę, za pomocą której można stworzyć złoto, lecz procedura ta jest tak złożona, że w porównaniu z nią przekopywanie gór jest łatwe jak zrywanie brzoskwiń z drzewa.

Uśmiechnąłem się.

− Błyskotliwa odpowiedź. Nikt nie śmiałby poddać w wątpliwość tego, że jesteś człowiekiem uczonym, lecz wiem przecież, że nie należy dawać wiary w alchemię.

Baszaarat spojrzał na mnie i pomyślał przez chwilę.

− Skonstruowałem niedawno coś, co sprawi, że zmienisz zdanie, panie. Będziesz pierwszą osobą, której to pokażę. Czy zechcesz to obejrzeć?

− Będzie to dla mnie wielka przyjemność.

− Pozwól zatem za mną. − Poprowadził mnie przez drzwi ku zapleczu swego sklepu. Znajdujące się tam pomieszczenie stanowiło warsztat wyłożony przyrządami, których przeznaczenia nie potrafiłem odgadnąć − metalowymi sztabami owiniętymi taką ilością miedzianej nici, że starczyłoby jej, by sięgnąć horyzontu, czy zwierciadłami umieszczonymi na okrągłych, pływających w rtęci granitowych blatach − lecz Baszaarat minął je obojętnie.

Poprowadził mnie za to ku solidnemu postumentowi wielkości skrzyni, na którym umieszczono pionowo metalową obręcz. Jej otwór miał szerokość dwóch wyciągniętych ramion, zaś krawędź była tak gruba, że udźwignięcie jej zmusiłoby największego nawet mocarza do nie lada wysiłku. Metal był czarny jak noc, lecz wypolerowany tak gładko, że gdyby posiadał inną barwę, można by się w nim przeglądać niczym w zwierciadle. Baszaarat poprosił mnie, bym stanął tak, ażeby spoglądać na obręcz z boku, podczas gdy on ustawił się na wprost jej otworu.

− Proszę uważnie patrzeć − rzekł.

Wsunął rękę przez obręcz od prawej strony, lecz nie wysunęła się ona z lewej; wyglądało to tak, jakby odcięto mu ją przy łokciu, on zaś zamachał kikutem w górę i w dół, po czym wyciągnął ją całą i nietkniętą.

Nie spodziewałem się, że tak uczony człowiek zechce pokazywać iluzjonistyczne sztuczki, ale była wykonana znakomicie, toteż nagrodziłem ją uprzejmymi brawami.

− Proszę teraz chwilę zaczekać − powiedział, cofając się o krok.
 
Czekałem i patrzyłem. Z lewej strony obręczy wysunęła się ręka, pozbawiona jednak podtrzymującego ją ciała. Rękaw, w który była przyodziana, pasował do szaty Baszaarata. Ręka pomachała w górę i w dół, po czym wsunęła się przez obręcz, a w końcu całkiem zniknęła.

Pierwszą sztuczkę uznałem za zmyślny pokaz iluzjonistyczny, lecz ta zdawała się znacznie ją przewyższać, jako że postument oraz obręcz były bez wątpienia zbyt wąskie, by ukryć człowieka.

− Bardzo pomysłowe! − wykrzyknąłem.

− Dziękuję, ale nie jest to zwyczajna przemyślna sztuczka. Prawa strona obręczy wyprzedza lewą o kilka sekund. Przejście przez obręcz oznacza natychmiastowe przekroczenie tego okresu czasu.

− Nie rozumiem − wyznałem.

− Proszę pozwolić mi powtórzyć demonstrację. − Ponownie wsunął rękę w obręcz, ta zaś ponownie zniknęła. Uśmiechnął się i począł poruszać nią w przód i w tył, jak gdyby bawił się w przeciąganie liny. W końcu z powrotem ją wyciągnął i zaprezentował mi otwartą dłoń. Znajdował się na niej znajomy pierścień.

− To mój pierścień! − Obejrzałem własną dłoń i stwierdziłem, że pierścień wciąż tkwi na mym palcu. − Wyczarowałeś duplikat.

