LITERATURA

Fenomen twórczości Jeffreya Forda polega między innymi na tym, że amerykański pisarz adaptuje i z prawdziwą wirtuozerią przetwarza elementy zaczerpnięte z najrozmaitszych źródeł. Jedną z inspiracji do tekstu Daltharee było komiksowe miasto Kandor z historii o Supermanie. Inspirowało ono również zmarłego w 2012 roku artystę Mike’a Kelly’ego, który przez wiele lat konstruował wielobarwne miasta w butelkach. 

Jeffrey Ford

Daltharee

(Daltheree)
Słyszeliście zapewne o miastach w butelkach − społecznościach niewyobrażalnie mikroskopijnych i filigranowych: miasteczkach o wieżach z wykałaczek, ulicach nie szerszych niż krawiecka nić, punktowych twarzyczkach obywateli wyglądających z okien biur mniejszych niż cekiny. Pośpiech, polityka, ferwor, walka, znój, kapitulacja otulone kryształowym firmamentem zakorkowanym na czubku, by utrzymać rzeczywistość zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Owe mikroskopijne istnienia, uderzające o szkło na krańcu swego świata, które są przekonane o własnej wielkości i uniwersalności swych dylematów.

Nasze badania wykazały, że w Daltharee znajdowały się liczne wielopiętrowe budynki wyrzeźbione bezpośrednio w zboczach wzgórz. Miasto otaczał las wraz z przyległymi jeziorami i przepływającymi przezeń strumieniami, a wszystko to przykryte było kopułą, niczym znajdująca się pod pokrywą półmiska kolacja. Kiedy mieszkańcy Daltharee spoglądali ku górze, nie spodziewali się ujrzeć nieba. Wiedzieli, że płynące stamtąd światło, ich dzień, generowane jest przez maszynę, którą oliwili i której doglądali. Gwiazdy rozbłyskujące co szesnaście godzin z chwilą gdy zapadała spowijająca miasto mrokiem noc, były li tylko żarówkami, systematycznie wymienianymi przez człowieka w balonie na ogrzane powietrze.

Byli przekonani, że przykryte kopułą miasto unosi się na górze lodowej, co właściwie nie mijało się z prawdą. Na krańcu pewnej wiodącej przez las ścieżki znajdowały się drzwi w kopule. Gdyby ktoś je otworzył, przekonałby się, że wiodą wprost na lód. Powierzchnia góry ze wszystkich stron rozciągała granice przestrzeni życiowej mieszkańców Daltharee o jedną milę wedle ich miary. Padał tam oślepiająco biały śnieg, stale wyły wichry w nieustających zadymkach. Wierzyli, że Daltharee dryfuje po oceanach zamarzniętego skądinąd świata. Modlili się o koniec wiecznej zimy, aby mogli zasiedlić kontynenty.

A wszystko to: ich złudzenia, miasto, kopuła, góra lodowa i dwie kwarty wody, na których się ona unosiła, znajdowało się wewnątrz starej szklanej butelki po mleku objętości jednego galonu, zatkanej postrzępioną chustką do nosa i pomalowanej na niebiesko. Ilekroć przykładałem ucho do szkła, słyszałem wiejące gwałtownie wietrzyska, niczym ocean szumiący w muszli.

Daltharee nie powstało wskutek działania promieni zmniejszających, jak wiele z owych metropolii wielkości kufla piwa. I, doprawdy, nie dokonała się tu żadna magia. Prawdę mówiąc, kiedy miało już za sobą wczesne stadia swych narodzin, w większym stopniu zostało organicznie wyhodowane niż ukształtowane za sprawą jakichś sztuczek. Nierzadko za kulisami opowieści o początkach owych maleńkich światów czai się jakiś obłąkany naukowiec. Również i w tym przypadku mamy do czynienia z owianym złą sławą Mandem Paige’em, wynalazcą submikroskopowego dyferencjacyjnego podziału komórkowego i wzrostu. Chodzi mi tu o jego technikę produkcji superminiaturowych komórek ludzkich. Od chwili swego atomowego początku owe skupiska życia były nękane reakcjami enzymatycznymi oraz deformacją elektryczną w taki sam sposób, w jaki torturuje się przez pewien czas korzenie drzew, aby stworzyć bonsai. Paige kreował życie ludzkie w formie maleńkich istotek. To one ukształtowały krajobraz i zbudowały miasto, położyły drogi i chwiały się w lunatycznym zamroczeniu wywoływanym przez swego twórcę.

