LITERATURA

Lucius Shepard (1943-2014) pozostanie w pamięci swoich czytelników jako wyborny stylista i wnikliwy badacz mroków ludzkiej duszy w tradycji Josepha Conrada, autor licznych nowel i opowiadań, spośród których wiele już dawno trafiło do kanonu literatury fantastycznej. Kirikh'quru Krokundor to tekst stworzony na zamówienie Ellen Datlow, który pierwotnie ukazał się w antologii Poe (2009), a który pozornie wydaje się szablonową realizacją formuły wyprawy naukowej do niezwykłego miejsca, a tymczasem, jak to u Sheparda, okazuje się frapującą analizą ludzkich postaw i kompleksów, a przy tym wstrząsającym zapisem zetknięcia z autentyczną niesamowitością.

Lucius Shepard

Kirikh’quru Krokundor

(Kirikh’quru Krokundor)
Gdyby nie mój niegdysiejszy romans z doktor Nubią Borregales, niewykluczone, że nie poświęciłbym się studiowaniu historii, owej najbardziej blagierskiej ze wszystkich nauk, a z pewnością nigdy nie udałbym się w podróż do St. Gotthard. Moje zainteresowania koncentrowały się na wyznaczaniu większych ruchów w czasie, na wielkich zmianach cyklicznych i regularnościach, gdy tymczasem ona fascynowała się niewielkimi, najwyraźniej osobliwymi wydarzeniami, utrzymując, iż owe miejscowe pęcherzyki wytwarza nurt, który niweczy przepływ tego, co postrzegamy jako historię, przez co jest on bardziej objawicielski w stosunku do jej prawdziwej natury. W moim odczuciu miejsca takie jak St. Gotthard stanowiły aberracje, intrygujące odciski ludzkich stóp, wyjątki, które potwierdzają regułę… choć niuanse owej reguły jak na razie pozostają dla mnie nieuchwytne.

Kiedy poznałem Nubię, byłem doktorantem na wydziale Studiów Latynoamerykańskich Uniwersytetu w Miami, ona zaś trzydziestojednoletnią wschodzącą gwiazdą świata akademickiego. Właśnie opublikowała swoją pierwszą książkę (relację z podróży w odmęty odmiany voodoo zwanej candomblé, przemieszaną z historią świątyni w Belem), która przyniosła jej entuzjastyczne reakcje ze strony wspólnoty uniwersyteckiej oraz nieoczekiwany spory sukces komercyjny. Z pochodzenia była Wenezuelką, jej rysy zdradzały korzenie zarówno indiańskie, jak i hiszpańskie. Nie należała do szczególnych piękności, miała bowiem nazbyt jastrzębi, a przy tym wydatny nos, zbyt szerokie usta oraz przeciętną figurę (parę funtów nadwagi, jak to ujmują internetowe serwisy randkowe dla singli), a także obrzmiałą twarz, która za sprawą okularów w drucianej oprawce i awersji do makijażu nie należała do zapadających w pamięć i szczególnie atrakcyjnych. Niemniej jednak jej charyzmatyczna osobowość oraz bystry umysł z powodzeniem kompensowały te niedostatki.

Nubia obezwładniła mnie, przejawiając zachłanność seksualną, z jaką nie zetknąłem się u żadnej kobiety. Spotykaliśmy się przez blisko cztery lata, po których mnie porzuciła bez choćby jednego słowa wyjaśnienia, zrywając wszelkie kontakty i angażując się w romans z pewnym asystentem. Po obronie doktoratu ja również się zaangażowałem − w profesurę na uniwersytecie stanowym w Portland, gdzie rozpocząłem pracę etatową w owej zielonej i przyjemnej, lecz niezaprzeczalnie podrzędnej instytucji.

