KRYTYKA

Wieczny Grunwald - powieść zza końca czasów Szczepana Twardocha oraz Chochoły Wita Szostaka to dwie arcyważne powieści zarówno dla Polskiej fantastyki, jak i dla całej literatury współczesnej. Obie w sposób błyskotliwy i oryginalny przełamują ograniczenia formalne, jakie narzucają fantastyka naukowa i fantasy;  obie stanowią penetrację zupełnie nowych obszarów literackich dla swoich twórców. Cóż z tego, skoro kyrtyka prasy wielkonakładowej zupełnie sobie z nimi nie poradziła, choć rzetelne omawianie ważnych wydarzeń w rodzimej prozie współczesnej jest jej psim obowiązkiem.




Szczepan Twardoch Wieczny Grunwald −
powieść zza końca czasów

Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2010
cena: 23 zł





Wit Szostak Chochoły
Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010
cena: 39,90 zł

Wieczne powroty


Michał Cetnarowski
Wchodząc w fantastykę w latach 80. i 90. zeszłego wieku, miało się wrażenie obcowania z awangardą literatury, prozą, która chce i potrafi mówić o rzeczach ważnych – w makroskali świata i w mikrowymiarze prawd duszy – z poligonem myśli niepokornych i niszą dla autorów nieokiełznanych, dla których realistycznie odwzorowywany świat to za mało. Dzika metafizyka spod znaku herezjarchy Dicka, socjologia Orwella i Zajdla, symbolika i rozmach Tolkiena, wykręcające umysł jak wstęga Möbiusa sofizmaty Borgesa, dosadność i literackie okrucieństwo w służbie większej sprawy Huberatha – miało się wrażenie, jakby fantastyka naprawdę mogła ruszyć z posad bryłę świata, przemienić rzeczywistość i literaturę. Zimny prysznic dla wielu nastąpił w nowej rzeczywistości XXI wieku – w czasach gospodarki rynkowej fantastyka szybko stała się kolejną z konwencji, nośnikiem do „opowiadania ciekawych historii”, dzieckiem z prowincji przy literackim stole dorosłych, „prozą gatunkową” podrzędną wobec mainstreamu, niezdolną i niechętną do udźwignięcia problemów, które napędzały ją przez ostatnie lata. Tyle teoria. Jeśli teza ta jest prawdziwa, właśnie do literackiej dojrzałości dochodziłoby pokolenie autorów, którzy fantastyką żywili się być może jeszcze jako wysokoenergetyczną pożywką intelektualną i emocjonalną, a pierwiastki science fiction czy fantasy obecne dziś – czasem wcale licznie – w ich tekstach są tylko odskocznią do mówienia o rzeczach, o których być może trudniej mówiłoby się w prozie czysto realistycznej. Myślę tu zwłaszcza o Szczepanie Twardochu i Wicie Szostaku, którzy ostatnio, w niewielkim odstępie czasu, wydali swoje najnowsze książki. Które dużo dzieli – ale to, co je łączy, wydaje się ważniejsze i znamienne.

Twardocha i Szostaka można nazywać fantastami z jednego przynajmniej klucza: na dobre i złe debiutowali pod skrzydłami fandomu. Autorów Wiecznego Grunwaldu i Chochołów łączy także oryginalność, poszukiwanie własnej literackiej drogi; z kolei ich najnowsze książki to w pewien sposób teksty dla obu pisarzy graniczne, o czym nieco więcej za chwilę. Wykraczając poza konwencjonalne ramy, powieści te z pewnością zasługują na recenzję z punktu widzenia całości polskiej literatury współczesnej, nie tylko w kontekście nowatorstwa w fantastycznej enklawie; to jednak zrobili już inni „ludzie mainstreamu” (nie zawsze roztropnie – patrz choćby recenzja Chochołów w „Rzeczpospolitej” czy „Gazecie Wyborczej”). Tu na Chochoły i Wieczny Grunwald spójrzmy raczej tak, jak na ortodoksów przystało: traktując je, niechby i nie do końca słusznie, jako fantastykę.