− Nie, to naprawdę twój pierścień. Proszę zaczekać.

Raz jeszcze z lewej strony obręczy wysunęła się ręka. Pragnąc odkryć mechanizm tej sztuczki, pospieszyłem, by schwycić ją za dłoń. Nie była sztuczna, ale całkiem ciepła i tak samo żywa jak moja. Pociągnąłem w swoją stronę, ona zaś w swoją. Wówczas dłoń z wprawą złodzieja kieszonkowego zsunęła pierścień z mego palca, zaś cała ręka wycofała się przez obręcz i całkiem zniknęła.

− Straciłem mój pierścień! − krzyknąłem.

− Nie, panie − odparł Baszaarat. − Twój pierścień jest tutaj. − Po czym wręczył mi ten, który trzymał w dłoni. − Wybacz mi tę zabawę.

Wsunąłem go z powrotem na palec.

− Miałeś go, zanim mi go odebrano.

W tej samej chwili z obręczy wysunęła się ręka, tym razem z jej prawej strony.

− Cóż to takiego? − wykrzyknąłem. Znów rozpoznałem ją po rękawie, nim wycofała się, ale nie zauważyłem, jak wkłada ją do środka.

− Przypomnij sobie − rzekł − prawa strona obręczy wyprzedza lewą.

Przeszedł na lewą stronę obręczy i wepchnął rękę do wewnątrz od tej strony, ona zaś ponownie zniknęła.

Wasza Wysokość bez wątpienia pojął już istotę problemu, lecz ja dopiero wówczas ją zrozumiałem: cokolwiek działo się po prawej stronie obręczy, po kilku sekundach dopełniane było wydarzeniem po lewej.

− Czy to czarnoksięstwo? − spytałem.

− Nie, panie, nigdy nie spotkałem się z dżinnem, a nawet gdyby tak się stało, nie powierzyłbym mu spełnienia moich życzeń. To forma alchemii.

Zaproponował wyjaśnienie i jął rozprawiać o swych poszukiwaniach maleńkich porów w skórze rzeczywistości, podobnych otworkom, jakie robaki drążą w drzewie, i o tym, że znalazłszy taki otwór, potrafi powiększyć go i rozciągnąć tak, jak dmuchacz szkła przemienia bezkształtną masę ciekłej substancji w długą fajkę, a także o tym, jak następnie pozwala, by czas niczym woda płynął przez jeden otwór, sprawiając przy tym, by gęstniał jak syrop w drugim. Wyznaję, iż w gruncie rzeczy nie zrozumiałem jego słów i nie potrafię zaświadczyć o ich prawdziwości. W odpowiedzi zdołałem tylko wypowiedzieć słowa:

− Stworzyłeś coś naprawdę zdumiewającego.

− Dziękuję − odparł − ale to zaledwie wstęp do tego, co zamierzałem ci pokazać.

Poprosił, bym udał się z nim do następnego pomieszczenia, znajdującego się jeszcze głębiej na tyłach. Na jego środku stały okrągłe wrota, których framuga wykonana była z tego samego wypolerowanego czarnego metalu.

− Przedtem pokazałem ci Wrota Sekund − wyjaśnił. − Oto Wrota Lat. Dwie strony wrót oddziela okres dwudziestu lat.

Wyznaję, iż nie od razu pojąłem to, co powiedział. Wyobraziłem sobie, jak wsuwa rękę z prawej strony i czeka dwadzieścia lat, aż wysunie się ona z lewej, co wydało się wielce niejasną sztuczką magiczną. Tak też mu powiedziałem, na co się zaśmiał.

− To jedna z możliwości − stwierdził − ale rozważ, co by się stało, gdybyś miał je przekroczyć. − Stojąc po ich prawej stronie, ruchem dłoni pokazał mi, bym się do niego zbliżył, po czym wskazał ku wnętrzu wrót. − Spójrz.

