Paul Kincaid, podobnie jak John Clute i Farah Mendlesohn, należy do nestorów brytyjskiej krytyki literatury fantastycznej. Choć z wykształcenia jest filozofem, wywarł ogromny wpływ na kształt współczesnej s.f. z Wielkiej Brytanii jako jej badacz, teoretyk i krytyk, a także współtwórca i wieloletni dyrektor najbardziej prestiżowego brytyjskiego wyróżnienia dla utworu fantastycznonaukowego: The Arthur C. Clarke Award.   

Bóg a literatura fantastycznonaukowa


Paul Kincaid
Swego czasu napisałem, że science fiction została „wykuta przez rewolucję racjonalistyczną renesansu i zahartowana w laickiej rewolucji oświeceniowej” (Proza od roku 1992 w The Routlege Companion to Sicence Fiction). Miałem na myśli to, że literatura fantastycznonaukowa wyłoniła się z bardzo konkretnego światopoglądu − zgodnie z którym wszechświat da się wyjaśnić racjonalnie i który jest sceptyczny wobec wszystkiego, co opiera się na wierze i zaufaniu, a nie na wiedzy i doświadczeniu. Innymi słowy wyobrażam sobie, że science fiction jest jeśli nie ateistyczna, to co najmniej agnostycka, bowiem to literatura, w której na elementy nadprzyrodzone po prostu nie ma miejsca.

Mając na uwadze to spostrzeżenie, od pewnego czasu mam kłopot z s.f., która czyni z Boga aktywnego uczestnika wydarzeń. Ma to miejsce w książkach tak różnych, jak Wieczna wolność Joego Haldemana czy Mainspring Jaya Lake’a. W powyższym stwierdzeniu nie kryje się pretensja o to, że w powieściach science fiction pojawia się religia − jest ona przecież częścią ludzkiego doświadczenia. Nadto s.f. zawsze zajmowała się problemami związanymi z religią, choć opowieści takie jak Gwiazda Arthura C. Clarke’a czy Kwestia sumienia Jamesa Blisha rzucają wyzwanie roli wiary we wszechświecie naukowym, a powieści typu Obcy w obcym kraju Roberta A. Heinleina czy I ujrzeli człowieka Michaela Moorcocka kwestionują rolę figury mesjasza. Jednak pomysł, że jakiś Bóg, istota nadprzyrodzona, może reżyserować ludzkie losy i na nie wpływać, wydaje mi się sprzeczny z czymś nierozerwalnie związanym z s.f.

To samo niepokojące uczucie nawiedza mnie, ilekroć natrafiam na fabuły, które przedstawiają odwieczną wojnę pomiędzy siłami dobra i zła. Sądzę, że w tekście określanym jako science fiction jest to nie na miejscu.

Mimo to nigdy nie potrafiłem dokładnie wskazać, co takiego w podobnej postawie napawa mnie niepokojem.

Jakiś czas temu zetknąłem się z The Swerve: How the Renaissance Began Stephena Greenblatta. Jest to historia o tym, jak w roku 1417 były sekretarz papieża, Poggio Braccolini, odkrył łaciński poemat Lukrecjusza De rerum natura (O naturze wszechrzeczy). Jest to także książka o wpływie, jaki wspomniane dzieło wywarło na kształtowanie się renesansu i na jego kierunek. Poemat Lukrecjusza był wyrazem stanowiska filozoficznego przedstawionego po raz pierwszy przez Epikura. W I wieku przed naszą erą Lukrecjusz opisywał świat jako zbiór atomów. Wiązała się z tym filozofia moralna, wedle której najdonioślejszym obowiązkiem ludzkości jest pogoń za przyjemnością.

W świecie rzymskim koncepcje te wydawały się raczej marginalne, jednak wraz z rozwojem chrześcijaństwa zaczęły być uznawane za rzecz wyklętą, wskutek czego z rozmysłem i systematycznie je zwalczano. Odkrycie O naturze wszechrzeczy w XV wieku dokonało się w chwili, kiedy władza papieska została zakwestionowana − politycznie, filozoficznie i naukowo. Idee Lukrecjusza podsyciły zatem rozwijające się wówczas myślenie naukowe. Spośród tych, którzy znaleźli się pod wpływem rzymskiego poety i filozofa, Greenblatt wymienia Machiavellego, Bruna i Galileusza. Jasne jest więc, że za myśleniem, które ostatecznie rozwinęło teorię atomową, krył się epikurejski atomizm. O naturze wszechrzeczy może być zatem postrzegane jako jeden z przodków współczesnego światopoglądu naukowego.

W pierwszym rozdziale książki Greenblatt wymienia niektóre idee Lukrecjusza, stanowiące bezpośrednie wyzwanie dla Kościoła katolickiego czasów Poggia. (Podejrzewam zresztą, że również dzisiaj wiele z nich mogłoby stanowić wyzwanie dla jego nauk). Oto lista:

  • Wszystko jest stworzone z niewidzialnych cząsteczek (atomów − P.K.).
  • Elementarne cząstki materii − „nasiona rzeczy” − są wieczne.
  • Cząstki elementarne są nieskończone pod względem liczby, ale ograniczone pod względem kształtu i rozmiaru.
  • Wszystkie cząstki znajdują się w stanie ruchu w nieskończonej próżni.
  • Wszechświat nie ma żadnego stwórcy ani projektanta.
  • Wszystko powstaje wskutek jakiegoś gwałtownego skrętu (co możemy rozumieć jako pewną siłę, taką jak magnetyzm albo grawitacja − P.K.).
  • Skręt jest źródłem wolnej woli.
  • Natura nieustannie eksperymentuje.
  • Wszechświat nie został stworzony dla człowieka ani po to, żeby człowiek mógł istnieć.
  • Człowiek nie jest wyjątkowy.
  • Ludzkie społeczeństwo nie rozpoczęło się od jakiegoś złotego wieku niezmąconego spokoju i obfitości, ale od prymitywnej walki o przetrwanie.
  • Dusza umiera.
  • Nie ma życia pozagrobowego.
  • Śmierć jest dla nas niczym.
  • Wszystkie zorganizowane religie to zabobonne iluzje.
  • Religie są niezmiennie okrutne.
  • Nie ma aniołów, demonów ani duchów.
  • Najwyższy cel ludzkiego życia to zwiększenie przyjemności i redukcja bólu.
  • Największą przeszkodą dla przyjemności nie jest ból; jest nią iluzja.
  • Rozumienie natury rzeczy przynosi głębokie zdumienie.

Czy tylko mnie się tak wydaje, czy też ta lista aż bije po oczach tym, co charakterystyczne dla science fiction? Bez wątpienia znajdują się tu idee, które leżą u podstaw myślenia naukowego od Bacona do Darwina i myśli filozoficznej od Kartezjusza do Wittgensteina. (Greenblatt musiał mieć w pamięci stwierdzenie Wittgensteina „Śmierć nie jest wydarzeniem z życia”, kiedy charakteryzował jeden z aspektów myśli Lukrecjusza jako „Śmierć jest dla nas niczym”). Ale czy ten światopogląd nie jest również światopoglądem fantastyki naukowej?

Na razie nie jestem pewien, w jaki sposób rozwinąć to niejasne spostrzeżenie.

Przychodzi mi do głowy taka oto myśl: światopogląd lukrecjańki sugeruje, iż moralność to ludzki wynalazek. Tymczasem w utworach, które prezentują odwieczną, pozaludzką wojnę dobra ze złem, wskazuje się na to, że istnieje moralność absolutna − rozumienie tego, co wyznacza dobro i zło, stanowiące nieodłączną cechę struktury wszechświata, leżące poza tym, jak moralność postrzegają ludzie. A zatem moralny wszechświat nie jest wynalazkiem człowieka − tym samym nie należy do świata Lukrecjusza.

Jeżeli światopogląd fantastycznonaukowy jest zgodny ze światopoglądem lukrecjańskim, to być może zaczynamy odnajdywać sposób na odróżnianie s.f. od fantasy… Nie jestem tego jednak pewien. Nie jestem też pewien, czy chcę rozwijać niniejsze myśli w tym właśnie kierunku, choć stanowi to pewną pokusę.

Odłóżmy jednak to, co intrygujące.

Epikurejski atomizm rychło stał się częścią europejskiego życia intelektualnego. I choć większość humanistów była dobrymi, praktykującymi katolikami, idee zawarte w De rerum natura nieuchronnie zaczęły przenikać do ich myślenia. Ich ślady można dostrzec szczególnie w naukowych koncepcjach, które miały zostać rozwinięte w ciągu kolejnych kilku wieków przez Mikołaja Kopernika, Thomasa Harriotta, Giordana Bruna, Francisa Bacona oraz Galileusza; przedostały się również do filozofii politycznej Niccola Machiavellego, esejów Michela de Monataigne, sztuk Williama Shakespeare’a (zwróćcie uwagę zwłaszcza na scenę z grabarzem w Hamlecie), rozważań Kartezjusza − innymi słowy do tekstów, które możemy uznać za fundamentalne dla współczesnego świata.

Wydaje się, że brytyjscy myśliciele i pisarze − pomijając Harriota, Bacona i Shakespeare’a − po raz pierwszy w pełni zetknęli się z myśleniem atomistycznym, kiedy rojaliści przebywali na wygnaniu podczas interregnum w latach 1649−60. Owo koło brytyjskich amatorów nauki składało się z Thomasa Hobbesa, Johna Evelyna i Margaret Cavendish. Jest wielce prawdopodobne, że to Margaret Cavendish była pierwszą pisarką, która wprowadziła epikurejskie koncepcje atomistyczne do Anglii. Jej Poems and Fancies (1653) ukazały się rok przed pionierskim dziełem Williama Charletona.

Atomizm, rzecz jasna, stanowił jądro dość ekscentrycznego naukowego myślenia Margaret Cavendish i wyraźnie tworzy część jej fantastyki naukowej − The Blazing World z 1666 roku. Oto jeszcze jeden sposób, w jaki myśl Lukrecjusza kształtuje rozwój science fiction.

We wszechświecie atomistycznym rządzi przypadek. Wszystko podlega destrukcji, rozpada się na atomy, z których się składa. Atomy łączą się później ponownie, a skutkiem tego jest przybierany przez nie nowy kształt. Ponieważ ludzkie ciała także zbudowane są z atomów, które dokładnie w ten sam sposób rozszczepiają się i spajają, wyklucza to możliwość istnienia duszy, życia pozagrobowego, nieba i piekła. Porządkiem, w jakim atomy się ze sobą łączą, rządzi przypadek − a to stoi w sprzeczności z istnieniem zewnętrznej, nadprzyrodzonej woli, która je kształtuje, z istnieniem jakiegokolwiek inteligentnego projektu,  jakiegokolwiek Boga.
    
A zatem pisarz s.f., w którego powieści wydarzeniami rządzi Bóg, jawnie odcina swą fabułę od wszechświata lukrecjańskiego, a tym samym od wszechświata ukształtowanego przez współczesny światopogląd naukowy. W związku z tym trudno uznać taką powieść za fantastykę naukową.  

 

Tekst pierwotnie ukazał się w pierwszym numerze elektronicznym F&SF.