Minęło sześć lat od czasu, kiedy ostatni raz rozmawiałem z Nubią, siedem, odkąd rozpadł się nasz związek, ale na dobrą sprawę wciąż zaprzątała moje myśli, nadal bowiem dręczyła mnie obsesja i trwoniłem niezliczone godziny, usiłując ustalić, co takiego się wydarzyło, i wciąż na nowo zanurzając się w szczegóły. Mógłbym napisać klika książek stanowiących analizę jej zachowania. Mógłbym prowadzić seminaria o jej języku ciała, jej stosunku do innych kobiet (ujmując to bez ogródek, nie rzucała się na nie tak szybko jak na mężczyzn), a także o preferencjach w wyborze mydła do rąk. Rzecz jasna śledziłem jej karierę − nie sposób było tego uniknąć. Cztery bestsellery z rzędu oraz częste wystąpienia w telewizji w charakterze eksperta wzbudzały zazdrość ze strony środowiska akademickiego oraz, jakżeby inaczej, jego pogardę. Prace Nubii były obecnie lekceważone; uznano, że są płytkie i pisane w pogoni za sensacją, krążyły przy tym niewybredne historyjki o jej już to wszechstronnym apetycie seksualnym, już to zwykłym okrucieństwie, przejawiającym się zwłaszcza w stosunku do doktorantów oraz asystentów; toteż kiedy sekretarka wydziałowa poinformowała mnie, że Nubia czeka w moim gabinecie, nie powstrzymała się od zakomunikowania tego nader dwuznacznym tonem.

Stała przy moim biurku z żakietem zarzuconym na ramię, wpatrując się w campus poprzez gałęzie jodły, które rzucały cień na moje okna. Że się zmieniła, zauważyłem podczas jej niedawnego wystąpienia w programie Larry’ego Kinga, lecz widząc ją przed sobą, z oszołomieniem skonstatowałem tę transformację. Oto zniknęła owa przysadzista, przywodząca na myśl pensjonarkę zadufana w sobie maniaczka, która nosiła obszerne koszulki z krótkim rękawem, spódnice ze sklepów z używanymi rzeczami i sama obcinała sobie włosy, zamiast iść do fryzjera. Jej miejsce zajęła szczupła, szykowna kobieta o śniadej skórze i długich lśniących czarnych włosach, ubrana w szyte na miarę spodnie oraz kremową bluzkę z falbankami, która sprawiała, że Nubia wyglądała niczym wyrastająca z łodygi orchidea. Upływ czasu zredukował dziecięcy tłuszcz, a przede mną prezentowała się urodziwa, pewna siebie Latynoska. Na tyle, na ile zdążyłem się zorientować, nie przechodziła żadnych operacji plastycznych. Jej wydatny nos wciąż najwięcej ujmował jej urodzie, lecz obecnie zdawał się do niej pasować, stanowił bowiem symbol żywotnej i władczej obecności, takiej, która, jak sobie wyobrażałem, przyciąga kobiety do zamożnych i wpływowych mężczyzn.

− Jon! − rzuciła na przywitanie, spiesząc ku mnie, aby mnie uściskać. − Świetnie wyglądasz! Tak się cieszę, że cię widzę! − Czuć było od niej woń perfum. To również stanowiło odmianę.

Uwolniłem się z jej uścisku.

− Nubia − mruknąłem i usiadłem. − W czym mogę ci pomóc?

Nie pokazała po sobie, że jest dotknięta moim chłodnym przyjęciem; usadowiła się na krześle naprzeciw mnie i jęła opowiadać o swojej zbliżającej się podróży do St. Gotthard. Słuchałem jednym uchem, zdumiony głębią emocji, jakie okazywała wobec mnie, a kiedy skończyła, spytałem uprzejmie, co to ma wspólnego z moją osobą.

− Chciałabym, żebyś do mnie dołączył − oświadczyła. − Jako współpracownik. Jeśli z wyprawy do St. Gotthard wyjdzie książka, a wydaje mi się, że wyjdzie, to chciałabym, żebyś był jej współautorem. Zastrzegam sobie prawo do redakcji wersji ostatecznej, ale tylko w kwestiach stylistycznych. Sądzę, że się zgodzisz, że piszę w sposób bardziej wyrafinowany od ciebie.

Zareagowałem gniewem, ale mi przerwała.
 
− Przykro mi, że obeszłam się z tobą w taki sposób − stwierdziła. − Byłam młoda. Uznałam, że ostre potraktowanie naszego związku będzie mniej bolesne niż wycofywanie się z niego krok po kroku.
 
− To kłamstwo − odparłem. − Na drugi dzień wskoczyłaś do łóżka z kimś innym. Z tego co mi wiadomo, sypiałaś z nim, zanim się rozstaliśmy.
 