Tak też uczyniłem i spostrzegłem, że po drugiej stronie komnaty pojawiły się inne dywany i poduszki niż te, które widziałem, wchodząc do niej. Obróciłem głowę w jedną i w drugą stronę i wówczas zdałem sobie sprawę z tego, że kiedy spoglądam we wrota, patrzę na inną komnatę niż ta, w której się znajduję.

− Widzisz komnatę taką, jaka będzie za dwadzieścia lat − wyjaśnił Baszaarat.

Zmrużyłem oczy, tak jak się to niekiedy robi na widok mirażu wody na pustyni, ale to, co znajdowało się przede mną, nie zmieniło się.

− I twierdzisz, że mógłbym przejść na drugą stronę? − spytałem.

− Mógłbyś. A czyniąc to, odwiedziłbyś Bagdad, jakim będzie za dwadzieścia lat. Mógłbyś odnaleźć starszego siebie i odbyć z nim rozmowę. Potem zaś mógłbyś z powrotem przejść przez Wrota Lat i powrócić do dnia dzisiejszego.

Słysząc słowa Baszaarata, poczułem się tak, jakbym doznał zawrotu głowy.

− Czy dokonałeś tego? − zapytałem. − Przeszedłeś na drugą stronę?

− Przeszedłem, jako też uczyniło wielu z moich klientów.

− Wszak twierdziłeś uprzednio, że jestem pierwszym, któremu to pokazujesz.

− Te wrota, tak. Ale przez wiele lat byłem właścicielem sklepu w Kairze i to właśnie tam zbudowałem Wrota Lat. Wielu było takich, którym je pokazałem i którzy z nich skorzystali.
− Czego się dowiedzieli, rozmawiając z samymi sobą starszymi o dwadzieścia lat?

− Każdy dowiedział się czegoś innego. Jeśli sobie tego życzysz, mogę opowiedzieć ci historię jednej z tych osób.

Baszaarat jął opowiadać mi ową historię, a jeśli sprawi to przyjemność Waszej Wysokości, przytoczę ją w tym miejscu.

OPOWIEŚĆ O SZCZĘŚLIWYM POWROŹNIKU

Żył raz pewien młodzieniec imieniem Hassan, który był powroźnikiem. Przeszedł na drugą stronę Wrót Lat, by ujrzeć Kair dwadzieścia lat później, a przybywszy doń, począł zachwycać się tym, jak miasto się rozwinęło. Poczuł się tak, jakby znalazł się w wyhaftowanej na gobelinie scenie, i mimo iż miasto było ni mniej, ni więcej, tylko Kairem, przyglądał się najzwyklejszym widokom, jak gdyby to były jakieś cuda.

Przechadzał się w okolicy Bab Zuweila, gdzie tancerze z mieczami oraz zaklinacze węży dają swoje pokazy, gdy zawołał nań pewien astrolog:

− Młodzieńcze! Czy życzysz sobie poznać przyszłość?

Hassan roześmiał się.

− Już ją znam − odparł.

− Chcesz zapewne wiedzieć, czy czekają na ciebie bogactwa, nieprawdaż?

− Jestem powroźnikiem. Wiem, że nic na mnie nie czeka.

− Skąd możesz to wiedzieć? Co tedy powiesz o sławnym kupcu Hassanie Al-Hubbaulu, który zaczynał jako powroźnik?

Wielce zaintrygowany Hassan jął wypytywać po całym targowisku o innych, którzy wiedzieli coś o tym zamożnym kupcu i przekonał się, że jego nazwisko jest powszechnie znane. Powiedziano mu, że mieszka on w Habbanija, bogatej dzielnicy miasta, wobec czego udał się do niej i prosił przechodniów, aby mu wskazali jego dom, który okazał się największy na całej ulicy.

Zapukał do drzwi, a sługa poprowadził go ku rozległemu i przepięknie urządzonemu holowi, którego centralną część zajmowała fontanna. Hassan czekał, podczas gdy sługa poszedł sprowadzić swego pana, lecz gdy przyglądał się połyskującym wokół hebanom i marmurom, poczuł, iż nie jest to miejsce dla niego, i już zamierzał wyjść, gdy zjawił się Hassan dwadzieścia lat starszy.