O podobne odczytanie nietrudno zwłaszcza w przypadku Wiecznego Grunwaldu – osią fabuły są dzieje bohatera opowiadającego swoje multiplikowane w nieskończoność historie z perspektywy tiplerowskiego Punktu Omega. Dla fantastyki to motyw nienowy – podobne idee pojawiają się w twórczości D. Simmonsa czy w Darwinii R.C. Wilsona, a w Polsce publicystycznie i beletrystycznie prekursorski na tym polu był bodaj Janusz Cyran (m.in. Szybciej, „NF” 9/08). Jednak to, co z takim „gadżetem” Twardoch robi, to jest już jakość nowa – i jednocześnie „stara”, bo kiedyś dobra fantastyka stała właśnie takim alegoryzowaniem rzeczywistości, intelektualnym eksploatowaniem nauki i filozofii, zdolnością do ożywiania symboli i nadawania im nowych znaczeń. Bohaterami Wiecznego Grunwaldu są oto przezwiecznie wskrzeszany Paszko, przeżywający swoje alternatywne śmierci w alternatywnych Polskach, a jednocześnie – ożywione mocą Punktu Omega – Matka Polska i Święta Krew Narodu Niemieckiego, esencje stereotypowej polskości i niemieckości zrealizowane we wszechorganizmach, ścierających się ze sobą w jűngerowskiej „walce bez końca” u kresu czasów.

Chochoły pod tym względem są mniej oczywiste; ale też trudno, żeby było inaczej, kiedy cały tekst stara się mówić o nieoznaczoności rzeczywistości, iluzoryczności światów, które sami sobie opowiadamy, które kreujemy na nasz obraz i podobieństwo. Oś tekstu stanowi opis kilku miesięcy z życia bezimiennego bohatera, klasycznego everymana, i jego relacji z Rodziną i Domem: symbolicznym centrum wszechświata i wszechświatem pars pro toto, metaforycznym obrazem przestrzeni wewnętrznej bohatera, a może quasi-neverlandem fantasy funkcjonującym według niby nam znanych, ale nieco różniących się od doświadczenia reguł. Czy to jeszcze fantastyka? Nie; ale też w najgłębszą strukturę tekstu wbudowane są tu irracjonalizm, misterium codzienności, ułuda postrzegania, hardkorowa nieoznaczoność rzeczywistości (świata nie można opisać nie dlatego, że my tego nie potrafimy – tylko ponieważ takie miałyby być rządzące nim prawa).

Co obie powieści łączy, to także ich wielopiętrowość (pod jedną poznaną warstwą otwierają się dwie kolejne): pomiędzy okładkami Wiecznego Grunwaldu i Chochołów skrywa się więcej niż jedna książka. Żeby nie zakopać się w poszczególnych interpretacjach i – zwłaszcza – nie zamarznąć w sztywnej jedynoprawdzie na ich temat, spróbujmy odnaleźć przynajmniej kilka z ukrywających się tu tekstów. Wieczny Grunwald zatem może być czytany (a każde odczytanie nieco zmienia jego wydźwięk) jako:

– klasyczna s.f. posthumanistyczna,
– powieść rozliczeniowa o stosunkach polsko-niemieckich,
– powieść o wykluczeniu,
– alegoria historyczna,
– historia alternatywna,
– powieść psychologiczna,
– traktat militarystyczny z elementami powieści awanturniczej,
– powieść o odchodzeniu przemijających światów w duchu Máraia czy Lampedusy,
– a Paweł Dunin-Wąsowicz dostrzegł w niej jeszcze – uwaga – powieść feministyczną…

Chochoły pod tym względem są jeszcze pojemniejsze (choć i tutaj te podpoziomy dużo trudniej czytać, wyekstrahować z ażurowej tkanki tekstu), to:

– saga rodzinna,
– łże-pamiętnik kłamcy-narratora,
– klasyczny bildungsroman, powieść o dojrzewaniu,
– powieść o mieście,
– tekst o złudzeniach i iluzoryczności rzeczywistości,
– książka o kryzysie: świata, osobowości, światopoglądu, relacji międzyludzkich,
– tekst o braku porozumienia,
– alegoria historyczna,
– metafizyczna powieść symboliczna w duchu Brunona Schulza i Franza Kafki (obok Nabokova i jego Ady chyba najbliższych literackich patronów Chochołów – jeśli w ogóle o jakimś powinowactwie mówić można; na drugim biegunie byliby E. Safak czy G. Perec, też zagnieżdżający swoje światy w figurze Domu/Kamienicy),
– powieść obyczajowa,
– powieść oniryczna,
– twarda urban fantasy o przenikających się światach.

