LITERATURA

Cyberoko.jpg
Arkospływ to polski debiut Carolyn Ives Gilman; nowela, która objawia czytelnikowi świetną, w pełni ukształtowaną i podręcznikowo panującą nad własną kreacją pisarkę oraz doskonale przemyślane, wciągające uniwersum fantastycznonaukowe. Czego chcieć więcej? W roku 2009 tekst został nominowany do Nebuli. Wspaniałą ilustrację do podwodnego świata planety Ben, która trafiła na okładkę wersji oryginalnej „F&SF” (numer z września 2008 roku), a z niej prosto do polskiej edycji, stworzyli niezawodni Cory i Catska Enchowie. 

Carolyn Ives Gilman

Arkospływ

(Arkfall)
1. STACJA GOLCONDA
 
Zazwyczaj firmament wód nad Golcondą miał barwę bezkresnej czerni: żadnego ruchu, żadnych znaków, które odmierzałyby upływ czasu. Lecz podczas Arkospływu* otchłań rozpalała się przelotnie dryfującymi światłami. Z daleka wyglądały one jak deszcz fotyzmów, owych fałszywych poblasków, które unoszą się w pociemniałych oczach. Najpierw tylko smuga światła, potem kula, a wreszcie mały, dziobaty świat, zmierzający ku stacji na dnie morza.
 
Arki spływały do domu.
 
Z fosforyzującej powierzchni jednostki „Cormorin” Osaji czuła ową ciemność, która przytłaczała ją przez miesiące podnoszenia się. Wszędzie wokół − niczym samowolne myśli, które nakłuwają najgłębszą istotę morza − dryfowały arki. Widok wart włożenia kombinezonu piankowego i przeciśnięcia się na zewnątrz, żeby popatrzeć. Urodziła się i wychowała w głębinach, była więc nieświadoma panującego w nich ciśnienia. Nawet ów chłód, ledwie kilka stopni powyżej zera, jej zdawał się łagodny, ogrzany przez wulkaniczne wyziewy wydobywające się z dna morskiego Rozpadliny Golconda.
 
Po miesiącach dryfu przez Morze Solne, arkorój dotarł do stacji Golconda − miejsca, gdzie rozpoczynały się i kończyły jego cykle − dla chwili wytchnienia przed kolejnym rejsem. Głodne światła oczy Osaji, przywykłe jedynie do patrzenia na żarzącą się powierzchnię jej własnej arki oraz tych, które akurat dryfowały w pobliżu, delektowały się przestrzenią i ogromem jarzących się blaskiem kopuł i świateł ciągnących się poniżej rafinerii. Tu istniała namacalna odległość, rzeczywisty krajobraz.
 
W oczach kogoś innego prezentowałoby się to dość przerażająco. Wijący się wzdłuż doliny ciąg otworów odpływowych na dnie morza, gdzieniegdzie żarzących się czerwonawym ciepłem skał. A dalej, kierując się z prądem, czarne wyloty buchające brudną mieszanką pełną minerałów pochodzących z głębi umęczonej grawitacją skorupy planety. Wysokie kominy zakrywały starsze otwory termiczne. Wszędzie dokoła dno pokryte było grubą, błotnistą warstwą roślinności żywiącej się rozpuszczonymi składnikami pokarmowymi: rurkoczułkowcami, ślepymi białymi krabami, krewetkami, małżami, węgorzami, trawą morską, maleńkimi półprzezroczystymi rybkami. Ów starannie hodowany ekosystem został przetransportowany z odległej Ziemi na pokrytą wodami planetę Ben. Dla Osaji mulista brązowa dżungla wyglądała jak najobfitsza uprawa, najżyźniejsze pole, przyjazna obfitość życia. Stworzyły ją cierpliwe pokolenia.
 
Tuż obok niej por w lipidowej membranie arki wypuścił strumień bąbelków, sprawiając, że jednostka zaczęła łagodnie opadać ku podświetlonej przystani, przy której zgromadziły się już inne arki, zadokowane do elastycznych rękawów rurowych, rozchodzących się promieniście od kopuł niczym jarzące się blaskiem ramiona rozgwiazdy. Dla Osaji nadszedł czas, by wejść do środka, mimo to wciąż się jednak ociągała. Wszystkie jej problemy, szczelnie opakowane, pozostały w obrębie membrany „Cormorina”. Kiedy wejdzie do środka, znowu w nie wpadnie.
 
W uchu zabrzmiał głos z radiowej słuchawki:
 
− Czy wkrótce wejdzie do środka?
 
Był to typowo benicki sposób wysławiania się; niezobowiązujący, nienastawiony na konfrontację. Lecz przez to niepozbawiony przymusu. Osaji westchnęła, wybrzuszając tym samym maskę z aparatem do oddychania, po czym odparła:
 
− Uczyni to z radością.
 
Odepchnąwszy się, zanurkowała, minęła równik kuli arki, sunąc ponad jej srebrzystą powierzchnią. Górna część statku wypełniona była pęcherzykami gazu, który kontrolował jego pływalność oraz atmosferę. Ludzie, niczym maleńkie mitochondria w swym ogromnym żywicielu, mogli żyć jedynie w jego dolnej części.
 
Na dnie kadłuba arki Osaji odnalazła por, połechtała jego brzegi, aż rozszerzył się, po czym wepchnęła weń ramiona i głowę, przeciskając się przez miękkie, przylegające do siebie krawędzie. Wewnątrz strząsnęła wodę ze swych krótkich czarnych włosów i zdjęła maskę oraz płetwy. Znajdowała się w miękkim, łagodnie żarzącym się przewodzie, który prowadził ku górze, do kwater mieszkalnych. Kiedy szła, jej stopy odbijały się od gumowatego podłoża.
Kwatery zdawały się jasno oświetlone przez przewody jarzeniowe wijące się wzdłuż sufitu. Gdy tylko znalazła się w pełnym gwaru korytarzu, podeszła do niej dwójka dzieci Dori, zasypując pytaniami. Ich matka wyjrzała przez otwór swego pokoju i zawołała:
 
− Czy to ładnie tak zawracać jej głowę, kiedy ma tyle pakowania?
 