− Nareszcie tu trafiłeś! − uradował się. − Oczekiwałem cię!

− Doprawdy? − odparł zdumiony Hassan.

− Nie inaczej, wszak złożyłem wizytę sobie starszemu, tak jak ty składasz wizytę mnie. Było to tak dawno temu, że nie pamiętam już dokładnie tego dnia. Chodź, spożyj ze mną wieczerzę.

Obaj udali się do jadalni, gdzie słudzy podali kurczaka faszerowanego orzeszkami pistacjowymi, warzywa i owoce w miodzie oraz pieczeń z jagnięciny z przyprawionymi owocami granatu. Starszy Hassan opowiedział pokrótce o swym życiu: napomknął o najprzeróżniejszych interesach, lecz nie wyjawił, w jaki sposób został kupcem; wspomniał o żonie, ale stwierdził, że nie jest to odpowiednia pora dla młodszego, by ją poznać. Poprosił natomiast młodego Hassana, żeby przypomniał mu o figlach, jakie płatał, będąc dzieckiem, i śmiał się, słysząc historie, które w jego pamięci uległy już zatarciu.

W końcu młodszy Hassan spytał starszego:

− Jakim sposobem dokonałeś tak wielkiej odmiany swojej fortuny?

− W tej chwili mogę ci powiedzieć tylko jedno: kiedy udasz się na targowisko po konopie i będziesz przechodził ulicą Czarnych Psów, unikaj jej południowej strony. Trzymaj się strony północnej.
− A czy to pozwoli mi podnieść mój status?

− Rób tylko to, co ci mówię. Wracaj teraz do domu; musisz wyplatać powrozy. Będziesz wiedział, kiedy znów mnie odwiedzić.

Młody Hassan powrócił do swego czasu i zrobił tak, jak mu powiedziano − trzymał się północnej strony ulicy, mimo iż nie padał na nią cień. I oto kilka dni później był świadkiem, jak po jej południowej stronie rozjuszony koń dostał szału i pokopał parę osób, ranił kilka innych, wywracając na nich wierzgnięciem ciężki dzban olejku palmowego, a nawet stratował kogoś kopytami. Kiedy zamieszanie ustało, Hassan modlił się do Allacha o uzdrowienie dla rannych oraz pokój dla zmarłych i podziękował Mu za to, że go oszczędził.

Nazajutrz Hassan przekroczył Wrota Lat i odszukał starszego siebie.

− Czy zostałeś poturbowany przez konia, kiedy szedłeś ulicą? − spytał go.

− Nie, ponieważ usłuchałem przestrogi siebie starszego. Nie zapominaj, że ty i ja jesteśmy jednym; każde wydarzenie, jakie dotyczy ciebie, niegdyś dotyczyło i mnie.
Fragment jednego z kolaży, jakie Jacob McMurray stworzył do książkowego wydania noweli. © Jacob McMurray, 2007

Fragment jednego z kolaży, jakie Jacob McMurray stworzył do książkowego wydania noweli. © Jacob McMurray, 2007

I tak starszy Hassan udzielał młodszemu wskazówek, młodszy zaś stosował się do nich. Powstrzymał się przed kupnem jaj u sklepikarza, u którego zwykle dokonywał zakupów, i dzięki temu uniknął choroby, jaka dotknęła tych klientów, którzy nabyli jaja z feralnego koszyka. Zakupił dodatkową ilość konopi i tym sposobem miał materiał do pracy, podczas gdy inni cierpieli z powodu jego niedostatku, będącego skutkiem opóźnienia karawany. Stosując się do wskazówek starszego siebie, Hassan uniknął wielu kłopotów, ale wciąż zachodził w głowę, czemu tamten nie mówi mu wszystkiego. Kogo pojmie za żonę? W jaki sposób stanie się majętny?

