KRYTYKA

Jesienią 2014 roku „F&SF” obchodzi swoje sześćdziesiąte piąte urodziny, co Gordon Van Gelder (redaktor naczelny pisma od 1997 roku; właściciel od 2000) uczcił jeszcze latem drugim tomem antologii The Very Best of Fantasy & Sicence Fiction. Przed pięciu laty, prócz pierwszego tomu antologii, Gordon zredagował również specjalny numer jubileuszowy − drugie takie wydawnictwo w jego karierze. A gdzieś pomiędzy tymi rocznicami zechciał podzielić się z nami swoimi refleksjami na temat tego wyjątkowo utytułowanego pisma oraz pewnego problemu, który od lat dzieli zarówno czytelników, jak i twórców fantastyki. 

Zaledwie sześćdziesiąt lat


Gordon Van Gelder
W roku 1981, kiedy miałem czternaście lat, zacząłem czytywać czasopismo, które zawierało cudowne opowieści. Z młodości pamiętam opowiadania o przeróżnych niezwykłych zjawiskach, tajemniczych morderstwach w kosmosie, przygodach rewolwerowców w jakiejś opustoszałej krainie oraz przezabawne historyjki o czarowniku, którego żona-księżniczka potrafiła wydawać jedynie żabi rechot.

W roku 1997 zostałem redaktorem naczelnym czasopisma, które publikowało te właśnie opowieści. Obecnie pismo to skończyło sześćdziesiąt lat, a ja zdałem sobie sprawę, że jestem odpowiedzialny za jedną piątą jego zdumiewającej historii.

Zawsze z radością przyjmowałem opinie o redagowanych przeze mnie numerach, a jeszcze w latach dziewięćdziesiątych młody człowiek nazwiskiem Scott Thomas zwykł informować mnie o tym, które opowiadania mu się podobają. Pamiętam, że zawsze sprawiały mu frajdę teksty Rona Goularta. Obecnie, w przerwie pomiędzy występami, Scott współpracuje z naszą ekipą i nadal z przyjemnością mówi mi, które opowiadania podobają mu się najbardziej. Różnica polega na tym, że teraz czyta teksty, które zostały nadesłane do redakcji, a nie te, które ukazały się drukiem.
W roku 2024, kiedy „F&SF” skończy siedemdziesiąt pięć lat, niektórzy z naszych pracowników z tkliwością spojrzą w przeszłość na dzisiejsze numery i ze zdumieniem przekonają się, że są częścią owego wspaniałego przedsięwzięcia.

Robert Silverberg jest autorem kilku z naszych najlepszych opowiadań, a kiedy nadesłał tekst do numeru jubileuszowego, dołączył do niego notatkę, w której pisze o niesamowitości upływu czasu od chwili, kiedy zetknął się z naszym pierwszym numerem. Zdałem sobie wówczas sprawę, że ów komentarz może zainteresować czytelników, i wpadłem na pomysł, żeby poprosić innych naszych autorów o wspomnienia ich pierwszych numerów „F&SF”, wspomnienia o czasopiśmie, które liczy sobie zaledwie sześćdziesiąt lat. Oto kilka z nich:


Moje pierwsze opowiadanie, jakie sprzedałem, ukazało się właśnie w „F&SF”, o czym niemal już zapomniałem. Wysłałem tekst pod tytułem Solitario’s Eyes i nigdy nie otrzymałem odpowiedzi. Będąc zajęty pracą z nowym zespołem, doszedłem do wniosku, że zostało odrzucone. Byłem więc wielce zdumiony, kiedy podczas próby zostałem wywołany do telefonu i usłyszałem ze słuchawki: „Mówi Ed Ferman”. Okazuje się, że pan Ferman wysłał mi czek oraz umowę, ale poczta ich nie dostarczyła. „Mam nadzieję, że go pan nie sprzedał − powiedział. − Ukaże się w przyszłym miesiącu i mamy do niego bardzo ładną okładkę”. Nie trzeba dodawać, że był to dla mnie szczęśliwy dzień. Cholera, przez cały miesiąc czułem się szczęśliwy... a kiedy teraz o tym myślę, była to prawdopodobnie najpiękniejsza rzecz, jaka przytrafiła mi się tamtego roku.Lucius Shepard



Jedynie przy kilku okazjach − a tylko dwie potrafię w tej chwili sprecyzować − napisałem opowiadania, które wzięły się bezpośrednio ze snów. Jedno z nich (w tym wypadku był to koszmar) trafiło do „F&SF”, ale nieco okrężną drogą. Nosiło tytuł Groby i ukazało się w numerze październikowym w 1992 roku.