− Spałam z Benem, żeby podkreślić moją decyzję. Nie chciałam, byś miał jakiekolwiek wątpliwości. O ile pamiętasz, nie związałam się z nim na długo.

− Jestem zdumiony, że pamiętasz jego imię, tylu ich było.

Zaczęła oglądać sobie paznokcie.

− Byłaś arogancka i tchórzliwa − nie dawałem za wygraną. − A do tego skupiona wyłącznie na sobie. I to dlatego postępowałaś tak, a nie inaczej. A teraz przychodzisz tu i rzucasz mi jakiś ochłap. Czy to ma być coś w rodzaju rekompensaty?

− Nie mam zamiaru w tej chwili o tym dyskutować – odezwała się po krótkim milczeniu. − Zgodzę się na rozmowę, skoro nalegasz, ale nie teraz.

− A to czemu? Siedem lat to za mało, żeby przygotować jakieś wyjaśnienie?

− Wszystko, co mówisz, to prawda. Jestem zapatrzona w siebie i arogancka. W sumie byłam z tobą szczęśliwa, lecz szczęście kolidowało z moją pracą. Miałam problemy związane z karierą. Z wydziałem.
 
− Bzdury − burknąłem.

− Czy wiesz, ile krytyki na temat mojego życia osobistego zebrałam od McIntyre’a? Chciał mnie wyrzucić. Ale nie mam zamiaru się w to zagłębiać. Jesteś zbyt emocjonalny. Jeśli przyjmujesz moją propozycję, jeszcze będziemy mieli okazję o tym pomówić.

Wstała i podeszła do mojego biurka, po czym przysiadła na jego rogu. Zapach jej perfum zmieszał się z zapachem roślin zimozielonych.
 
− Masz trochę racji, że to coś w rodzaju rekompensaty, to jednak nie ma nic do rzeczy − oświadczyła. − Cenię sobie twoje zdanie, mimo nasze punkty widzenia diametralnie się różnią. Postrzegam tę książkę jako swego rodzaju dialog między nami zarówno na poziomie zawodowym, jak i osobistym. Może pisząc ją, znów się do siebie zbliżymy? Przynajmniej powinno się to okazać porywającym doświadczeniem.

Nie miała powodu, by ze mną pogrywać, a mimo to wiedziałem, że jestem wciągany w jakąś grę. Chciała, abym jej dotknął, posunął się do jakiegoś zbliżenia − dlatego właśnie ulokowała się tak blisko − ale choć poczułem cień zainteresowania, nie urosło ono do poziomu podniecenia. Ogarnęła mnie ulga, a zarazem żal, że Nubia nie działa już na mnie w ten sposób.

− Daj spokój, Jon − rzuciła, wciąż usiłując mnie przekonać. − Nie wrabiaj mnie w spółkę z jakimś nużącym staruszkiem.

− Zastanowię się nad tym.

Jej oblicze zachmurzyła złość. Nubia wróciła do krzesła i podniosła żakiet. Kiedy znów się do mnie odwróciła, na jej twarzy widniał uśmiech.

− Uroczy campus, tylko taki mały − stwierdziła, wkładając żakiet. − Ale widzę, że ci odpowiada.

Zignorowałem ten afront.
 
− Jestem w Monaco do jutra − poinformowała. − Musisz odłożyć na bok naszą prywatną historię i skupić się na swojej karierze. Jeśli poradzisz sobie z urażoną dumą, przedzwoń do mnie.

W jej głosie wyczułem ślad urazy, ale pamiętałem, że jest wytrawną aktorką, mającą dużą wprawę w manipulowaniu ludźmi, co dało mi podstawę do wątpliwości. Niemniej jednak myśl o tym, że mógłbym ją zranić, choć satysfakcjonująca na mało znaczącym poziomie, zrodziła zaskakującą konstatację, że nie sprawiłoby mi to jakiejś szczególnej przyjemności.
Ruszyła ku drzwiom.

− Zaczekaj − rzuciłem.