Cechą, która dodatkowo wyróżnia obie książki, jest język, jakim zostały napisane. Tworząc swoje literackie uniwersum – hardesefową metodą doprowadzoną do perfekcji przez Jacka Dukaja – Twardoch duże partie tekstu zapisuje „językiem epoki”, rekonstruowanym na podstawie zapisków z późniejszych źródeł; metoda ta musi budzić podziw, może się podobać, a na pewno jest spektakularna, wyróżnia tekst od pierwszego akapitu. Chochoły i tu są subtelniejsze, mniej oczywiste (po kilku zdaniach wciąż mogą wydawać się tekstem pisanym językiem sprawozdawczym, którego głównym zadaniem jest „opisanie przygód bohaterów”) – i dopiero przy bliższym zaznajomieniu okazują się książką, której światem jest język, żonglującą dyskursami, w której ścierają się rzeczywistości „inaczej mówione”, „inaczej myślane” (najlepiej to widać w scenie żałoby, kiedy przenikanie się światów uwidocznia się literalnie na przestrzeni jednego zdania). Nie chodzi tu o kreowanie „nowych języków” (jak we Władcy Pierścieni, Mechanicznej pomarańczy czy Lodzie jako sztandarowych przykładach) – ale o wejście na ten poziom narracji, gdy w momencie, kiedy bohater przestaje snuć swoją historię („opowiadać siebie”), świat wokół rozmywa się w elektronową chmurę potencjalności, nie istnieje w jednym, zewnętrznie zdefiniowanym kształcie.

Chochoły zresztą wydają się pojemniejsze także dlatego, że Twardoch w swojej książce stawia tezy sztywne, wypływające z jasno określonego obrazu świata. (Z drugiej strony żeby tak pisać – mocno, jak kopytem w czoło – trzeba mieć o czym pisać i nie bać się szukać prawd o świecie; choć, dla porządku, wiele myśli autor zapożycza u swoich literackich patronów: właśnie Máraia, Lampedusy, ale i Jüngera). Szostak z kolei świadomie zdaje się ustawiać na zupełnie innym biegunie percepcji, Chochoły są z premedytacją rozmyte w formie i programowo tajemnicze w treści, a zamiast jedynej i niepodważalnej prawdy, jako fundament tekstu kładą wpisaną w materię przechodniość, nietrwałość świata w nas – i nas w świecie.

Niezależnie od różnic, niewątpliwie obie powieści wnoszą do rodzimej fantastyki świeży powiew. Rewolucji masowej zapewne nie spowodują, ale pokazują, jak też można pisać fantastykę – bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej, bez żadnych „ukłonów w stronę konwencji”. Są one także – chyba bardziej niż każda „najnowsza książka” – ważne w sposób szczególny dla obu autorów: Wiecznym Grunwaldem Twardoch zamyka pewien etap swojej twórczości (w książce jak mantra powtarzają się wszystkie najważniejsze motywy, o których pisał wcześniej: odchodzenie świata dawnych wartości, walka jako esencja świata i męskości, fascynacja tradycją indoeuropejską, tęsknota za czarno-białym obrazem lepszego świata, który odszedł wraz z końcem feudalizmu, zainteresowania militarno-historyczne). Szostak z kolei nie tyle kończy jakiś etap, ile Chochołami już rozpoczyna nowy, wypływa na inne wody. To jest rzecz odmienna od wszystkiego, co napisał do tej pory, nowa jakość, która oczywiście wynika z Oberków do końca świata, ale także w sposób wyraźny je przekracza. Żeby napisać taki tekst (ba, oba teksty), trzeba mieć nie tylko masę talentu – ale też potężne pokłady zwyczajnej autorskiej odwagi: po książkach takich jak Chochoły i Wieczny Grunwald nie sposób wrócić już do prostych „układanek” (określenie samego Szostaka), tekstów przygodowych konstruujących uproszczony obraz świata, idących śladem poprzedników. Oto w jednej ze scen Berdowie – nazwisko/imię występujące w smoczogórskich tekstach Szostaka, a tu: krewni Chochołów – żegnają się na stypie z resztą rodziny, by wrócić z Krakowa w góry ze świadomością ostatecznego rozstania: od tej pory ich ścieżki, obie gałęzie rodziny mają tego fatalistyczną świadomość, będą biegły wyłącznie rozdzielnie, mogą się już tylko coraz bardziej oddalać. Chochoły to, wydaje się, taka właśnie książka: którą Szostak nowy ostatecznie żegna Szostaka smoczogórskiego grajka.