Jest ono trochę nie z mojego podwórka − to raczej horror niż science fiction. Pod wpływem impulsu posłałem je do „Playboya”, w owym czasie czasopisma, oferującego najwyższe honoraria za prozę. Ku memu zachwytowi, ówczesna szefowa działu literackiego, Alice Turner, zaakceptowała je. I dobrze zapłaciła.

Ale zanim opowiadanie trafiło do druku, redaktor naczelny sprzeciwił się. Według niego opowiadanie było „zbyt wulgarne” jak dla „Playboya”, co odebrałem jako niezamierzony komplement. Alice powiedziała, że spróbuje przez jakiś czas potrzymać je i przemycić do druku.

Ponad rok później podjęła kolejną próbę. Redaktor naczelny odesłał je z komentarzem: „Nadal jest zbyt wulgarne”. Wspaniałomyślnie Alice oświadczyła, że mogę zatrzymać honorarium, ale opowiadanie powinienem spróbować zamieścić gdzie indziej.

Posłałem je Kristine Kathryn Rusch z „F&SF”, która nie uznała go za zbyt nieprzyzwoite. Zaproponowała, że opublikuje je w numerze jubileuszowym, który zawsze jest wielce pożądanym miejscem publikacji.

Tego roku zdobyło ono zarówno Hugo, jak i World Fantasy Award w kategorii najlepszego opowiadania. Co dowiodło ponad wszelką wątpliwość, że jeśli chodzi o części ciała, „F&SF” ma większe cojones niż „Playboy”.Joe Haldeman


Nie pamiętam pierwszego numeru „F&SF”, który przeczytałam − jako dziecko trafiałam na egzemplarze w bibliotece bądź u ludzi w domach, a kiedy byłam starsza i mieszkałam w Waszyngtonie, kupowałam je w nieistniejącej już, nieodżałowanej księgarni Moonstone Bookcellars. Kiedy wkraczałam w dorosłość, gdzieś między osiemnastym a dwudziestym pierwszym rokiem życia, dostałam pierwszą poważną pracę w The National Air & Space Museum. Pierwsze kilka pensji poszły na mieszkanie, czynsz, opłaty itd., ale po kilku tygodniach zdałam sobie sprawę, że mam dość nieokreślone dochody. Wykupiłam więc prenumeratę „F&SF” − a była to pierwsza prenumerata, jaką wykupiłam za samodzielnie zarobione pieniądze. Chciałam zostać pisarką, a „F&SF” było czasopismem, w którym najbardziej chciałam publikować. Przez lata otrzymałam od Eda Fermana kilka listów odmownych (z jakichś powodów trzymałam je w lodówce) i wciąż pamiętam dreszczyk emocji, kiedy po raz pierwszy przysłał mi osobisty list odmowny. To czasopismo zawsze wyznaczało dla mnie standard jakości krótkiej prozy. I nadal wyznacza.Elizabeth Hand


Kiedy zdałem sobie sprawę, że pragnę zostać redaktorem? Nie od razu. Latem 1986 roku odbywałem staż w wydawnictwie Bluejay Books, a rok później znalazłem się na warsztatach Clarion West. Potem wróciłem na ostatni rok college’u, na którym moim głównym kierunkiem była twórczość literacka, a tematem pracy końcowej mikropowieść. I gdzieś w środku pisania tej mikropowieści uświadomiłem sobie − co do dziś pamiętam bardzo dokładnie − że lepiej idzie mi praca redakcyjna niż pisanie. Był to w dużej mierze moment objawienia. Zrozumiałem to, jeszcze zanim skończyłem college, dlatego też moją pierwszą pracą była posada asystenta redaktora w wydawnictwie St. Martin’s Press. Wydaje mi się, że udział w warsztatach Clarion West wiele mi uświadomił. Wyjeżdżałem z nich z przekonaniem, że nie będę zarabiał na życie jako pisarz. Dzięki temu, że dość szybko to pojąłem, oszczędziłem sobie pięciu czy dziesięciu lat starań, aby zaistnieć na rynku literackim tylko po to, żeby wreszcie się przekonać, że to nie dla mnie.