Uwaga skierowana była do Osaji. Rodzina Dori nie pozostawiała jej wątpliwości co do tego, że na Golcondzie opuści ich, wraz ze swoim bagażem.
 
Osaji przejechała palcem wzdłuż wrażliwego brzegu otworu, by wejść do swego pokoiku, membrana zaś cofnęła się, wpuszczając ją do środka. Pierwsza wnęka wewnątrz, w której mieszkała podczas ostatniego cyklu, była całkiem ogołocona, wszystkie jej rzeczy zostały spakowane w torby i paczki. Zatrzymała się w otworze wiodącym do sąsiedniej wakuoli i zawołała:
− Mota?
 
− Saji? − dobiegł z wnętrza nikły głos.
 
Osaji rozwarła membranę i zaraz musiała stłumić jęk przerażenia. W środku, pośród bezładnej sterty przedmiotów, siedziała wątła siwowłosa kobieta. Nie spakowała ani jednej rzeczy, odkąd Osaji zostawiła ją samą. A jeśli już coś zrobiła, to opróżniła kilka uprzednio spakowanych pakunków.
 
Łagodna twarz staruszki pojaśniała.
 
− Chawła Bogu, że już jesteś z powrotem! Zaczynałam się martwić. Gdzie byłaś?
 
− Na zewnątrz. Mówiłam ci, że wybieram się na zewnątrz.
 
− Mówiłaś mi − nie zaprzeczała, po prostu wygłaszała uwagę.
 
Z ust Moty nigdy nie padł wyrzut, nigdy nie wszczęła też kłótni. Była najłagodniejszą wiekową na całej planecie. Niekiedy doprowadzało to jej wnuczkę do szału.
 
− Mamy już mało czasu − poinformowała ją Osaji, chwytając torbę i zaczynając upychać w nią ubrania. − Za kilka minut „Cormorin” przybija do Golcondy.
 
− Pamiętam Golcondę − stwierdziła Mota refleksyjnie.
 
− Wiem o tym. Pewnie byłaś tam z sześćdziesiąt razy.
 
− Twoja matka, Manuko, zeszła tam raz i próbowała zostać pąklarką. Nigdy się do tego nie przyzwyczaiła. Ale twoja siostra... ona wyszła za pąklarza − powiedziała to tak, jakby Osaji nigdy o tym nie słyszała.
 
− Tak, spotkamy się z nią za kilka minut.
 
− O, to dobrze − stwierdziła Mota. − Będzie miło.
 
Osaji nie dodała: „A ty od dziś już z nią zostaniesz, uwalniając mnie od siebie”.
 
Dało się odczuć delikatny ruch związany z dokowaniem, zanim jeszcze Osaji zdążyła się nań przygotować. Dori wetknęła głowę do otworu i oznajmiła:
 
− Jesteśmy na miejscu. Wszyscy mogą już wychodzić.
 
− Za chwilę − odparła uprzejmie Osaji, w środku aż kipiąc.
 
„Cormorin” nie należała do szczęśliwych ark podczas tego cyklu. Kiedy Osaji na nią wstąpiła, nieopatrznie wzięła konwencjonalne zwroty grzecznościowe Dori za prawdziwą wyrozumiałość dla wiekowych. A kiedy cykl już trwał, Dori zaczęła wyrażać jedną słodko sformułowaną skargę po drugiej i wówczas stało się jasne, że obecność Moty nie odpowiada jej. Starsza pani nie powinna chodzić sama korytarzami, ponieważ może się przewrócić. Nie powinno pozwalać się jej przebywać w kuchni, ponieważ może uruchomić palnik i zapomnieć o tym. Nie powinna pomagać w sprzątaniu, ponieważ ma już za słaby wzrok, żeby dostrzec brud.
 
− Opieka nad wiekową to taka ogromna odpowiedzialność − powiedziała pewnego razu Dori do Osaji. − Ja już ledwie daję sobie radę ze swoimi problemami.
 
Toteż nie wzięła żadnej odpowiedzialności za Motę. Wszystko spadło na Osaji, co sprawiło, że Dori napomknęła z fałszywym współczuciem, iż Osaji nie wnosi swego wkładu pracy na arce. Mota ostatecznie stała się bez mała więźniem w swym pokoju, ponieważ sam jej widok dawał Dori nowy pretekst do wygłaszania uwag na temat swej udręki i poświęcenia.
 
Korytarze stacji Golconda wprawiały w stan osłupienia każdego nowo przybyłego z dryfu. Świat dryfiarzy stanowił zamkniętą sferę łagodnej miękkości, gdzie nigdy nie podnoszono głosu, nigdy nie wydawano rozkazów; w ramach skomplikowanej choreografii ich wspólnej misji wszyscy chodzili swoimi drogami. Świat pąklarzy był szarą, industrialną przestrzenią twardych podłóg, kątów, tłumów i hałasu. Pąklarze musieli poruszać się skoordynowanym krokiem marszowym − nazywali to kooperatywnym posłuszeństwem. Było ich zbyt wielu w nazbyt małej przestrzeni, żeby mogli przeżyć w jakikolwiek inny sposób. Owe dwa tryby życia stanowiły yin i yang Ben; jeden potrzebował drugiego, lecz pozostawały dwiema odrębnymi naturami.
 
W holu czekał rząd tragarzy z elektrycznymi wózkami. Starając się ukryć swoją nieśmiałość, Osaji podeszła do jednego z nich. Formy grzecznościowe były tu szorstkie, ponieważ pąklarze zawsze uważali, że mają za mało czasu na wzajemne uprzejmości. Tragarz wymienił zawrotną sumę. Kiedy spróbowała wyjaśnić mu swoje położenie, odparł, że ceny ustalają Władze i w tej sprawie nic nie da się zrobić. Poddała się, czując się poniżona.
 