Osada St. Gotthard została założona w pewnej andyjskiej dolinie w Wenezueli w roku 1863 przez jakiś odłam wyznania morawskiego, którego siedziba do tamtej chwili mieściła się w Szwajcarii. Słowo „założona” może wywoływać wrażenie, że osada została z mozołem wzniesiona w dziczy, ale Morawianie zajęli już istniejące budynki. Dolina oraz wszystko to, co się w niej znajdowało, zostało zapisane sekcie w spadku dwadzieścia lat wcześniej, wraz z ogromną darowizną, przez Odella Remarque’a, zamożnego niemieckiego ekscentryka i hedonistę, który poświęcił znaczną część swej fortuny na poszukiwanie najpiękniejszego zakątka na ziemi (jednym z warunków zapisu było to, że Morawianie mieli utrzymywać posiadłość i znajdujące się na jej terenie budowle razem z całą ich zawartością w takim stanie, w jakim pozostawił je Remarque). Kryteria, jakimi się kierował w swych poszukiwaniach, nie są jasne, acz przyznał publicznie, iż nie interesuje go żadna cudowna panorama, przeczuwa bowiem, że z czasem musiałaby stać się przytłaczająca − zdawało się to wykluczać wybór lokalizacji w Andach, ale Remarque był zadowolony i posłał tam architektów krajobrazu, inżynierów oraz budowniczych, by precyzyjnie dostosowali dolinę do jego upodobań.

W przeciwieństwie do większości emigrantów religijnych Morawianie nie byli ani prześladowani, ani ciemiężeni w swojej ojczyźnie; do Wenezueli przybyli właściwie po to, by uniknąć wpływów nowoczesnego świata i zaspokajać swe ambicje związane z dobroczynnością. Stanowili niewielką wspólnotę wyznaniową, liczącą nie więcej niż tysiąc wiernych, która jednak wykazywała energię charakterystyczną dla znacznie większego tworu, sporo podróżowała po całym kraju, zakładała szkoły i przychodnie w dziesiątkach miejscowości. Niemniej jednak wraz z upływem dziesięcioleci Morawianie zaczęli się stopniowo wycofywać z owych placówek, jak i z działalności dobroczynnej, którą uosabiali, a w roku 1928 zerwali stosunki ze światem zewnętrznym, likwidując wszelkie kontakty z rządem wenezuelskim prócz jednego − konta bankowego, z którego odprowadzany był coroczny podatek. Międzyprowincjonalna Rada Kościoła Północnoamerykańskiego posłała emisariuszy, którzy mieli ustalić, co zaszło. Niektórzy z nich zaginęli, ci zaś, którym udało się wrócić, poinformowali, że kolonia wycofała się z Umowy O Chrześcijańskim Życiu (jest to dokument zawierający fundamentalne zasady wiary) i że jedynym jej zmartwieniem wydaje się ochrona doliny przed intruzami. Ufortyfikowali ogromną bramę rzeczną, którą skonstruował jeszcze Remarque, by z jej pomocą zapewnić efektowne wejście do swego bajecznego rezerwatu, i zajęli się blokowaniem innych wiodących ku dolinie szlaków.

Remarque nie zezwolił na używanie sprzętu fotograficznego w swych dobrach, a Morawianie w dalszym ciągu przestrzegali tego zakazu, toteż istniało zaledwie kilka starych zdjęć doliny  na większości z nich widniał zespół fantastycznych budynków zwieńczonych minaretami i gotyckimi wieżami, które wznosiły się sponad wielkiego, zajmującego sam środek lasu placu. Najnowsze zdjęcia satelitarne pokazały, że plac ów pochłonęły zarośla, budowle popadły w ruinę, otaczająca je okolica natomiast, pozostawiona sama sobie, powróciła do stanu pierwotnej dzikości − i właśnie ów stan porzucenia dostarczył Nubii niezbędnych argumentów, które pozwoliły jej ubiegać się o rządowe pozwolenie wejścia do doliny. Wspomógłszy się rodzinnymi koneksjami politycznymi, załatwiła olbrzymi śmigłowiec CH-47F Chinook, który miał przewieźć naszą ekspedycję do St. Gotthard. A przynajmniej tak to wyjaśniła, lecz ujrzawszy, jak flirtuje z biurokratami, jąłem złośliwie się zastanawiać, czy przypadkiem nie skorzystała z bardziej intymnych środków perswazji.