Wówczas należałem już do wieloletnich czytelników literatury fantasy i science fiction, choć czytywałem również sporo innych rzeczy. W college’u byłem człowiekiem o wiele bardziej pretensjonalnym niż obecnie. Miałem więcej wiary w możliwość połączenia literatury gatunkowej z pisarstwem głównego nurtu. Już jako nastolatek byłem zaangażowany w ruch fanowski; mając jakieś czternaście czy piętnaście lat, udało mi się nawet sprzedać opowiadanie Terry’emu Carrowi. Byłem też dość oczytany w literaturze gatunkowej, choć miałem również inne zainteresowania literackie. Dość, że przypuszczałem, iż moje pisarstwo będzie mniej więcej takie, jakie dziś uprawia Jonathan Lethem, czyli połączenie elementów fantastyki i głównego nurtu.

Co ciekawe, swego czasu braliśmy wraz z Jonathanem udział w dyskusji panelowej i obaj doszliśmy do podobnych konkluzji, takich mianowicie, że obie te przestrzenie nigdy tak naprawdę się nie połączą i nigdy nie powinny się połączyć, a przy tym to, w jaki sposób określa się dziś gatunek, zależy od tego, w jaki sposób zostało się wychowanym, z której strony podchodzi się do literatury, bo tak naprawdę nie ma jakichś fundamentalnych różnic między nimi, choć te, które istnieją, odgrywają ważną rolę.  

Oto pod koniec lat dziewięćdziesiątych na łamach „Voice Literary Supplement” Jonathan opublikował artykuł pod tytułem The Squandered Promise of Science Fiction. A zaczynał się on tak:

W 1973 roku Tęcza grawitacji Thomasa Pynchona została nagrodzona Nebulą, najwyższym możliwym wyróżnieniem w dziedzinie literatury znanej niegdyś jako „science fiction” − termin obecnie niemal całkiem zapomniany.

Przepraszam, rozmarzyłem się. [...] I choć Tęcza grawitacji była nominowana do Nebuli w 1973 roku, przegrała ze Spotkaniem z Ramą Arthura C. Clarke’a, na której temat komentator Carter Scholz słusznie zauważył, że „w mniejszym stopniu jest to powieść, w większym zaś schematyczny diagram prozą”. Nominacja Pynchona stoi dziś jako ukryty nagrobek znamionujący śmierć nadziei, że science fiction była bliska połączenia się z prozą głównego nurtu.

Nadzieja ta zrodziła się w sercach pisarzy, którzy bez jakiejkolwiek szczególnej zachęty ze strony większego literackiego świata, na krótką chwilę wciągnęli ten gatunek na skraj poważania. Fantastyka nowofalowa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych często upajała się słowem, stosując techniki modernistyczne, chcąc nie chcąc, do starych motywów gatunkowych dodając do postaci, które niemal pozbyły się swych suwaków logarytmicznych, konieczne elementy alienacji i seksualności. Ale Nowa Fala również umożliwiła zaistnienie takich książek, jak Dhalgren Samuela Delany’ego, Przez ciemne zwierciadło Philipa K. Dicka, Wydziedziczeni Ursuli K. Le Guin i 334 Thomasa M. Discha − dzieła dorównujące najlepszym amerykańskim utworom literackim lat siedemdziesiątych, bez względu na etykietki, kategorie i gatunki. [...]

Bowiem to, co czyni s.f. zjawiskiem cudownym i złożonym, to połączenie hipotez i bajkowości. S.f. to jednocześnie proza, która daje do myślenia, i sen. Przez pierwsze mniej więcej sześćdziesiąt lat dwudziestego wieku proza amerykańska niewystarczająco epatowała tymi wartościami, których sf miała pod dostatkiem, bez względu na to, w jak inteligentny sposób z nich korzystała. Podczas gdy bajarze tacy, jak Borges, Abe, Cortazar czy Calvino rozkwitali za granicą, tutaj wysiłki literackich purystów sprawiały, że pisarstwo fantastyczne i surrealistyczne poddane było kwarantannie przed zyskaniem uznania. [...]