Bagaż Moty zapełnił cały wózek, więc Osaji podała tragarzowi adres, upewniła się, że starsza pani siedzi bezpiecznie obok, po czym podniosła swoje torby, aby ruszyć pieszo, pragnąc raczej uniknąć rozmowy z kolejnym tragarzem, niż oszczędzić pieniądze. Wkrótce poczuła, że ludzie dookoła potrącają ją, zakłócając jej prywatność. Korytarz był na wpół zablokowany jakąś hałaśliwą konstrukcją, zaś poruszający się tłum, ściśnięty w wąski rękaw tupoczących stóp i obcych ludzkich oddechów, wydał jej się odrażający. Kiedy znalazła się w jednej z kopuł, zaczęła rozglądać się za jakimś ustronnym miejscem z dala od ruchu ulicznego, by móc napatrzeć się na tę niesamowitą otwartą przestrzeń. Jasno oświetlona struktura geodezyjna obejmowała obszar zieleni, przypominający park, otoczony firmowymi sklepami oraz biurami Władz. Kępa drzew sięgała zapierającej dech w piersiach wysokości dwudziestu stóp ponad jej głową. Pnące się ku górze gałęzie sprawiały, że jej serce przepełniała radość; wszak ona też ma potencjał rozwojowy. Gdyby tylko zdołała wywinąć się ograniczeniom, jakie nakładało na nią jej życie, znów mogłaby coś osiągnąć.
 
Lecz mimo to, ponad drzewami, ciężar lodowatego, pokrywającego całą planetę oceanu parł w dół. Hodowanie formy życia tak dalece nieprzystającej do tego środowiska stanowiło ze strony budowniczych iście donkiszotowski gest. Być może genom ludzki zawierał w sobie kod owej potrzeby umieszczania rozmaitych rzeczy tam, gdzie były one nie na miejscu. Osaji znała dryfiarzy, którzy wyrażali się o drzewach wyniośle, dla nich pozostawały one bowiem symbolem braku zdolności przystosowawczych. To oni byli prekursorami benickiego stylu życia, a nie drzewa − przeniesione tu na siłę, niemożliwe do hodowania w tym środowisku. Gdy nad jej głową przeleciał ptak, Osaji głęboko westchnęła z zachwytu.
 
Wezbrała w niej nagła ochota, by zacząć działać według dawno już ułożonych planów. Czemu nie teraz, zanim zobaczy się z rodziną, żeby stało się to faktem dokonanym? Wiedziała, gdzie należy się udać, ponieważ odszukała to miejsce podczas poprzedniego cyklu. Choć wówczas nie miała w sobie dość determinacji. Tym razem będzie inaczej.
 

 
Siedziba Władz Imigracyjnych była starannie zaaranżowana. Agenci siedzieli za rzędem prostych biurek, podczas gdy klienci, w trzech równych rzędach krzeseł naprzeciw nich, czekali, aż zostanie wywołany ich numerek. Nikt nikomu się nie przyglądał. Ciche głosy agentów przepełniały pomieszczenie tłem przepływających słowopodobnych dźwięków, z których nie sposób było wyłowić poszczególnych wyrazów.
 
Kiedy przyszła kolej Osaji na rozmowę z agentką, dziewczyna rzuciła torby w niedbały stos na podłodze obok krzesła. Ledwie usiadła, a już wyrzuciła z siebie:
 
− Twoja klientka pragnie opuścić planetę.
 
Agentka była młodą kobietą mniej więcej w wieku Osaji, ale znacznie ładniejszą, ubraną w niebieski mundur z białym sztywnym kołnierzykiem. Spokojna i kompetentna, odparła:
 
− Z jakiego powodu?
 
Osaji nie przygotowała się na podobne pytanie. Dryfowała w morzu powodów, tonąc w nim. Bała się otworzyć usta z obawy, że się udławi ich nadmiarem. W końcu wybrała jeden, który wydawał się najmniej karkołomny.
 
− Żeby zobaczyć inne miejsca.
 
− A więc jest to pragnienie natury turystycznej? − spytała uprzejmie młoda kobieta.
 
Jej dłonie spoczywały złożone na biurku.
 
− Nie. − Osaji uświadomiła sobie, że wypowiedziała to w sposób trywialny i niepohamowany. − To konieczność wykorzystania szansy. By poszerzyć horyzonty.
 
− A zatem edukacyjnej?
 
Wiedząc, że kolejne pytanie będzie dotyczyć tego, która cudzoświatowa akademia przyjęła ją, Osaji wyjaśniła:
 
− Nie. Lepiej jest pracować samemu.
 
− Chodzi więc o wzbogacenie finansowe?
 
− Nie! − Było to już aspołeczne samolubstwo. − Człowiek pragnie poznać świat, doświadczyć innych kultur. Jak inaczej może rozwijać się ludzki umysł? Ben to planeta mała i ograniczająca możliwości.
 
Choć ostatnie słowa wypowiedziała bardzo cicho, agentka dosłyszała je. Pozornie nie zareagowała, ale zmieniła sposób zadawania pytań.
 
− Czyżby Wielkie Dzieło przestało inspirować?
 
− Nie. − Osaji poruszyła się nerwowo. Nadal czuła, że Wielkie Dzieło stworzenia z tej poznaczonej kraterami kuli lodu planety nadającej się do zamieszkania było czymś szlachetnym, ona zaś miała szacunek dla poświęcenia tych wszystkich pokoleń, które doprowadziły to dzieło tak daleko. Ale był to proces powolny, trwający całe wieki, a ona nie dożyje jego ukończenia. Jeśli nie wyjedzie, nawet nie zobaczy, jak wygląda planeta nadająca się do życia. − Chodzi o to... W o l n o  nam wyjechać? Zawsze się to powtarza.
 
Agentka uśmiechnęła się, co sprawiło, że wydała się jeszcze urodziwsza.
 
− Oczywiście. Tyle tylko, że często klienci sądzą, że chcą wyjechać, gdy tymczasem tak naprawdę pragną rozwiązać pewne swoje problemy osobiste. Byłoby czymś nader egoistycznym prosić nas, by inwestowano środki przeznaczone na wysłanie kogoś poza planetę tylko dlatego, że ktoś nie potrafi stawić czoła obowiązkowi.
 