Kiedy miasto pod kopułą zostało już ukończone, Paige wepchnął doń kolejnych miniaturowych mieszkańców przez drzwi, które wychodziły na górę lodową. Zanim je zamknął, uruchomił urządzenie, które przez mniej więcej dziesięć sekund emitowało dźwięk w tonacji a-moll − uprzednio ustalony bodziec dla świadomości, który obudził ich wszystkich i przywrócił do życia w Daltharee. Wzbogaciwszy wodę w butelce jonowymi kryształkami, Paige wlał do niej mieszankę chemiczną, która utworzyła gęstą plamę, nietopliwą lodopodobną platformę pod ową unoszącą się na wodzie kopułą. Następnie wprowadził do atmosfery azotan fenatolu, srebrzan jodu i anamidian beteldyny, ażeby wzniecić zimny wiatr oraz wywołać opady śniegu. Kiedy pod kopułą wszystko funkcjonowało już jak należy, góra lodowa wystarczająco narosła, a wiatr przejął władzę, Paige zatkał butelkę starą chustką do nosa. Ów zamknięty system zimy o jedynie znikomej ilości powietrza przepuszczanego przez materiał był wiecznotrwały, sycił bowiem wiatrem śnieg, śniegiem zimno, zimnem zaś klaustrofobię i na odwrót – w nieskończonej pętli. Mieszkańcy Daltharee snuli opowieści o zamrożonym świecie jako kompensację nieznanego. Paige sfabrykował jeszcze trzy takie miasta, a każde inne od poprzedniego, nim wyszły ustawy zakazujące więzienia istot ludzkich, bez względu na ich rozmiary bądź stan świadomości. W końcu sam został uwięziony za swe zbrodnie.
   
Poszukiwaliśmy metody umożliwiającej badanie życia pod kopułą, lecz obawialiśmy się naruszyć jej delikatną istotę, nie mieliśmy bowiem pewności, czy bezceremonialne usunięcie chustki do nosa nie zaburzy kruchej równowagi pomiędzy wszechświatem wewnętrznym a zewnętrznym. Zaproponowano zamocowanie bardzo długiej i niezmiernie cienkiej sondy, która miała zdolność wyginania się i obracania za sprawą kontroli komputerowej, pomiędzy krawędzią wylotu butelki a materią chustki. Sonda ta, podobna do tych, jakich lekarze w dwudziestym i dwudziestym pierwszym wieku używali do odczytywania hieroglifów trzewi, miała być wyposażona zarówno w kamerę, jak i w mikrofon. Urządzenie nadawało się do badania tych miast, które nie miały dodatkowego ograniczenia w postaci kopuły, lecz nawet w nich jawiło się to jako coś nader niewłaściwego, by jakiś gigantyczny metalowy wąż znikąd wślizgiwał się w czyjąś rzeczywistość. Mieszkańcy owych zamkniętych światów byli niesłychanie mali, ale nie głupi. 

Koniec końców zwyciężył mój wynalazek − do butelki wprowadzono uruchamiany głosem nadajnik wielkości dwóch atomów. Musieliśmy czekać, aż przebije się przez targaną zamieciami atmosferę, przez system filtrów kopuły i dotrze do miasta. Następnie należało wyczekać, aż wejdzie w kontakt z czyimś głosem. W każdej chwili coś mogło pójść nie tak, ale pewnego dnia, sześć miesięcy później − któż wie, ile to lat wedle miary w Daltharee − urządzenie dokonało transmisji, a mój odbiornik wychwycił konwersację z przykrytego kopułą miasta. Oto jedno z wczesnych nagrań, które zawiera w sobie pewne interesujące elementy:

− Teraz tego nie zrobię. Proszę, daj mi nieco miejsca… − powiedziała.

Nastąpiła długa przerwa wypełniona nikłym pobrzękiwaniem sztućców o talerze.

− Niedawno byłem w lesie − przyznał się.

− Po co? − zdumiała się.

− Nie jestem pewien − stwierdził.

− Co można tam robić? − zapytała, zaskoczona.

− Należę do pewnego klubu − tłumaczył. − Spotykamy się, żeby spróbować znaleźć te drzwi w ścianie kopuły.

− Udało się? − spytała.

− Wiedzieliśmy, że istnieją, i znaleźliśmy je − wyjaśnił. − Tak jak w dawnych opowieściach…

− Zamieć?   
− Nie uwierzyłabyś jaka − przytaknął.

− Wyszedłeś na zewnątrz?

− Tak, a kiedy wszedłem z powrotem pod kopułę, poczułem, że utkwił we mnie jakiś fragment tej zawieruchy.

− Co przez to rozumiesz? − zdziwiła się.

− Sam nie wiem.

− W jaki sposób weszła w ciebie? − dopytywała się.