St. Gotthard było obsesją życiową Nubii, i choć nie mogła zrealizować zamysłu Remarque’a, czyli dotrzeć tam, przedzierając się rzeką i wkraczając przez bramę, perspektywa naruszenia owego zakazanego miejsca wzbudzała w niej ekscytację. Tymczasem jeśli o mnie chodzi, byłem w większym stopniu zainteresowany projektem niż samym tym miejscem. Książka, jak wyobrażała to sobie Nubia, nie miała zawierać jakichkolwiek odniesień do stosunków łączących nas w przeszłości, mimo to jednak mieliśmy w niej funkcjonować jako osoby, które bez wątpienia znają się od dawna. Przygoda oraz posmak romansu w egzotycznej scenerii miały wnieść do niej element powieściowy, który z kolei zaangażuje wrażliwość współczesnego odbiorcy popkultury i umożliwi zwykłemu czytelnikowi przebrnięcie przez mniej barwne fragmenty. Miałem wprawdzie pewne zastrzeżenia, ale położywszy na jednej szali własną prawość naukowca i krytykę ze strony moich kolegów, na drugiej zaś potencjalną publiczność Oprah Winfrey, wybór wydawał się oczywisty.
 
    
Nasza ekipa miała się składać z siedmiu osób, w tym dwójki doktorantów z Uniwersytetu Andów oraz dwóch wenezuelskich żołnierzy przydzielonych w celu późniejszego zrelacjonowania naszych odkryć. Filmowcem wyprawy został Taylor Mendenhall, młody wykładowca z Miami, przystojny blondyn, pod względem moralnym prosty i prawy, nieco na modłę katalogowej sztampy. Podczas spotkania zapoznawczego w apartamencie hotelowym Nubii w Meridzie, stanowiącej punkt wypadowy dla naszej ekspedycji, Taylor odciągnął mnie na bok i wskazał Claudię Pozzobon, jedną ze studentek, drobną kobietę o wydatnym biuście, mlecznej cerze i czarnych włosach, która gawędziła z jakimś urzędnikiem państwowym.

    − Ostra dziewczyna − stwierdził. − Ma w sobie coś z Christiny Ricci.

    − Pewnie tak… − Przechyliłem głowę, jak gdybym chciał uzyskać lepszy widok na Claudię, która właśnie zaśmiewała się z czegoś, co powiedział urzędnik. − Ale jest jakby szczęśliwsza…

    − Że co?

    − Claudia wydaje się szczęśliwsza. Christina Ricci zwykle grywa role kobiet będących w dołku.

− Mówią, że Nubia ją obraca.

− Christinę Ricci?

− Skąd, człowieku! Claudię.

Chwyciłem kieliszek szampana od przechodzącego właśnie kelnera.

− To miło.

− Nie irytuje cię to? Słyszałem, że ty i Nubia byliście swego czasu nieźle podkręceni.

− Gdzie o tym słyszałeś?

− Na wydziale. Na uniwersytecie w Miami Nubia jest postacią legendarną.

Wychyliłem duszkiem szampana i bąknąłem coś wymijająco.

Taylor wpatrywał się zawzięcie w Nubię stojącą przy barze, otoczoną przez kilku mężczyzn.
 
− No cóż, mnie to irytuje.

Nie miałem wątpliwości, że aż go rozsadza, żeby powiedzieć mi o tym, co go z nią łączy. Jako wytrawny członek Klubu Ofiar Nubii miałem obowiązek go wysłuchać; ale nie byłem w nastroju. Przeprosiłem, chwyciłem kolejny kieliszek z szampanem i podszedłem do okna, z którego rozciągał się widok na miasto oraz znajdujące się poza nim góry. Merida została wzniesiona na płaskowyżu – można było odnieść wrażenie, że teren został poszarpany przez jakieś wielkie stworzenie o wyszczerzonych zębiskach, którymi z trzech stron wyżłobiło głębokie kaniony. Najuboższe dzielnice znajdowały się najbliżej owych spadków, kilka maleńkich białych domków przywierało do krawędzi. Żółty wagonik kolejki linowej przesunął się powoli ponad kanionami, zawieszony na tle Kordyliery Zachodniej, północnego ramienia Andów, których zmierzwione stoki pociemniały barwami wczesnego lata, wznosząc się aż po śnieżne wierzchołki na wysokości szesnastu tysięcy stóp.