Wstyd, jaki poczuła wówczas Osaji, był jak mdłości, które podnoszą się z żołądka. Kobieta widziała ją na wylot. Osaji usiłowała ukryć swoje tchórzostwo w odważnych fantazjach, aby sprawiało wrażenie mniej odrażającego. Prawda jednak była taka, że wyjazd z Ben oznaczał porzucenie własnej babki, owej przemiłej i bezradnej wiekowej, która ją wychowała, a teraz obarczyła ją obowiązkiem, którego Osaji nie chciała. Było to takie nikczemne − siedziała, wpatrując się w swoje złożone na kolanach dłonie, niezdolna unieść wzrok. A mimo to porzucenie nadziei ucieczki sprawiło jej tak dojmujący ból, że nie potrafiła wstać z krzesła, nie potrafiła zrzec się swego miejsca na rzecz kogoś, kto bardziej na nie zasługiwał.
 
− Bardzo niewielu z tych, którzy opuszczają Ben, podobają się inne światy. Nie nadajemy się to tego typu życia. Poza tym szlachetniej jest stawiać czoła problemom tutaj, niż uciekać.
 
Osaji milczała, ale palące łzy napływały jej do oczu i kapały na zaciśnięte dłonie. Usiłowała myśleć tak, jak powinien myśleć człowiek szlachetny o odważnym stawianiu czoła własnym problemom, ale zamiast tego poczuła głębokie rozżalenie. Mota będzie jeszcze żyła przez długie lata. To nie ciało zmieniło ją w wiekową, problem stanowił jej zbłąkany umysł. Choroba spadła na nią wcześnie − na tyle wcześnie, że Osaji, najmłodsza wnuczka, nie miała jeszcze nawet własnego życia, toteż stała się rodzinnym rozwiązaniem. Prawdziwą tragedię przeżywała Mota. Ale będąc jej opiekunką, nie mogła wyznaczyć sobie żadnego celu nadrzędnego, żadnego zadania, lecz jedynie trwać do końca w monotonnej cierpliwości. A co potem? Do tego czasu wszystkie szanse Osaji przepadną.
 
W najtrudniejszej chwili, kiedy zdawało jej się, że już nigdy nie wydostanie się ze swego więzienia, z zamyślenia wyrwał ją czyjś nader irytujący, podniesiony głos przy sąsiednim biurku. Umięśniony, ogorzały przyjezdny robił awanturę swojej agentce.
 
− Ma pani zamiar ruszyć swój ważniacki tyłek, czy mam tu rozpętać piekło?!
 
Jego agentka, kobieta nieśmiała, która wyglądała na boleśnie zażenowaną uwagą, jaką przykuwa, usiłowała uspokoić go cichym głosem.
 
− I proszę mi tu nie szeptać, mała biurokratko z głupawym uśmieszkiem! − huknął tamten jeszcze głośniej. − Masz zamiar dać mi wizę i bilet na najbliższy prom z tej zatęchłej małży, czy chcesz usłyszeć prawdziwe decybele, paniusiu?
 
− Bardzo pana proszę − uspokajała go. − Krzyczenie na agentkę nie rozwiąże problemu.
 
− Nie masz pojęcia, na czym polega problem, siostruniu. Ale w tym tempie szybko się dowiesz.
 
Agentka Osaji pospieszyła na ratunek swojej roztrzęsionej koleżance.
 
− Więc na czym polega problem?
 
Niechlujny cudzoświatowiec odwrócił się do niej. Był tylko na wpół ogolony i miał na sobie kombinezon najemnika.
 
− P r o b l e m e m, moja droga, jest ta cała lizusowska planecina, na której nie istnieje jeszcze życie kręgowe. Cała ta cholerna kultura jest oparta na tłumionej agresji. Czy wy wszyscy nie rozumiecie, że to jest  p o g r a n i c z e? Gdzie wasza inicjatywa, wasza samodzielność? Gdzie wasze nowe horyzonty? W życiu nie widziałem jeszcze równie zaściankowych, krótkowzrocznych, konformistycznych i ograniczonych ludzi. Ta planeta to zakonserwowana w formaldehydzie dziura. Chcę się stąd  w y d o s t a ć!
 
Osaji często miewała podobne myśli w stosunku do Ben, ale słysząc, w jak wulgarny sposób zostały wyrażone, zbuntowała się. Intensywność jej emocji odwróciła się i skierowała na owego ziejącego nienawiścią cudzoświatowca obok niej. On otrzymał szanse, jakie jej nigdy nie będą dane, a co z nimi uczynił?
 
Z jednego z biur na zapleczu wyszedł kierownik, by zaprowadzić mężczyznę do osobnego pomieszczenia i uspokoić go. Cudzoświatowiec, być może przeczuwając, że straci publiczność, wstał, by bronić swej pozycji. Był niski, miał chude, nieco pałąkowate nogi, ale na jego twarzy malowała się zawziętość.
 
− Wiesz do kogo mówisz, synu? − spytał. − Słyszałeś kiedyś o Bitnym Jacku Hallidayu, który zdobył Placówkę Plamona w Wojnie Przegubowej? − Kiedy nikt wokół nie wykazał choćby odrobiny zrozumienia, posypały się inwektywy. − Pewnie, że nie. Wy, denniaki, macie gdzieś wszystko, co nie dzieje się tuż pod waszym nosem.
 
Kierownik starał się dążyć do porozumienia, ale Osaji dostrzegła, że nie przyniosło to żadnych rezultatów. Jej gniew płonął niczym długi lont, który teraz właśnie się wypalił. Wstała i wykrzyczała:
 
− Czy przybył pan tutaj tylko po to, żebyśmy wysłuchiwali pańskich oszczerstw i żądań?! Jeśli nie potrafi pan dać sobie rady na Ben, to wielka szkoda, ale niech pan przestanie jęczeć!
Bitny Jack zrobił minę, jak gdyby zaatakowano go z zasadzki, ze strony, z której najmniej się tego spodziewał. Zdruzgotany, wpatrywał się w Osaji, jakby usłyszał padający niewiadomo skąd strzał snajperski, i zdołał tylko wybąkać:
 
− Co do...?
 
Nieco przerażona tym, czego się dopuściła, Osaji usiadła z powrotem naprzeciw swojej agentki. W końcu kierownik zdołał wyprowadzić tego pieniackiego cudzoświatowca. Biuro z wolna powracało do swego normalnego funkcjonowania.
 
