KRYTYKA

Catherynne M. Valente to urodzona bajarka, a do tego pisarka płodna i pomysłowa, która z charakterystycznym wdziękiem i wirtuozerią przetwarza znane fabuły, motywy i postacie literackie, dając tym samym dowód swej postmodernistycznej tożsamości. 



Catherynne M. Valente Opowieści sieroty, tom 1
tłum. Maria Gębicka-Frąc
Wydawnictwo MAG, Warszawa 2009
cena: 39 zł



Catherynne M. Valente Opowieści sieroty, tom 2
tłum. Maria Gębicka-Frąc
Wydawnictwo MAG, Warszawa 2009
cena: 39 zł

Biegnąca z potworami


Agnieszka Haska
Po czym poznać dobrą opowieść? Po tym, że chce się ją opowiadać; że porusza i oczarowuje; że trwa i pozwala się w sobie zanurzyć. Nie ma jednak dobrej opowieści bez dobrego słuchacza, który daje się zaprosić do jej świata.

Ta opowieść zaczyna się tak: w ogrodzie sułtana mieszka tajemnicza dziewczynka, która na powiekach i wokół oczu ma dziwne znamię przypominające rozlany tusz. Nikt nie zna jej imienia ani pochodzenia, ale wszyscy uważają ją za potwora. Potwory, jak wiadomo, nie są miłe i powinno się je zabijać. Sułtan uznał jednak, że zabójstwo sierotki zapewne rozsierdziłoby jej domniemanych demonicznych i zapewne mściwych krewnych; ograniczył się tylko do tego, że zabronił jej wchodzić do pałacu. Resztę załatwił klasyczny mechanizm ostracyzmu i lęku wobec inności – dziewczynka samotnie spędzała kolejne lata swojego życia, aż pewnego wiosennego dnia w ogrodzie odnalazł ją chłopiec, który chciał sobie udowodnić, że jest odważny i bez lęku może rozmawiać z demonem. Sierota wyjawiła mu sekret; znamię na jej powiekach to opowieści. Chłopiec prosi, aby opowiedziała mu jedną z nich – i tak zaczyna się druga historia, a po niej kolejne i kolejne.

Oba tomy Opowieści sieroty Catherynne M. Valente – W ogrodzie nocy oraz W miastach monet i korzeni – to zdumiewająca podróż przez opowieści. Pełno tu władców i ich nieszczęśliwych małżonek, zwykłych ludzi, którzy okazują się niezbyt zwyczajni, różnej maści potworów, pięknych miast, tajemniczych miejsc, mrocznych podziemi i rozgwieżdżonego nieba. Przede wszystkim jest to jednak majstersztyk kompozycji. Trudna w wykonaniu konstrukcja szkatułkowa, która gromadzi w sobie ponad setkę opowieści, została tu zrealizowana z rozmachem, ale i z rozmysłem. Wszystko razem przypomina ostrożnie tkany gobelin, przy czym osnowa nigdy się nie zrywa, nitki plączą się w sposób kontrolowany, a historie śmigają jak czółenko. Całość jest bowiem podzielona na cztery księgi – Stepu, Morza, Burzy i Popiołu, podporządkowane czterem porom roku, od wiosny do zimy. Każda z ksiąg ma swoją główną opowieść, splatającą inne historie. Dzięki temu Valente umiejętnie czaruje swojego słuchacza; duża w tym zasługa obrazowego języka i pozornie prostych opowieści. Mimo że przyjęte forma i styl wydają się z początku jednorodne i z pewnością ucieszyłyby wyznawców Władimira Proppa, autorka nie zamyka się w przyjętej konwencji i pozwala sobie na różne eksperymenty językowe i formalne, zaskakując przy tym czytelnika – jak w przypadku najkrótszej w całym zbiorze, zaledwie trzyzdaniowej Opowieści o innym księciu czy rozważań logicznych o wartości zabijania potworów i zachowania stałego zapasu dziewic. Nie są to też poważne historie pozbawione humoru – choć im dalej w opowieść, tym robi się mroczniej.

Jeśli już o Proppie mowa, to Valente nie ogranicza się do wplatania w swoją opowieść różnych wątków kulturowych, znanych skądinąd – nie jest to bynajmniej konkurs „Jaka to bajka/mit/legenda – niepotrzebne skreślić”, choć elementy bliskowschodnie, greckie, nordyckie czy ruskie (w sensie bylin, tradycyjnych historii o bohaterskich czynach) są dość łatwe do rozszyfrowania. Mało tego, schematy są tu często odwracane, co najlepiej widać w pierwszej księdze, gdzie wyprawa księcia nie kończy się sukcesem na miarę królestwa, księżniczki oraz puenty z gatunku „żyli długo i szczęśliwie”, ale de facto lawiną śmierci, z ojcobójstwem włącznie. Ponadto Bestia, którą trzeba pokonać, okazuje się typem uległym i sama oddaje trofeum, po które się przybyło, a inna opowieść – o kołataniu do drzwi w poszukiwaniu schronienia i życzliwych ludzi – pozornie kończy się dobrze, aby zaraz zaskoczyć czytelnika okrutnym mordem. Samo porównanie sieroty do Szeherezady, które natrętnie się tutaj narzuca, także zostało odwrócone. Sierota nie opowiada swoich historii, aby ocalić życie, a obraz na gobelinie jest czymś więcej niż splotem opowieści – snując je, dziewczyna oddaje swój dar, dopóki wszystkie nie zostaną wysłuchane. I jeszcze jedno: czwarta księga zmienia narratora – to chłopiec czyta z powiek sieroty…