− Piękne, prawda? − zauważyła Claudia, podchodząc do mnie; jej głowa sięgała mi ledwie ponad łokieć.

− Mnie jawią się jako nieprzystępne − odparłem.

Uniosła wzrok ku mnie, nieco zmieszana.

− Przerażające − dodałem. − Złowieszcze.

− Wiem, co masz na myśli. Ale nie rozumiem, czemu sądzisz, że są nieprzystępne.

− Andy są tajemnicze. Górskie twierdze, opuszczone miasta. − Udałem, że przeszły mi ciarki po plecach. − Duchy Inków.

Macyory Abuin, druga studentka, stanęła przy Claudii i szepnęła jej coś do ucha.
Claudia odparła po hiszpańsku, że nie chce jeszcze wychodzić.

Gdyby nie to, że byłem już nieco podpity, nie zagadnąłbym Macyory. Było to bowiem płochliwe stworzenie, które samo z siebie rzadko się odzywało. Jako dwudziestojednolatka była o kilka lat młodsza od Claudii i różniła się od niej niemal pod każdym względem. Była szczupła, choć nieco szeroka w biodrach i blada (acz nie tak jak Claudia), a mimo to jej rysy tylko nieznacznie ujawniały owe azjatyckie cechy rdzennych Hindusów: oczy o kształcie migdałów, szeroki nos, pełne usta oraz grube czarne włosy. Jej milkliwość przywodziła mi na myśl Nubię, ale prawdę mówiąc, to w każdej kobiecie widziałem coś z Nubii. Kiedy spytałem ją, czy choć trochę czuje się onieśmielona wyprawą do St. Gotthard, zamiast, czego się spodziewałem, spuścić wzrok i udzielić mi niejasnej odpowiedzi, oświadczyła:
    
− W podobnych sytuacjach najlepiej jest zatrzymać strach w sobie.

− A cóż tam jest takiego, co może napawać strachem?

− Dla mnie to izolacja, nazbyt ograniczony kontakt z cywilizacją.

− Mamy armię do ochrony − zauważyłem.

− Armię! − Claudia się skrzywiła. − Teraz to ty sobie żartujesz.
    
Nubia przywołała Claudię, która pośpiesznie dołączyła do grupki przy barze. Ku memu zdziwieniu Macyory nie ruszała się spod okna.    

− Armia nie jest nami zainteresowana − wyjaśniła. − Mają własne priorytety.

− Czyli?

− Jeżeli St. Gotthard rzeczywiście zostało porzucone, zagarną wszystko, co posiada jakąkolwiek wartość.

− To powinno ich zadowolić.

− O, tak. Z pewnością. Ale jeśli odkryją coś o wielkiej wartości, mogą nie chcieć świadków.