− Tacy właśnie są wszyscy ludzie na innych światach − stwierdziła cichym głosem agentka Osaji. − Imigrant musi sobie z tym radzić dzień w dzień. Jest pani pewna...?
 
− Nie − przerwała jej Osaji. − Myślę, że nurt życia umieścił go w tym miejscu, żeby coś mi zakomunikować. Nie powinnam opuszczać Ben.
 
Agentka uśmiechnęła się zachęcająco.
 
− Jestem pani wdzięczna za jej wzorową postawę.
 
Pozornie znów opanowana, Osaji podniosła swoje torby i wyszła, czując raczej umęczenie niż ulgę.
 
 
2. PĄKLARZE I DRYFIARZE
 
Siostra Osaji, Kitani, mieszkała wraz ze swoją rodziną w kopule, podzielonej na przypominające kawałki tortu Jednostki Mieszkalne, które otaczały centralny obszar stołowy i rekreacyjny. JM Kitti znajdowała się na pierwszym piętrze, co oznaczało, że była mniejsza, choć od dwóch cykli rodzina znajdowała się na liście oczekujących na zamianę na większą. Oto jeden z kompromisów, na jakie musieli się godzić, by żyć w pąklach. Drzwi otworzył jej szwagier Juko, miał czerwoną twarz, na ręku trzymał płaczące dziecko. Był to tyczkowaty mężczyzna o wiecznym, nieco głupawym uśmiechu − co było zrozumiałe, zgiełk bowiem, w jakim się znalazła, doprowadziłby do obłędu każdego, kto nie był doń przyzwyczajony. JM składała się jedynie z dwóch pokoi − wielofunkcyjnego oraz spalni, w której ich córka przeżywała właśnie napad złości. Główne pomieszczenie było zagracone meblami, sprzętem do gotowania, spacerówkami, ubraniami i pojemnikami na pieluchy. Bagaż Moty utworzył przeszkodę na samym środku podłogi.
 
− Powiedz swojej cioci, Saji, że miło ją widzieć − krzyknął Juko do trzymanego na rękach dziecka.
 
Jako powinowatemu nie wypadało mu zwracać się do Osaji bezpośrednio.
 
Osaji rzuciła swoje rzeczy na podłogę, jako że jedynie tam było miejsce, po czym spróbowała przywitać się z Juko dokładnie w chwili, kiedy dziecko zwymiotowało na niego. Uśmiechnął się, jak gdyby nie potrafił przybrać żadnej innej miny, i zniknął w spalni.
 
Babcia Osaji usiadła w fotelu, sprawiała wrażenie nieco oszołomionej. Ze spalni wyłoniła się z umęczoną miną Kitti i uściskała siostrę. A spojrzawszy na stos bagażu, spytała:
 
− To dlatego, że zmieniasz arki?
 
− Tak − odparła Osaji. − Jakoś nie pasowało mi na „Cormorin”. − Przyzwoitość zabraniała jej choćby w najmniejszym stopniu źle się wyrażać o innych.
 
− To fatalnie − skwitowała Kitti z pełnym roztargnienia współczuciem, jak gdyby nic jej to nie obchodziło.
 
Osaji miała ochotę natychmiast odciągnąć ją na stronę i przedstawić swoją prośbę, ale zdawało się, że nie jest to odpowiednia chwila.
 
Nie nadeszła ona i później tego wieczoru − tłocznego, chaotycznego ciągu przemeblowań, karmienia i dziecięcych wybuchów. Dopiero nazajutrz rano Osaji i Kitti znalazły chwilę sam na sam, kiedy zabrały dzieci na plac zabaw w przyległej kopule. Usiadły na ławce i patrzyły, jak pąklarskie maluchy figlują pod wiszącym nad ich głowami morzem.
Kitti pierwsza poruszyła ten temat.
 
− Mota naprawdę podupadła na zdrowiu − stwierdziła.
 
Owo bezceremonialne oświadczenie − pozbawione wahania i niezawierające w sobie pytania − świadczyło o tym, jak bardzo zaskoczył ją ten fakt. Dotknęło to Osaji.
 
− Tak sądzisz? − spytała, choć właśnie o tym chciała porozmawiać.
 
− A ty nie? Jest znacznie słabsza i niepewnie trzyma się na nogach. Powinnaś zapewnić jej więcej ćwiczeń. No wiesz, wiekowi nadal mogą wzmacniać mięśnie, jeżeli nad tym pracują.
 
− Aha − mruknęła Osaji.
 
− A do tego wydaje się, że myślami jest daleko. Powtarza się, gubi wątek w tym, co mówią inni. Musisz ją bardziej zdopingować, stawiać jej wyzwania pamięciowe, angażować ją.
 
− A czy po prostu nie jest stara? − spytała Osaji.
 
Kitti błędnie wzięła to za prawdziwe pytanie.
 
− Wiek nie musi oznaczać pogorszenia sprawności. Jest wielu wiekowych, którzy wciąż są sprawni intelektualnie i aktywni.
 
− Ale nie Mota.
 
− Nie, ona potrzebuje zachęty, żeby podnieść swoją sprawność.
 
Osaji poczuła, jak ogarnia ją zwątpienie.
 
− Zastanawiam się, czy arka to najodpowiedniejsze miejsce dla niej. Być może, gdzie indziej byłoby jej lepiej.
 
− Gdzie? − spytała Kitti. − Kopuły dla wiekowych są przepełnione, i nie da się tam umieścić nikogo bez zaświadczenia lekarskiego. Nie jest z nią aż tak źle.
 
− Ale mimo wszystko w arce jest naprawdę trudno. Nie ma w niej miejsca dla bezproduktywnych. I nie chodzi tylko o nią; z jej powodu i ja jestem bezproduktywna, bo muszę się nią zajmować. Marnują się dwie koje zamiast jednej. A przy tym marnują się dwa życia.
 
Ni z tego, ni z owego Kitti zmieniła temat.
 
− A co u ciebie? Poznałaś kogoś?
 