Cała koncepcja Jonathana zasadzała się więc na tym, że gdyby w roku 1973 Tęcza grawitacji została wyróżniona Nebulą, s.f. i mainstream uległyby połączeniu, a przy tym zyskałyby na tym do tego stopnia, że nawet okładki książek byłyby ładniejsze. Uznałem to za źle przemyślaną argumentację, zwłaszcza dlatego, że tkwi w niej klasyczny błąd, który opiera się na przeciwstawieniu najsłabszym książkom sf najlepszych utworów głównonurtowych, słowem nie wspominając o mankamentach tej literatury. Zabolało mnie w tym również to, że autorem tekstu był mój przyjaciel, ktoś, kto kocha pisarstwo Theodore’a Sturgeona i którego gust literacki jest tak bardzo bliski mojemu, a kto jako konkluzję podaje stwierdzenie, że science fiction to literacki chłam. Szczerze mówiąc, tekst ten ogromnie mnie rozgniewał, poświęciłem mu więc artykuł, w którym napisałem między innymi:  

W przeciwieństwie do wielu znanych mi fanów s.f., nie jestem ani pierwszym, ani jedynym dzieckiem w mojej rodzinie. Mój starszy brat miał trzy i pół roku, kiedy przyszedłem na świat, a był to fakt, o którym nigdy nie pozwolił mi zapomnieć. Zgodnie z zasadą z Oficjalnego podręcznika starszego rodzeństwa (jestem  p e w i e n, że taka książka istnieje − po prostu to wiem − ale zasada numer jeden mówi, że młodsze rodzeństwo nigdy i pod żadnym pozorem nie może zobaczyć go na oczy), nic, co robiłem, nie mogło zaimponować mojemu bratu. Cokolwiek mówiłem, cokolwiek robiłem, mój brat już to widział albo zrobił lepiej ode mnie.

Kiedy dorosłem, zrozumiałem, że w tej grze nigdy nie odniosę zwycięstwa, więc przestałem podejmować jakiekolwiek próby zaimponowania mu. I oczywiście wówczas odkryłem, że imponowałem mu przez cały czas.

Kiedy więc fantastyka zrozumie, że nie może wygrać w grze imponowania z literaturą głównego nurtu?

[...]

W swym artykule Jonathan pisze tak:

Pisarze s.f. funkcjonują obecnie w morku: ani nie są poważani, ani nie odnoszą sukcesów komercyjnych. Ich utwory toną w księgarniach w morzu śmieci, podczas gdy tymczasem większość obietnic s.f. jest realizowana gdzie indziej przez pisarzy zbyt sprytnych bądź nieświadomych, by zawracać sobie głowę napiętnowaną tożsamością.

Dalej Jonathan wygłasza takie oto życzenie:

[...] pojęcie „science fiction” powinno zostać delikatnie i czule rozmontowane, a pisarze rozsiani: fantaści dla dzieci tutaj, autorzy technofetyszystycznych thrillerów tam, etatowcy od książkowych wersji filmów zarówno tych prawdziwych, jak i wyimaginowanych jeszcze gdzie indziej. Co najważniejsze, umęczona garstka bohatersko trzymających się i ambitnych twórców fabulacji spekulatywnych powinna wyruszyć ku skalistym terytoriom środka − prozy niedającej się sklasyfikować.

No dobrze, przyznam, że pod względem estetycznym mam podobne zdanie jak Jonathan − prawdę powiedziawszy, podczas jakiegoś panelu w roku 1992 zaproponowałem coś podobnego, by zaraz otrzymać dwudziestominutowy wykład umoralniający od Barry’ego Malzberga. „Odwróciłem się plecami od science fiction w 1976 roku − wyznał Barry − i pomyliłem się. Ten gatunek jest większy niż my wszyscy; w końcu jesteśmy tu z jego powodu”.

Spędziwszy cztery lata w wykładanych kością słoniową aulach uniwersyteckich oraz dziesięć lat w głównonurtowym wydawnictwie jako redaktor literacki w tym tak zwanym „mroku”, dziś w większości zgadzam się z Barrym.