Trzy dni później wyruszyliśmy do St. Gotthard. Lecieliśmy w cieniu andyjskich szczytów, mijając górskie lasy, jeziora polodowcowe oraz malownicze kaniony, kierując się wzdłuż dopływu rzeki Chama, aż wreszcie dotarliśmy do czoła doliny i do masywnej spiżowej bramy rzecznej, której powierzchnię zdobiły wytrawione wizerunki osobliwych, na wpół ludzkich postaci, bardziej stosownych dla ustronia sybaryty (czym owo miejsce niegdyś było) niż dla kolonii religijnej. Pomimo gęstej roślinności, jaka pochłonęła dzieło architektów krajobrazu Remarque’a, potrafiłem sobie wyobrazić, jakie wrażenie dolina robiła na gościach wchodzących do niej od strony rzeki − rozlewała się pomiędzy zboczami wąskiego jaru, odcinka, który rozszerzał się, przechodząc w krystaliczny zbiornik, następnie ponownie się zwężał, wiodąc nowo przybyłych pod arkadami utworzonymi z gęstych i ciemnych konarów drzew o grubych szarych pniach; dalej drzewostan się przerzedzał, odsłaniając widok pofałdowanych wzgórz. Odcinek rzeki przechodził tu przez obszar o niebywałym zróżnicowaniu, od klaustrofobicznych mroków po zachwycające perspektywy, a znajdujący się wokół teren przysłonięty był przez zryte hieroglifami granitowe klify, gigantyczne paprocie tworzące pierzaste nawy, a także niezgrabne pagórki, których grzbiety zostały wyrzeźbione w kształty zbliżone do trolli. Te ostatnie obniżały się, ustępując miejsca pofałdowanym obszarom porośniętym zielonym bambusem, poprzecinanym potokami, które wypływały z nagich skał, by dalej mknąć z pluskiem pośród zwalonych głazów wielkości niewielkich domów. Wreszcie rzeka wlewała się do kotliny. Tuż przy niej znajdowało się uformowane z hebanowych desek nabrzeże, na którym bawiący tam z wizytą gość mógł stać i kontemplować wspaniałość St. Gotthard − okrągłe pasmo lasu szczelnie otaczające cztery nieprawdopodobne budowle, których ornamenty dachowe oraz iglice pięły się wysoko ponad drzewami. Stanowiły osobliwe połączenie stylów architektonicznych: tybetańskiego, bizantyjskiego i gotyckiego, a także czegoś, co najlepiej można by określić mianem dziewiętnastowiecznego futuryzmu. Widziane z oddali, łączyły się w miłą dla oka całość, gdy jednak się zbliżyliśmy, przestały do siebie pasować; ot, pretensjonalny zespół budynków z gatunku tych, jakie można zobaczyć upchnięte w kąt parku tematycznego, udających drapacze chmur, starożytne piramidy i tym podobne. Las zajmował niższą, łagodniejszą partię potężnych wzgórz, za którymi rozciągał się centralny masyw Kordyliery Zachodniej, niebosiężnego pasma, którego ostre turnie spowite były rzadkimi chmurami, i można było odnieść wrażenie, że z wściekłości buchają parą, ponieważ nadeszliśmy.

Okrążyliśmy centralny plac, podczas gdy pilot, kapitan Abreu, ogłosił nasze przybycie przez głośnik tym, którzy niekoniecznie słyszeli odgłos naszego zbliżania się, lecz nikt się jakoś nie zjawił, żeby nas przywitać. Jak już wspomniałem, plac porośnięty był krzewami oraz młodymi drzewami, a bruk ledwie było widać spod chwastów, co nie zapewniało chinookowi dogodnego miejsca do lądowania. Kapitan zawiesił maszynę tuż nad ziemią, a my wyrzuciliśmy namioty i resztę ekwipunku, po czym zeszliśmy na ląd po metalowej drabince. Kiedy helikopter, odleciawszy w poszukiwaniu lądowiska za lasem, przestał być już słyszalny, okolicę ogarnęła cisza, którą zakłócały jedynie powiewy wiatru. Sierżant Perdomo, przysadzisty małomówny Indianin o twarzy zwieńczonej obfitym podbródkiem i policzkach pokrytych trądzikowymi bliznami nadzorował pozostałych, którzy stawiali obozowisko na wprost największego budynku, konstrukcji o fasadzie wyposażonej w masywne drzwi i elementy dekoracyjne godne katedry gotyckiej, chociaż architektonicznie w większym stopniu budynek ten przywodził na myśl zamek. Drzwi były otwarte – przedarliśmy się wraz z Nubią przez porastające wokół zarośla i wślizgnęliśmy się do środka.