I wówczas, któregoś dnia, sprzedawszy cały zapas powrozu, Hassan szedł ulicą z wyjątkowo wypchaną sakiewką, gdy wpadł na pewnego chłopca. Pomacał się w poszukiwaniu kiesy, a przekonawszy się, że jej nie ma, zawrócił z krzykiem, by przeczesać tłum w poszukiwaniu złodzieja. Słysząc krzyki Hassana, chłopiec z miejsca rzucił się biegiem przez ciżbę. Hassan dostrzegł, że jego tunika jest rozerwana na łokciu, lecz rychło stracił go z oczu.

Przez chwilę był wstrząśnięty tym, że coś podobnego wydarzyło się bez najmniejszego ostrzeżenia ze strony starszego Hassana. Lecz wkrótce poczucie zdumienia zastąpił gniew, toteż ruszył w pościg. Biegł przez tłum, sprawdzając łokcie chłopięcych tunik, póki przez przypadek nie odnalazł kieszonkowca, skulonego pod kramem z owocami. Hassan schwycił go i jął nim potrząsać, krzycząc przy tym, że złapał złodzieja, i prosząc o wezwanie strażnika. Malec, lękając się widać aresztowania, upuścił na ziemię sakiewkę Hassana i wybuchnął płaczem. Powroźnik przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, aż wreszcie gniew mu minął i pozwolił chłopcu odejść.

Kiedy następnym razem spotkał się ze starszym sobą, zapytał:

− Czemu nie ostrzegłeś mnie przed kieszonkowcem?

− Czy to doświadczenie sprawiło ci radość? − zapytał tamten.

Hassan już miał zaprzeczyć, ale powstrzymał się.

− W rzeczy samej − przyznał. Ścigając chłopca i nie mając pojęcia, czy uda mu się go schwytać, czy nie, czuł, że krew pulsuje w nim w taki sposób, w jaki nie zdarzyło się to od wielu tygodni. Zaś widok łez chłopca przywiódł mu na pamięć nauki Proroka o wartości miłosierdzia, toteż Hassan poczuł się człowiekiem cnotliwym, jako że pozwolił malcowi odejść.
− Wolałbyś więc, abym ci tego oszczędził?

Tak jak dorastając, zaczynamy rozumieć celowość zwyczajów, które wydawały nam się czcze w latach naszej młodości, tak i Hassan pojął, iż cnota kryje się zarówno w ukrywaniu informacji, jak i wyjawianiu ich.

− Nie − odparł − dobrze się stało, żeś mnie nie ostrzegł.

Starszy Hassan przekonał się, że nauka została odebrana.

− Teraz przekażę ci coś niezwykle ważnego. Wynajmij konia. Skieruję cię do pewnego miejsca na pogórzu, na zachód od miasta. Tam, w zagajniku, odnajdziesz drzewo, w które uderzył piorun. Wokół jego nasady szukaj najcięższego głazu, jaki uda ci się odwalić, a potem kop pod nim.

− Czego mam szukać?

− Przekonasz się, jak znajdziesz.

Nazajutrz Hassan udał się na pogórze i tak długo szukał owego drzewa, aż je znalazł. Wokół niego na ziemi roiło się od głazów, toteż odwalił jeden z nich i kopał pod nim, potem następny, i jeszcze jeden. Wreszcie jego łopata uderzyła w coś innego niż grunt bądź skała. Odgarnął ziemię i odkrył skrzynię z brązu wypełnioną złotymi dinarami oraz rozmaitymi klejnotami. Nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego. Załadował skrzynię na konia i pojechał z powrotem do Kairu.

Kiedy ponownie rozmawiał ze starszym sobą, zapytał:

− Skąd wiedziałeś, gdzie znajduje się skarb?

− Dowiedziałem się od samego siebie − odparł starszy Hassan. − Tak jak ty. Co się zaś tyczy tego, w jaki sposób posiedliśmy wiedzę o jego istnieniu, była to wola Allacha, więc na cóż zdadzą się inne wyjaśnienia?