Osaji wróciła myślami do powolnej tortury, jaką był ostatni cykl: codzienna surowa dyscyplina ciągłej opieki nad Motą. Ani razu nie wyrwała się z nałożonego na siebie obowiązku. Ani na chwilę nie przestała o niej myśleć. Nie zostało miejsca na nic innego.
 
− Przecież mogłabyś się zarejestrować − stwierdziła Kitti. − Komputery dobrze sobie radzą z dobieraniem ludzi w pary.
 
Większość Benitów znajdywała partnerów w ten właśnie sposób. W miejscu, w którym każdy żył w odizolowanych strefach rozrzuconych po morskim dnie, stanowiło to najpraktyczniejszy sposób stworzenia dobranej pary. Osaji opierała się przed tym od lat, w gasnącej nadziei, że pozna kogoś w dawny, magiczny sposób, prowadzona przez nieomylny nurt życia. Na myśl o swej naiwności poczuła ostre ukłucie rozczarowania.
 
− Kto związałby się z osobą obarczoną wiekową? − spytała, a w jej głosie zabrzmiała gorycz.
W końcu Kitti ją dosłyszała.
 
− Nie możesz dopuścić do tego, żeby zrujnowała ci życie − oświadczyła.
 
Choć Kitti nie chciała, żeby zabrzmiało to jak oskarżenie, Osaji odebrała to w ten właśnie sposób.
 
− Kitti, gdybyś tylko wzięła ją na jeden cykl... − wybuchła.
 
− Ja? − Zdumiała się siostra. − Mam dwójkę młodych. Widziałaś naszą JM.
 
− Wiem.
 
Ale młode, JM − wszystko było skutkiem wyborów, jakich dokonała Kitti. Tymczasem Osaji nie miała żadnego wyboru. Kitti uniemożliwiła go.
 
Powróciło uczucie ucisku. Myśl o kolejnym cyklu, takim samym jak ostatni, była nie do zniesienia.
 
− Obawiam się − odezwała się Osaji cichym głosem − że znienawidzę ją.
 
Kitti czule objęła ją za ramię i mocno przytuliła.
 
− Oh, nigdy byś tego nie zrobiła. Jesteś dobrą, kochającą wnuczką. To, co dla niej robisz, jest naprawdę godne podziwu. − Spojrzała w posępne oblicze siostry i dodała z perswazją w głosie − daj spokój, uśmiechnij się. Wiem, że ją kochasz, i to się liczy.
 
Kitti tak bardzo przywykła do radzenia sobie z dziećmi, że nie potrafiła nawiązywać kontaktu w żaden inny sposób. Wszelkie problemy jawiły jej się jako dziecinne, wszelkie rozwiązania zredukowane były do lizaków i kołysanek. Niespodziewanie Osaji wstała, pragnąc zająć się czymkolwiek, poczuła bowiem, że zaraz zrobi coś niegodziwego, na co nie zdobyłaby się dobra i kochająca wnuczka.
 
Tego wieczoru, po kolacji oświadczyła:
 
− Trzeba załatwić pewną sprawę.
 
Na szczęście Kitti i Juko byli zajęci dziećmi, toteż nikt nie zaproponował, że z nią pójdzie.
Doki wciąż były przepełnione wózkami dostawczymi, bagażowymi oraz przypływającymi i odpływającymi dryfiarzami. Przeszła jasno oświetloną alejką, zatrzymując się przy każdym porcie rurowym, gdzie arkonauci zamieszczali informacje związane z wakatami w załogach. Szybko minęła port „Cormorin”, zauważając z rozżaleniem notkę o dwóch wolnych kojach.
 
Kiedy czytała ogłoszenie o poszukiwanym techniku hydroponicznym, zastanawiając się, czy przyjęto by ją na to stanowisko, zbyt dobrze znany głos sprawił, że obróciła się i rozejrzała. Stał tam − ów cudzoświatowiec, Bitny Jack, usiłując zrobić wrażenie na młodych pracownikach doków, którzy go otoczyli. Z trudem uwierzyła, że władze jeszcze się go nie pozbyły. Kiedy jej spojrzenie wylądowało na nim, uniósł wzrok i spostrzegł ją.
 
− O cholera! − rzucił. − To ta sekutnica.
 
Błyskawicznie odwróciła się, żeby uniknąć jakiegokolwiek dalszego kontaktu, ale nie był to mężczyzna z gatunku tych, którzy łatwo się zniechęcają. Przepychając się przez ruch uliczny, podszedł do Osaji. Był od niej niewiele wyższy − zbita masa grubiaństwa.
 
− Posłuchaj − zaczął. − Wczoraj, w tym biurze... Zrozum, odjechałem na kokainie.
 
Jak gdyby było to usprawiedliwienie. Zmarszczyła brwi.
 
− Po co cudzoświatowy najemnik się tu zjawił?
 
Wydał z siebie ironiczny, chrypiący śmiech.
 
− Siostruniu, nie jesteś pierwszą osobą, która o to pyta. Pytali przez cały czas trwania tych przeklętych zabiegów przystosowujących do wysokiego ciśnienia. Ale krążyła pogłoska, że jest tu sporo pustej przestrzeni, niezbadanego obszaru, miejsca, które można zagospodarować. Wszystko prawda, tyle tylko, że znajduje się pod tonami wody, a domostwa są jak dla mnie trochę za bardzo wspólnotowe.
 
Przyszedł jej do głowy pewien pomysł, genialny w swej mściwości.
 
− A czy rozważył udanie się na dryf? W ten sposób można lepiej poznać Ben.
 
Spędzić miesiące uwięziony w bańce dryfującej poprzez nieprzezroczystą czerń, którą w istocie jest ta planeta? Doprowadziłoby go to do szału.
 
− Tak myślisz? − spytał.
 
− Owszem − odparła zachęcająco. − Jest arka, która szuka nowej załogi. Nazywa się „Cormorin”, tam dalej korytarzem. Kandydat powinien spytać o Dori.
 
Wyglądał, jak gdyby rzeczywiście rozważał taką możliwość.
 
− Czemu nie? − rzucił. − Gorzej już być nie może. Dzięki, mała.
 
Kiedy już odwracał się, by odejść, podłoga drgnęła nieznacznie, a wiszące lampy zakołysały się. Stracił równowagę.
 