Spodziewałem się, że zastaniemy tam sporych rozmiarów salę z prowadzącym do niej foyer o niknącym w mrokach cienia sklepieniu, lecz pomieszczenie, do którego weszliśmy, choć przestronne, w większym stopniu przywodziło na myśl atmosferę prywatnego klubu (bądź pozbawionego recepcji hotelowego lobby). Pomieszczenie to przez wiele lat wystawione było na działanie żywiołów. Półmrok przenikały smugi światła, padając z wysokich wąskich okien i ukazując dywan tak dalece zabłocony, że nie bez trudu dostrzegłem jego kolorystykę (arabski wzór w odcieniach ciemnej czerwieni, kremowym oraz ciemnego granatu); wykwity pleśni bez mała całkiem pokryły draperie na ścianach. Wyściełane krzesła i mahoniowe stoliki okolicznościowe wciąż stały, lecz ich powierzchnie były teraz upstrzone naroślami grzybów i odchodami zwierzęcymi. Na środku z popsutej fontanny kapała rdzawa woda, przyczyniając się jeszcze do wszechogarniającego zapachu wilgoci i gnicia. Misa oraz figurka, które w niej się znajdowały, były roztrzaskane. Wszędzie wokół, w odległości jakichś dwudziestu czy trzydziestu stóp od fontanny, poniewierały się kawałki marmuru, jak gdyby ktoś nimi rzucał. Kiedy podszedłem bliżej, Nubia trzymała jeden z nich w dłoni i przyglądała się setkom żółtych kwiatków rozsypanych wokół misy; pochodziły z mydleńca wiechowatego (kilka zauważyłem na placu) i były stosunkowo świeże, opadłe nie dalej jak dzień wcześniej.

− Wygląda na to, że ktoś tu był − stwierdziłem.

− Myślisz? − mruknęła szyderczo.

Wręczyła mi kawałek marmuru. Był to odłupany z figurki fragment twarzy: wydrążone oko oraz część czoła.

− Biorąc pod uwagę gust Remarque’a, przypuszczam, że umieścił w tym miejscu posągi, które urągały Morawianom − zauważyłem. − Sądzę, że nie zdołamy wyciągnąć żadnych wniosków poza tym, że musieli mieć ku temu obiekcje.

− Więc czemu po prostu ich nie usunęli? Kwiaty ewidentnie symbolizują ofiarę. Moim zdaniem możemy wyciągnąć  w n i o s e k, że wydarzyło się tu coś niedobrego.

− Za wszelką cenę chcesz tu widzieć tajemnicę − dociąłem jej.

− Zniknęła cała populacja. Nie dostrzegasz w tym nic tajemniczego?

− Wątpię, czy tkwi w tym sensacja, na jaką liczysz. Być może nie odpowiadało im życie w tym miejscu i po prostu pobudowali sobie domy w lesie. Niewykluczone, że w tej chwili nas obserwują i zastanawiają się, co robić.

− Ale czy to nie świadczy o tym, że coś było nie tak?

− Świadczy to o tym, że nie przywykli do gości.

Nubia odebrała mi marmur.

− Zapomniałam już, jaki potrafisz być rozsądny.

− Dlatego tu jestem, prawda? Żeby odgrywać rolę yang dla twojego yin… a może na odwrót?
Oddaliła się i schyliła, by przyjrzeć się bliżej innemu marmurowemu odłamkowi.

− Przeciwieństwa zawsze stanowiły nader istotny aspekt naszego związku – zauważyłem. − Przekora. Co sprawia, że sposób, w jaki mnie rzuciłaś, staje się jeszcze dziwniejszy. Sądziłem, że pożegnalna kłótnia sprawi ci prawdziwą rozkosz.

Nubia uklękła, badając kolejny kawałek.

− Ciekawe, czy dałoby się z powrotem złożyć tę twarz. Chciałabym ją zobaczyć.

− Dalej nie chcesz ze mną porozmawiać? Wciąż nazbyt kierują mną emocje? Nie zamierzam ich powściągać, póki tego nie oczyścimy. Miałem totalnie przejebane po tym, jak mnie rzuciłaś, niemal straciłem grant.

− Mogłaby pasować na okładkę.

− Niech cię szlag, Nubia!

− A może i na tytuł: Roztrzaskane oblicze. Jak myślisz?

Patrzyłem, jak przebiera w kawałkach marmuru, i czułem, że wzbiera we mnie złość niczym rtęć w podgrzanej szklanej rurce.

− W porządku − odezwałem się w końcu. − Ale nie wyjdziemy stąd, dopóki nie otrzymam wyjaśnienia. Czegoś poważniejszego niż to, że troszczyłaś się o swoją zasraną karierę.
Nawet nie podnosząc głowy, Nubia spytała:

− Mógłbyś skoczyć po Claudię? Ma oko do układanek.


przełożył Konrad Walewski


Cała nowela dostępna będzie w drugim numerze elektronicznym polskiej edycji „F&SF”.

CZYTAJ TAKŻE