− Przysięgam, że dobrze wykorzystam te bogactwa, którymi obdarował mnie Allach − oznajmił młodszy Hassan.

− A ja odnawiam tę przysięgę − dodał starszy. − Rozmawiamy ze sobą po raz ostatni. Od tej pory ruszysz własną drogą. Pokój niech będzie z tobą.

I tak Hassan powrócił do domu. Za złoto mógł kupić ogromną ilość konopi, zatrudnić pracowników, dobrze im zapłacić i sprzedać powrozy z zyskiem tym wszystkim, którzy ich potrzebowali. Poślubił piękną i bystrą kobietę, za radą której zaczął handlować innymi towarami, aż wreszcie stał się zamożnym i szanowanym kupcem. Przez cały czas szczodrze obdarowywał ubogich i wiódł żywot człowieka prawego. W ten sposób Hassan przeżył najszczęśliwsze życie, póki nie upomniała się o niego śmierć, która zrywa więzi i niweczy radości.



− To niezwykła opowieść − przyznałem. − Trudno o lepszą zachętę dla kogoś, kto zastanawia się, czy skorzystać z Wrót.

− Postępujesz roztropnie, zachowując sceptycyzm − stwierdził Baszaarat. − Allach nagradza tych, których pragnie nagrodzić, karze zaś tych, których pragnie ukarać. Wrota nie zmieniają tego, jakim cię widzi.

Skinąłem głową, sądząc, że zrozumiałem.

− Zatem jeśli nawet uda się uniknąć nieszczęść, jakich doświadczył nasz starszy odpowiednik, nie ma gwarancji, że nie natkniemy się na inne pułapki losu.

− Nie, wybacz starcowi brak jasności. Korzystanie z Wrót to nie loteria fantowa, w której przedmiot, jaki wyciągasz, różni się w każdej kolejce. To raczej tak, jakby skorzystać z sekretnego pałacowego przejścia, takiego, które pozwala dostać się do komnaty szybciej, niźli idąc korytarzem. Komnata pozostaje ta sama, bez względu na to, jakie drzwi wybierzesz, by do niej wejść.

Zdumiało mnie to.

− A zatem przyszłość jest ustalona? Tak samo niezmienna jak przeszłość?

− Powiada się, że skrucha i pokuta wymazują przeszłość.

− Ja również o tym słyszałem, ale przekonałem się, że nie jest to prawda.

− Przykro mi to słyszeć − rzekł Baszaarat. − Mogę powiedzieć tylko tyle, że przyszłość niczym się nie różni.

Przez chwilę rozważałem ten problem.

− A zatem jeśli dowiemy się, że za dwadzieścia lat nie będziemy już żyli, nie możemy uczynić niczego, żeby uniknąć własnej śmierci?

Skinął głową. Wydało mi się to wielce zniechęcające, lecz wkrótce jąłem zastanawiać się, czy nie może to również dostarczać niejakiej gwarancji.

− Przypuśćmy − powiedziałem − że dowiadujemy się, iż za dwadzieścia lat będziemy żyli. Wobec tego nic nie może nas zabić przez cały ten czas. Moglibyśmy walczyć w bitwach bez należytej ostrożności, ponieważ to, że przeżyjemy, jest zagwarantowane.

− To możliwe − odparł. − Jest również możliwe, że człowiek, który skorzysta z podobnej gwarancji, nie odnajdzie starszego siebie wśród żywych, kiedy po raz pierwszy skorzysta z Wrót.
− Ach − rzekłem. − Czy chodzi więc o to, że tylko roztropni spotykają starszych siebie?

− Pozwól, że opowiem ci historię innego człowieka, który skorzystał z Wrót, a sam ocenisz, czy był on roztropny, czy też nie.

Baszaarat jął opowiadać mi ową historię, a jeśli sprawi to przyjemność Waszej Wysokości, przytoczę ją w tym miejscu.

przełożył Konrad Walewski

POSŁUCHAJ TAKŻE