− O, rany − odezwał się. − Zdawało mi się, że jestem trzeźwy.
 
Osaji nie zadała sobie trudu wyjaśnienia, że to tylko wstrząs sejsmiczny, zjawisko tutaj − wzdłuż rozpadliny − nader częste. Odwróciła się, by czmychnąć w przeciwnym kierunku.
 
Po drugiej stronie korytarza, u wejścia do następnego portu, wysoka, szczupła kobieta z opaską na oku przyglądała jej się ze skrzyżowanymi ramionami. Kiedy Osaji przechodziła obok, spytała:
 
− Czy ktoś szuka wakatu?
 
Osaji zatrzymała się. Zmierzwione włosy kobiety układały się w siwe pasemka, ale wyglądała na sprawną fizycznie, emanując przy tym opanowaniem oraz chłodną pewnością siebie. Opaska na oku zdawała się swego rodzaju pozą, deklaracją nonkonformizmu, Osaji zaś niespodziewanie uznała, że to się jej podoba.
 
− Laura z „Divernon” − przedstawiła się kobieta.
 
− Osaji z... obecnie znikąd.
 
− „Divernon” potrzebuje kogoś do pomocy przy pracach dorywczych, a zwłaszcza tych wodnych.
 
Osaji spuściła wzrok.
 
− Twoja kandydatka lubi prace wodne. − Nie mogła przyznać, że jest w nich dobra − byłoby to nieskromne − ale była. − Jej profil znajduje się w archiwum.
 
− Nie muszę oglądać jej profilu − oświadczyła Laura. − Widziałam, jak poradziła sobie z tym cudzoświatowym palantem.
 
Osaji uniosła wzrok, zdumiona, że ktokolwiek zdecydowałby się zaangażować członka załogi, nie przestudiowawszy uprzednio jego profilu zgodności. Jedyne oko Laury było niepokojąco czujne, ale wesołe. Z jej twarzy można było wyczytać, że często się śmieje.
 
− Czy młoda poszukiwaczka przygód chce zabrać kogoś jeszcze? − spytała.
 
Osaji zarumieniła się, czując ukłucie, ale odparła:
 
− Nie.
 
− Nie będzie miało znaczenia, jeśli jeszcze się nie pobrali. − Laura opacznie zrozumiała powód jej rumieńca.
 
− Ilu członków załogi liczy „Divernon”? − spytała Osaji, żeby zmienić temat.
 
− Mnie, Mikitę... i ciebie. Liczyłyśmy, że przyłączy się do nas para, ale nie możemy już dłużej czekać. Władze chcą, abyśmy zwolniły ten port dziś w nocy.
 
− Tylko trzy?
 
Była to podstawowa załoga. Będą ciężko pracować, ale i cieszyć się znaczną prywatnością.
 
− Poprzednia załoga „Divernon” pobrała się i opuściła nas − stwierdziła drwiąco Laura. − Może osoba samotna będzie pewniejsza.
 
Wszystko wskazywało na to, że jest to szczęśliwa arka, choć nieco odludna. Ale w tej chwili samotność zdawała się pożądana.
 
− Arka odpływa dziś w nocy? − spytała.
 
− Czy Osaji znikąd będzie gotowa?
 
− Tak. Musi pójść po swój bagaż.
 
− Niech zatem po niego rusza − nakazała Laura.
 
Osaji przywołała wózek elektryczny, niemal nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie robi. Wstępowała na arkę pod wpływem impulsu, nie przestudiowawszy profili załogi, nie poznawszy nawet jednej z dwu osób, z którymi spędzi następny cykl. Był to akt szaleństwa, czy też raczej desperacji.
 
Kiedy wróciła do JM Kitti, poprosiła kierowcę wózka, żeby zaczekał w jakimś ustronnym miejscu, po czym weszła do środka, licząc, że pozostali przygotowują się do snu, więc mogłaby wymknąć się po kryjomu. Juko był w spalni i kładł dzieci do łóżka, ale Kitti wciąż znajdowała się na zewnątrz wraz z Motą. Zdążyła otworzyć bagaż Moty i właśnie go porządkowała. Jeden kosz na odpadki był już wypełniony po brzegi przedmiotami, które zdecydowała wyrzucić.
 
− Co ty robisz? − zdumiała się Osaji.
 
− Pozbywam się kilku bezużytecznych śmieci, które wiecznie ze sobą wlecze − wyjaśniła Kitti z wyraźną wesołością. − Doprawdy, Saji, nie zaglądałaś do tych toreb? Niektóre z tych rzeczy mają pewnie z pięćdziesiąt lat. − Podniosła sfatygowany drewniany flet, któremu brakowało stroika. − Na co to?
 
Był to flet, na którym grał cioteczny dziadek Yamada w dniu, w którym połączyli dwie arki, „Steptoe” i „Elderon”, kiedy Mota była młoda. Osaji słyszała tę historię tyle razy, że niekiedy miała ochotę wrzeszczeć, gdy wszystko wskazywało na to, że usłyszy ją ponownie. Zerknęła na Motę, spodziewając się, że ta za chwilę rozpocznie opowieść, ale starsza pani była wycofana i milcząca.
 
− Grasz na nim? − spytała uszczypliwie Kitti. Mota pokręciła przecząco głową. − Więc na co ci on? Po co go nosić ze sobą?
 
− Zrób z nim, co chcesz − odparła Mota, odwracając wzrok. − Nie zależy mi.
 
Kitti wepchnęła go do kosza.
 
Osaji wpatrywała się w wyrzucone przedmioty. Była pośród nich brudna pluszowa zabawka, którą ich dziadek podarował Mocie, kiedy po raz pierwszy zaszła w ciążę; skała, którą Yamada przywiózł z powierzchni; wisiorek z muszelką na szczęście. Osaji znała wszystkie te historie.
 
− Kitti, te przedmioty należą do niej. Nie możesz tak po prostu ich powyrzucać.
 
− O wszystko ją pytam − usprawiedliwiała się Kitti − a ona się zgadza.
 