Obecnie termin „science fiction” obejmuje tak wiele, że jestem podejrzliwy w stosunku do generalizowania na jego temat, jednak pozwolę sobie na to. Ze wszystkich gatunków literackich s.f. jest fundamentalnie najbardziej radykalne − w przeciwieństwie do kryminałów, romansów czy westernów potrafi przepisać wszystkie zasady bądź stworzyć je od nowa w miarę swego rozwoju. (Doprawdy, dobrym przykładem książki uczciwej wobec czytelnika, ale zmieniającej zasady w samym środku fabuły jest Amnesia Moon Jonathana Lethema). Jak nieodmiennie utrzymywał John W. Campbell, s.f. ma najszersze spektrum zainteresowań i największą wolność ze wszystkich form literackich, co w konsekwencji może spłoszyć wielu czytelników. Powieść science fiction potrafi bowiem postawić czytelnikowi takie wyzwania, jakich nie zdoła narzucić mu żadna inna powieść.

W jakiejś recenzji z mniej więcej 1990 roku, która ukazała się na łamach tygodnika „The New Yorker”, John Updike twierdził, że rozrywkowa wartość s.f. opiera się na jej widowiskowości i że Arystoteles pouczał nas, iż widowisko jest podstawą wszelkich celów artystycznych. Osobiście uważam, że niemądrze jest odmawiać fantastyce jej widowiskowej natury. Ten gatunek jest formą literatury  p o p u l a r n e j; jego nieodłącznym celem jest zapewniać rozrywkę (w przeciwieństwie do prozy głównego nurtu). Niektórzy na zawsze już przyjmą ową postawę obraną przez Johna Updike’a i będą spoglądać z góry na s.f., ponieważ zasadniczo pozostaje ona popularną formą sztuki, a jej główną siłą napędową jest fabuła.   
Są to zapewne ci, których uznania pragnie Jonathan, jeżeli dobrze rozumiem jego stwierdzenie o „uznaniu literackim”. Kiedy słyszę te słowa, przychodzą mi na myśl owe przysłowiowe lepsze miejsca, gdzie nas nie ma. Wyznaczają precyzyjnie punkt, w którym nie zgadzam się z Jonathanem.

[...]

Jestem głęboko przekonany, że Jonathan ma rację, wskazując, że sf nie oznacza już tego, co dawniej. Kategoria wydawnicza o tej nazwie nie całkiem nadąża za gustami amerykańskich czytelników. Wielu pisarzy i czytelników utknęło w morku, ponieważ rynek wydawniczy nie wie, jak sprawnie połączyć te dwie kategorie. Ale wydaje mi się, że odpowiedź leży w przesuwaniu granic gatunku, nie w burzeniu ich.  

Na koniec pozwolę sobie przytoczyć anegdotę. W college’u studiowałem razem z powieściopisarzem Stephenem Wrightem (autorem między innymi M31 i Going Native) i wciąż od czasu do czasu natykam się na niego. Kiedy widziałem się z nim ostatnio, zaczęliśmy rozmawiać o tym, jakie to miłe, że Steven Millhauser zdobył Nagrodę Pulitzera, a Stephen − który jest człowiekiem urzekająco pewnym swego − zaczął rozwodzić się nad samą nagrodą. „A wiesz, że te gnoje z Columbii nie przyznały Pulitzera Tęczy grawitacji? Wszyscy jurorzy zagłosowali na nią, ale administratorzy nagrody bali się takiego werdyktu, więc przyznali ją jakiejś bezpiecznej książce... zdaje się, że powieści o wojnie secesyjnej”.

Gwoli informacji cudowna powieść Michaela Shaara The Killer Angels zdobyła Pulitzera w 1975 roku (w 1973 nagrodę otrzymała The Optimist's Daughter Eudory Welty, a nagrody za rok 1974 nie przyznano). A jeśli jest choć trochę prawdy w tym, co twierdzi Stephen − a wierzę, że jest − czy powinniśmy wysnuć wniosek, iż literatura głównego nurtu straciła okazję na połączenie się z s.f.? Czy po prostu powinniśmy uznać, że jesteśmy inni od naszego starszego brata i dalej robić swoje?