Oczywiście w przedsięwzięciach na taką skalę nie obyło się bez jakichś niedociągnięć. Razi zwłaszcza pospieszna końcówka Wiecznego Grunwaldu, wyglądająca tak, jakby autor nagle zląkł się porażająco nihilistycznego wydźwięku całości (z najmocniejszą, wspaniale literacką sceną: kiedy Paszko wkracza na pole bitwy grunwaldzkiej, tej pierwszej, przepełniony nienawiścią do świata, opętany przez Czarnych Bogów – by zabijać po równo, Polaków i Niemców, Czechów i Ślązaków, wszystkich, zwierzęta i ludzi, i wreszcie zginąć samemu, wymazać ze świata także siebie) – i na ostatnich dwóch stronach zawrócił w znaną (z jego innych tekstów) stronę ortodoksji, przeląkł się własnej kreacji (zapewne – całkiem słusznie). Podobnie można by pewnie uniknąć bezpośrednich zwrotów Paszka do czytelnika i solidniej zamocować formę narracji – „spowiedź” bohatera – w tekście.

Chochoły natomiast zostały oparte na „bohaterze bez właściwości”, charakterologicznej amebie, zmieniającej kształty zależnie do tego, jaki nastrój zawieje; mówiąc precyzyjniej: w żadnym wypadku niedającym się lubić, a więc średnio nadającym się do prowadzenia przez tekst. Innego bohatera ta książka mieć nie mogła – ale też żadna to pociecha dla kogoś, kto się z nim musi męczyć przez kilkaset stron… (Zamiast czytać, chciałoby się nim potrząsnąć i krzyknąć, żeby wreszcie wziął się w garść). Programowe stronienie od fabularnych i scenograficznych fajerwerków też jest zapewne cechą chlubną i godną podziwu (jak asceza koptyjskich mnichów) – ale też wizje Krakowa z zimowymi kanałami jak w Wenecji, pokrytymi w nocy czarną powłoczką cienkiego lodu, kruszącą się pod wiosłami prywatnej gondoli bohatera; obraz bazyliki Mariackiej, na której żyją kolonie lemurów, obrośniętej przedpotopową dżunglą; Kraków-Timbuktu i Kraków – górski płaskowyż – aż proszą się (w chwili fantastycznej słabości) o multiplikowanie i dodanie im kolejnych, równie oszałamiających obrazów…

No, ale to oczywiście drobiazgi, zapewne – jak same powieści – także skłaniające do dyskusji, niezamykające się w pierwszym odczytaniu. Co cieszy: podobnych tekstów w tym roku pojawiło się już kilka (znamienne, dwa z nich wydało Narodowe Centrum Kultury): podobnie do dyskusji skłania Burza Macieja Parowskiego, a debiutancka Eremanta Joanny Skalskiej to również dająca się obierać z kolejnych znaczeń powieść o fikcji w życiu i życiu fikcyjnym, wpływie jednego na drugie i przenikaniu nieprawdziwych światów. Podobne publikacje są ważne także dlatego, że przypominają przecież nienową prawdę: o tekstach można rozmawiać i należy rozmawiać, spierać się o nie, nie zgadzać, przyjmować cudze argumenty i wyprowadzić swoje, podawać inne możliwości odczytania i zamocowywać ich znaczenia w nowych kontekstach. Być może najlepsze książki to te, których lektura rozpoczyna się z chwilą zakończenia czytania.


Tekst pierwotnie ukazał w numerze LATO 2010.

CZYTAJ TAKŻE

KOMENTARZE