− Przez uszy − wyjaśnił.

− Bolało?

− Kiedy wróciłem, byłem już innym człowiekiem.

− Silniejszym?

− Nie, po prostu innym.

− Możesz to opisać?

− Miałem sny.

− No to co? − nie dawała za wygraną. − Mnie też śniło się zeszłej nocy, że jestem na Wielkim Balkonie Pojednania, ubrana na jakąś nadętą okazję, kiedy ni z tego, ni z owego wtacza się jakiś mały wypierdek i wyszeptuje mi do ucha słowa: „moc żywiołów”. Jak sądzisz, co to znaczy? Nie mogę wyrzucić tego wyrażenia z głowy.

− To nonsens − stwierdził.

− A twoje sny to niby nie nonsens?

− Też − przyznał. − Zeszłej nocy przyśniła mi się pewna teoria. Nie pamiętam, czy widziałem ją na stronicach jakiegoś czasopisma w tym śnie, czy ktoś ją wygłosił, czy może po prostu wskoczyła do mojej śpiącej głowy. Nigdy przedtem nie śniła mi się teoria. A tobie?  

− Też nie − przyznała.

− Dotyczyła życia pod kopułą. Mówiła o tym, że ponieważ kopuła jest strukturą zamkniętą, to co się pod nią dzieje, dotyczy wyłącznie innych rzeczy w jej przestrzeni. Ponieważ rozmiary Daltharee, jak sądzimy, są tak znikome w porównaniu z całym wielkim światem, reperkusje działań, jakie podejmujesz pod kopułą, mają wyższy współczynnik prawdopodobieństwa wzajemnego przecięcia się. Jeśli pomyślisz o czymś, co robisz w ciągu dnia, jako o pewnym działaniu, każde takie działanie uruchamia reakcję łańcuchową energii łagodzącej we wszystkich kierunkach. Wola twojej własnej energii rozproszona w niezliczonych działaniach w ciągu zaledwie jednego poranka zostanie wysłana, załamana i odbita od transmisji cudzych działań oraz ścian systemu zamkniętego, zderzając się jedna z drugą i wywołując błyski w miejscach, w których twoja istota spotyka się ze sobą. W takich przypadkach, w owych konkretnych miejscach, twoja wola jest potężniejsza niż wola kopuły. A potem usłyszałem, że można nauczyć się działać o pewnej godzinie − opanować szybką serię sześciu ruchów, które emitują tak wiele ostatecznie przecinających się zamysłów woli, że wytwarza to sieć energetyczną, w swej sile transformacyjnej zdolną naginać rzeczywistość wedle kaprysu.

− Oszalałeś − stwierdziła.

Tu następuje nieznaczna pauza, słychać jedynie hulający pośród drzew wiatr.

− Hej, a co się stało z twoją ciotką? − zapytał.

− Wyciągnęli jej go.

− Niesamowite − powiedział. − Mało brakowało…

− Zawsze wydawała się zdrowa − wyjaśniła. − Ale połykanie drutu do robótek? Takich rzeczy się nie robi.

− Przecież ona nawet nie robi na drutach, prawda?

− Zgadza się.

− Dobrze, że nie musiała tego przechodzić − stwierdził. − Pomyśl o przecinających się promieniach woli, będących rezultatem tego działania.

Zaśmiała się.

− Słyszałam, że wczoraj zdechł ostatni gołąb.

− Naprawdę?

− Znaleźli go w parku, między drzewami.

− Szczerze mówiąc, ja to zrobiłem − wyznał. − Wiesz, nie bezpośrednio, ale poprzez działanie, jakie wykonałem wczoraj rano: wstałem z łóżka, zjadłem śniadanie, ubrałem się, no wiesz… takie tam. Byłem pewien, że zanim nadejdzie południe, ptak będzie martwy.

− Czemu go zabiłeś? − zdumiała się. 

W tym miejscu w rozmowie następuje przerwa wypełniona mechanicznymi odgłosami w oddali, słyszalnymi poniżej tego, jaki wydaje wiatr między drzewami.
− Wiedząc, jakie to uczucie, kiedy wychodzi się poza kopułę, uznałem to za akt miłosierdzia − wyjaśnił.

− Ciekawe… − mruknęła. − Muszę się zbierać. Zanosi się na deszcz.

− Zadzwonisz do mnie? − spytał.

− Jasne, kiedyś w końcu zadzwonię − odparła.

− Wiem − rzucił. − Wiem.


przełożył Konrad Walewski


Całe opowiadanie dostępne jest w pierwszym numerze elektronicznym polsiej edycji „F&SF”.

CZYTAJ TAKŻE