AD REM

BARIERA POTENCJAŁU:

Najlepszy, czyli kto?


Witold Michalak
To było tak. Człowiek siedział sobie spokojnie w piątkowy wieczór po polconowej bieganinie, gdy nagle został znienacka przyszpilony pytaniem, które popsuło mu ten wieczór i wiele następnych dni. „Kto jest twoim ulubionym pisarzem?” − zagaił ni z tego ni z owego Lavie Tidhar, powodując mocne zapowietrzenie i rozpaczliwą galopadę myśli. No bo co można odpowiedzieć na tak proste z pozoru pytanie? Biorąc pod uwagę, że zadał je pisarz ciągle jeszcze młody, ale już wzięty i ceniony w cywilizowanym świecie, można było sprawę załatwić prosto i powiedzieć, patrząc mu głęboko w oczy: ty, Lavie, tylko ty! Być może na to liczył, a może nie… Faktem jest, że to rozwiązanie olałem tak szybko, jak pojawiło się w mojej głowie. Nie będę wazelinić − przynajmniej nie facetowi. Co innego, gdyby obok siedziała niespecjalnie uzdolniona, ale za to szalenia powabna autorka. Niestety, siedział Lavie, któremu talentu nie brakuje, ale nie ma tak kiepskiego oświetlenia, ani tylu piw do wypicia, które mogłyby zmienić go w atrakcyjną niewiastę. Więc panikowałem, starając się znaleźć tego jednego, ukochanego, wyjątkowego pisarza, którego można nazwać swoim ulubionym, mistrzem, twórcą doskonałym, który przy okazji odmienił moje życie i wskazał czym jest literatura. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, gdy szybko trzeba powiedzieć coś mądrego, żeby nie było zbytniego wstydu przed gościem z zagranicy, moje myśli zaczęły przypominać doskonałą próżnię.

„Powiedz mu, co czytałeś ostatnio i miejmy to już ze łba” − podpowiedziały nagle resztki zdrowego rozsądku. Genialne! Co czytałem ostatnio? A, już wiem. Przed wyjściem na spotkanie redakcyjne kolejny raz przeglądałem pierwszy elektroniczny numer F&SF. Nazwisko autora? O szlag! Konrad Walewski. Tak. To była jego rozmowa z Johnem Clute’m. Obaj się nie nadają (przynajmniej jeszcze nie teraz).

„Szukaj dalej” − nakazał rozsądek, choć sam sobie doskonale zdawałem z tego sprawę. Przerzucałem w wyobraźni fiszki z ostatnio przeczytanymi książkami. Lucius Shepard − kawał dobrej literatury, ale czy aby na pewno tej najlepszej. Czy można powiedzieć, że jest tylko Shepard, a później długo, długo nic? Ja nie umiałbym. Przeglądałem kolejnych niedawno przeczytanych: Jeff Noon ze swoimi zaćpanym Wurtem – no nie, było miło, ale bez jaj. Mistrzostwo świata i okolic to nie jest. Później było kilka książek, które przeczytałem do końca tylko dlatego, że mam taki durny zwyczaj kończyć te, które zacząłem, nie bacząc na to, że wyję niekiedy z rozpaczy, a oczy mi krwawią od czytania produkcji, które na zawsze powinny spocząć w jakichś zapleśniałych lochach i straszyć zapuszczających się tam nieszczęśników.

„Olej ostatnio przeczytanych, pochwal się jakimś pisarzem z czasów liceum i studiów” − wysyczał zażenowany moją nieporadnością zdrowy rozsądek. Znowu genialny pomysł. Zaraz, co to ja wtedy… O tak, liceum to czas kultu Hermanna Hessego i jego Wilka stepowego. Pamiętam zachwyt towarzyszący każdej przeczytanej stronie; czułem wtedy, jakby to było dla mnie i tylko o mnie napisane. Co tam, w przypływie bucowatości byłem nawet gotów uznawać, że to jakaś moja inkarnacja spisała te wszystkie słowa, które ja po latach odkrywam. Czuliście to samo, kiedy czytaliście Wilka stepowego w liceum? Ja czułem i od tego czasu nie zajrzałem do tej książki − ani razu. Boję się, że dzisiaj mógłbym się srodze rozczarować i coś co wtedy porwało nastolatka, teraz zamiast oczarować głębią myśli, mogłoby obecnego czterdziestolatka srodze rozczarować swoją naiwnością. Szukałem w pośpiechu dalej, a w głowie dudniło mi cykanie zegara. Już czas wreszcie coś powiedzieć. Ale co, do cholery? Następny licealny bohater: Kurt Vonnegut! Zaczytywałem się w jego książkach. Matka noc? Genialna. Rzeźnia numer 5? Znakomita. Syreny z Tytana? Jak ja bym chciał coś takiego napisać… Nadaje się na ulubionego pisarza, takiego mistrza absolutnego, którego każde zdanie to stylistyczna perła, a każda książka otwiera oczy na nieznane, bawi, uczy, cieszy i jeszcze dają ją za darmo do każdego bochenka chleba, żeby cały naród mógł poznać mistrza? Niestety nie.

I tak rozpaczliwie brnąłem przez spis pisarzy. Każdego z nich z zimną konsekwencją psychopaty pozbawiałem tytułu tego jedynego, najlepszego. W końcu bez specjalnego przekonania rzuciłem jedno czy dwa nazwiska, ale niech mi będzie wybaczone: skłamałem. W środku czułem, że to nie to. Że na pewno są lepsi, którzy bardziej zasłużyli na tę cholerną nominację, namaszczenie ich na mistrza i założenie na głowę wieńca laurowego. Tylko ja baran po kilku browarach nie mogę sobie ich teraz przypomnieć i rzucić ich w twarz temu facetowi, który śmiał zadać mi to jedno jakże osobiste pytanie.

Od spotkania z Lavie’em Tidharem minęło już kilka tygodni, a ja nadal nie umiem wskazać tego jednego najbardziej ulubionego. A Wy, drodzy Czytelnicy, potrafilibyście to zrobić? Podać tu i teraz tego jednego jedynego, co do którego macie pewność absolutną, że tylko on i już nigdy nikt inny?

P.S. Jeśli kiedyś Lavie Tidhar jeszcze raz zada mi to pytanie, wiem jedno: na pewno nie wskażę go jako najlepszego. Nawet jeśli okaże się seksowną blondynką, nawet jeśli jego książki będą powalać i zgniatać czytelnika. Nigdy nie powiem mu, że jest najlepszy. Z czystej zemsty za to jedno piątkowe pytanie, którego zadawać po prostu nie wypada.

CZYTAJ TAKŻE

KOMENTARZE