Opowieści sieroty można odczytywać na kilku poziomach. Po pierwsze, jest to historia o wspomnianym wyżej darze opowieści, które zmieniają słuchacza. Chłopiec wiele ryzykuje, spotykając się z dziewczynką, a jego siostra, Dinarzad, ma mu to zdecydowanie za złe – jednak później również Dinarzad zostaje porwana przez magię opowieści i domaga się dalszego ciągu. Po drugie, jednym z głównych wątków są tutaj postaci przemienionych, odrzuconych, wykluczonych, a nawet torturowanych i zabijanych na różne sposoby potworów, nieludzi i odmieńców – od dziewczyny-gęsi i wiedźmy, poprzez satyrów, jednonogów, gryfów, drzew (które chciały być tratwą), aż do herbacianej córki, dżinnicy i trędowatej. Potwory, rzecz jasna, okazują się nie takie straszne i zwykle próbują po prostu znaleźć sobie miejsce na ziemi, choć czasami przepełnia je pragnienie zemsty. Po trzecie, jest to opowieść o władzy – zwykle okrutnej, podstępnej, złej. Przede wszystkim jednak rządzi w nich chciwość, która doprowadza do upadku – jak w głównej opowieści trzeciej księgi, gdzie miasto Assad zostało połknięte i przemienione, a w Mennicy dzieci biją monety z kości. Opowieść o władzy ma swój rewers w postaci historii o desperacji i poświęceniu, nawet za cenę życia, co wiąże się z kolejnym wątkiem – śmiercią. Opowieści sieroty są jej pełne – śmierci pozornej, prawdziwej, a także ucieczki przed nią, jak w czwartej księdze, gdzie w dogorywającym mieście Adżanabh zostali artyści, by uwiecznić jego umieranie. Wreszcie, jest to opowieść o smutku i samotności; mało historii służy pocieszeniu i kończy się dobrze, a jeśli nawet zakończenie jest szczęśliwe, towarzyszy mu żal. Z drugiej jednak strony, opowieść się nie kończy – być może kryje się w niej następna, w której żalu i smutku już nie będzie.

Przede wszystkim jednak są to bardzo kobiece opowieści; wydaje się, że Valente uważnie przestudiowała nie tylko klasycznych teoretyków bajki i mitu, ale jej podstawową lekturą była Biegnąca z wilkami Clarissy Pinkoli Estés, która analizowała opowieści kulturowe z perspektywy genderowej. Kobiety Valente to z reguły właśnie Dzikie Kobiety, które nie dają się ujarzmić i zamknąć, nie chcą się poddać, nieustająco poszukują – nawet jeżeli cel wyprawy jest złudą, jak w przypadku jednej z sigrid, która szuka na morzach świętej Sigridy, połkniętej przez wieloryba-żółwia i nie wie, że bogowie zawsze sprawiają zawód. Jest to także opowieść o matkach i córkach, o przekazywanej wiedzy lub jej braku, gdy doświadczenie należy zdobyć na własną rękę. Nie oznacza to jednak, że Valente skupia się wyłącznie na kobietach; ten element zostaje również odwrócony, kiedy w księdze trzeciej i czwartej oddaje głos mężczyznom. Niemniej, ta kobieca perspektywa opowieści jest dość rzadka w literaturze fantastycznej. Nawiasem mówiąc, szkoda, że w Polsce Valente trafiła właśnie na tę półkę z książkami i nie zdobyła szerszego zainteresowania krytyków; Opowieści sieroty, które mogą podobać się zarówno dorosłym, jak i dzieciom, zdecydowanie zasługują na coś więcej. Choćby na towarzyszenie w dalekiej podróży; mnie słuchanie (bo słowo „czytanie” tutaj nie pasuje) Opowieści sieroty przypominało siedzenie w kawiarni w jednym z najstarszych nieprzerwanie zamieszkanych miast Bliskiego Wschodu – Aleppo w Syrii – i wsłuchiwanie się w gwar miasta, różne mniej lub bardziej egzotyczne historie, opowiadane przez ludzi i budynki.

Właściwie w książce brakuje tylko jednej rzeczy – ilustracji. Sprawa jest o tyle dziwna, że w informacji na okładce polskiego wydania drugiego tomu znalazła się wzmianka o magicznych grafikach Michaela Kaluty, które ozdabiają powieść. Niestety, w środku ich zabrakło. Ale może to dobrze – dzięki temu czytelnik jest zdany tylko na własną wyobraźnię.


Tekst pierwotnie ukazał się w numerze ZIMA 2010.


CZYTAJ TAKŻE

KOMENTARZE