Nadal jestem zdania, że fantastyka to młodszy brat, który nigdy nie zaimponuje temu starszemu, ale którego ten starszy podziwia i hołubi za jego plecami. Więc czy warto zabiegać o jego względy? Kiedy zostałem redaktorem naczelnym „F&SF” − przede mną pismo prowadził przez dwadzieścia pięć lat jego ówczesny właściciel, Ed Ferman, a potem, przez kolejne sześć, Kristine Kathryn Rusch − już wówczas, tak jak obecnie, miało ono reputację najbardziej literackiego ze wszystkich czasopism gatunkowych. Oczywiście dobór tekstów zawsze podlegał niejakim fluktuacjom, ponieważ każde z nas wybierało je według własnego gustu. Ale, generalnie, pismo od lat pozostaje takie samo, czyli jest swego rodzaju okrętem flagowym w świecie literatury fantastycznej, odpowiedzialnym za solidne literackie fantasy i science fiction, choć muszę przyznać, że tej pierwszej ukazuje się nieco więcej.
Dwa podwójne numery jubileuszowe zredagowane przez Gordona Van Geldera: na pięćdziesięciolecie pisma (październik/listopad 1999) i na jego sześćdziesięciolecie -(październik/listopad 2009).

Dwa podwójne numery jubileuszowe zredagowane przez Gordona Van Geldera: na pięćdziesięciolecie pisma (październik/listopad 1999) i na jego sześćdziesięciolecie -(październik/listopad 2009).


Kiedy w roku 1997 Ed Ferman powierzył mi obowiązki redaktora naczelnego „F&SF”, dwa lata później poinformował mnie, że jego córka nie jest zainteresowana przejęciem jego firmy, więc wraz z żoną planują sprzedać tytuł i ciekawi są, czy przypadkiem nie jestem zainteresowany jego nabyciem. W tamtym okresie łączyłem obowiązki redaktora naczelnego z pracą etatową w St. Martin’s Press. W porównaniu z tym, jak wyglądała moja praca w wydawnictwie, to, co robiłem dla Eda, pociągało mnie znacznie bardziej, choćby dlatego, że ilekroć chciałem kupić opowiadanie dla „F&SF”, nie musiałem przechodzić przez trzy różne rozmowy, jak to miało miejsce w St. Martin’s Press. Po prostu pokazywałem je Edowi, rozmawialiśmy o nim i to wystarczyło, żeby podjąć decyzję. Nie musiałem starać się o zatwierdzenie u kogoś, kto i tak potem nie czytał tego tekstu. Praca w czasopiśmie − jako w mniejszej, ale silniej wyczulonej na wartość literacką firmie − odpowiadała mi zatem znacznie bardziej. A przy tym już wówczas było to sztandarowe pismo na rynku. Uznałem więc, że taka okazja trafia się tylko parę razy w życiu, niecodziennie ma się bowiem możliwość zostania właścicielem jednego z najsłynniejszych czasopism w historii gatunku. Musiałem poświęcić trochę czasu, żeby przygotować się do tego finansowo, a w tym okresie Ed otrzymał kilka innych propozycji kupna, w tym od dużych wydawnictw, ale ostatecznie zdecydował się sprzedać je mnie. I tak, mniej więcej rok od chwili złożenia propozycji, podpisaliśmy umowę.

Z początku byłem przerażony. Ale przełamałem ten stan, kiedy uświadomiłem sobie, że najgorsze, co może mnie spotkać, to sytuacja, w której unicestwię jedną z najsłynniejszych instytucji literackich na rynku amerykańskim, zrujnuję się finansowo na długie lata i skończę, pracując w fast foodzie. I to wszystko. Nikt nie umrze. Ziemi nie spotka żaden przerażający kataklizm. Po prostu doprowadzę do upadku czasopismo. A z chwilą, gdy wszystko ujrzałem z tej właśnie perspektywy, przełamałem w końcu ów paraliżujący strach i zabrałem się do nauki prowadzenia magazynu literackiego, a jest to coś, czego uczę się do dziś.

Obecnie, po dziesięciu latach, odkąd zostałem właścicielem „F&SF”, pismo jest jednym z najbardziej lubianych i cenionych tytułów na rynku amerykańskim, co od jakichś ośmiu lat pokazują ankiety w miesięczniku branżowym „Locus”; bez względu na to, jak przyjmowane jest pismo, przynajmniej „Locus” i jego czytelnicy są z nas zadowoleni. Lubię myśleć, że podobnie jak przed laty, wciąż jesteśmy w elicie pism literackich publikujących fantastykę. Pod względem finansowym mieścimy się w czołówce pism małoformatowych; pomiędzy nami a tak zwanymi pismami półprofesjonalnymi (czyli takimi, które nie płacą stawek autorskich i ukazują się nieregularnie) wciąż istnieje ogromna przepaść. Nie jest to wprawdzie przedsięwzięcie, na którym można się wzbogacić, ale funkcjonuje to mniej więcej tak samo na całym rynku czasopism fantastycznych. Liczyłem się jednak z tym od samego początku. Kiedyś spytałem Eda Fermana, ile czasu zajęło mu uczynienie z czasopisma przedsięwzięcia, które zapewnia mu komfort finansowy, a on po namyśle odparł, że około osiemnastu lat, czyli mniej więcej od końca lat sześćdziesiątych do połowy osiemdziesiątych. Uświadomiło mi to, że każda firma może popaść w ruinę, ale i może funkcjonować coraz lepiej.

W świecie coraz bardziej poddanym technologiom cyfrowym wiele papierowych czasopism przestało już istnieć. Nie do końca uważam to za stratę. Na przykład periodyki akademickie nie ucierpiały na tym, że zmuszone były zrezygnować z wydań papierowych i przejść całkowicie na wydania elektroniczne. Wszystko tak naprawdę polega na tym, żeby dostarczyć czytelnikowi tekst w jak najwygodniejszym dla niego formacie. Wiele publikacji, których czytelnicy nie są nastawieni na przeżycia literackie, lecz wyłącznie na otrzymywanie potrzebnych im informacji, świetnie poradziło sobie w środowisku cyfrowym, bo na przykład przeszły na dystrybucję przez pocztę elektroniczną. Jeśli chodzi o czasopisma oferujące prozę i publicystykę, wydaje mi się, że jest to nieco inny rodzaj doświadczenia czytelniczego i nie sądzę, by cokolwiek z tego, co mają do zaproponowania formaty elektroniczne, mogło równać się z tym, co daje czytelnikowi obcowanie z tradycyjnym drukiem. Rzecz jasna, może się to zmienić za tydzień, za dziesięć lat, a może nigdy. Nikt nie potrafi tego przewidzieć. Uważam jednak, że jeszcze długo będzie istniała nisza dla literackich czasopism drukowanych. Skurczy się ona zapewne, ponieważ nic nie wskazuje na to, żeby się poszerzała, ale raczej nie zniknie całkowicie. A co do rynku elektronicznego, powszechnie uważa się, że się rozrasta, w co i ja wierzę, lecz w tej chwili nikt nie wie, jak szybko będzie to postępowało i jakie osiągnie rozmiary. Jak każdy, korzystam z licznych dobrodziejstw mediów elektronicznych i uważam je za coś wspaniałego, z pewnością będę korzystał z nich w jeszcze większym stopniu w przyszłości, ale jeśli chodzi o czasopismo, nie są one moim priorytetem.
Dwie jubileuszowe antologie The Very Best of Fantasy & Science Fiction pod redakcją Gordona Van Geldera zawierają najwybitniejsze opowiadania, jakie ukazały się na łamach pisma między rokiem 1949 a 2014.

Dwie jubileuszowe antologie The Very Best of Fantasy & Science Fiction pod redakcją Gordona Van Geldera zawierają najwybitniejsze opowiadania, jakie ukazały się na łamach pisma między rokiem 1949 a 2014.

Ale któż to wie, co niesie ze sobą przyszłość? Jedyna rzecz, której jestem pewien, to że za dziesięć, piętnaście, pięćdziesiąt i pięćset lat ludzie będą opowiadać sobie fantastyczne historie i snuć zdumiewające spekulacje. Moim najgłębszym pragnieniem jest, by „F&SF” wciąż publikowało opowiadania, które zdołają konkurować z najlepszymi tekstami, jakie pojawiły się na naszych łamach w owych pierwszych sześćdziesięciu latach naszego istnienia. Niemniej jednak, zebrawszy w antologii niektóre z naszych najwybitniejszych utworów, wiem, jakie to trudne zadanie.


Tekst pierwotnie ukazał w numerze LATO 2010.

CZYTAJ TAKŻE

KOMENTARZE