Naraz Osaji zrozumiała: Kitti zamierzała poprawiać kondycję intelektualną Moty. Tymczasem Mota, jak to miała w zwyczaju, po prostu na wszystko się godziła. Przeżyła tyle lat, próbując zadowolić innych, że nie pamiętała już nawet, jak to jest pragnąć czegoś dla siebie. Ukłucie współczucia sprawiło, że Osaji spytała:
 
− Kitti, czy mogę z nią porozmawiać?
 
Kitti podniosła się z podłogi.
 
− Muszę sprawdzić, co u maluchów.
 
Osaji usiadła obok Moty. Staruszka ujęła jej dłoń i ścisnęła, ale nie odezwała się.
 
− Mota, musisz mi coś powiedzieć − zaczęła cichym głosem Osaji. − Chcesz odbyć ze mną kolejny cykl na arce, czy wolisz tu zostać?
 
Mota milczała. Osaji poczekała chwilę, po czym oznajmiła:
 
− Musisz się zdecydować. Dziś w nocy odpływamy.
 
− Chcę tego, czego ty chcesz − oświadczyła Mota. − Cokolwiek sprawi, że będziesz szczęśliwa.
 
Choć spodziewała się takiej odpowiedzi, Osaji wciąż odczuwała znajomą frustrację. Bierność babki stanowiła swego rodzaju manipulację, sposób zrzucenia całej odpowiedzialności na innych, zrzeczenie się dorosłości. Mota zawsze taka była i nie dało się tego przezwyciężyć. Zmieniało to wszystkich wokół niej w małych dyktatorów. Osaji nienawidziła tej roli i czuła złość do Moty, że do tego doprowadza.
 
Powinna być to decyzja podjęta z miłością, tymczasem dla serca Osaji okazała się smutnym obowiązkiem, kiedy postanowiła:
 
− W porządku. Płyniesz ze mną.
 
Opróżniła kosz na śmiecie i upchnęła wszystkie te przedmioty z powrotem do torby, dźwignęła tyle ekwipunku, ile mogła unieść, po czym zaniosła go na oczekujący wózek. Trzeba było trzech kursów na przeniesienie bagażu, przy czwartym pomogła Mocie podejść do drzwi. Przyszło jej do głowy, żeby wymknąć się bez słowa, ale w ostatniej chwili wetknęła głowę przez drzwi spalni.
 
− Kitti, musimy już iść. Nasza arka odpływa.
 
− Już? − Kitti sprawiała wrażenie zaskoczonej tą wieścią, ale nie nieszczęśliwej.
 
Wstała, żeby je obie uściskać, życzyć im szczęśliwego cyklu i próbować wcisnąć trochę jedzenia, którego Osaji nie przyjęła.
 
Przez całą drogę do doków Osaji powtarzała w myślach to, co zamierzała powiedzieć swoim nowym arkonautkom. Ale kiedy dotarły do „Divernon”, nie było tam śladu ani Laury, ani nikogo innego. Pomogła Mocie przecisnąć się do wnętrza przez elastyczny przewód i zawołała:
 
− Halo? Divernonki?
 
Nikt nie odpowiedział.
 
Znalezienie wolnych kwater nie stanowiło problemu, toteż zostawiła Motę w środku i wróciła, żeby zająć się przenoszeniem bagażu. Przyszło jej do głowy, że póki nie odpłyną, łatwo ukryje obecność Moty, potem zaś będzie za późno na czyjekolwiek protesty.
 
Zarzuciła właśnie na ramię ostatnią torbę i zapłaciła kierowcy, kiedy krzyk z przeciwległej strony korytarza sprawił, że zamarła:
 
− Hej, gołąbeczko!
 
Był to Bitny Jack, który pędził korytarzem niczym namierzająca jej pozycję torpeda. Dałaby nura do arki, gdyby nie strach, że gotów wejść za nią do środka.
 
− Co to za pomysł, żeby wysyłać mnie do tej nadętej babki? − darł się z odległości dwudziestu stóp.
 
Każdy, kto znajdował się w zasięgu głosu, już się gapił, Osaji zaś poczuła, jak palą ją uszy.
 
− Mężczyzna powinien zachować ciszę − poprosiła.
 
− Myślałaś, że Bitnego Jacka można zrobić w jajco, tak? Ha, a tu niespodzianka: trzeba mieć trochę więcej tupetu niż ty, żeby zrobić ze mnie wała. − Machnął ręką, jak gdyby odganiał niewidzialne komary. − Nieładnie to wyszło.
 
− Idź sobie! − nakazała Osaji.
 
Z drugiej strony korytarza zbliżała się Laura oraz jakaś kobieta, która szła obok niej. Mając pełną świadomość, jak ważne jest pierwsze wrażenie, Osaji usiłowała udawać, że nic się nie dzieje. Pomachała do nich wesoło.
 
Z ogłuszającym łoskotem podłoga rozstąpiła się na boki, sprawiając, że wszyscy na nią poupadali. Wózki powywracały się, rozrzucając swoją zawartość, a z góry posypało się rozbite szkło. Podłoga ponownie uniosła się, z bezpardonową siłą posyłając Osaji na ścianę po drugiej stronie korytarza. Przez chwilę trwała cisza, nie licząc jęków nadwerężonych dźwigarów oraz złowieszczego dźwięku lejącej się wody. Jej strumień płynął podłogą. Po chwili nadeszło trzecie szarpnięcie. Osaji gorączkowo szukała czegoś, czego można by się chwycić.
 
− Prędko, do arki! − zabrzmiał czyjś głos, a silna dłoń Laury pociągnęła ją do góry.
 
Osaji leżała w wejściu, blokując dostęp do wnętrza. Nie ufając swej równowadze, rozpaczliwie usiłowała wpełznąć do środka na czworakach. Kiedy znalazła się w arce, ta podskakiwała już na wzburzonej wodzie niczym balon na sznurku. Nie mogąc utrzymać się w pozycji pionowej, odwróciła się, żeby pomóc wejść Laurze, i przekonała się, że to zupełnie kto inny znajduje się za jej plecami. Był to kosmonauta Jack.
 
− Co ten okropny mężczyzna tu robi?! − krzyknęła Osaji.
 
Wyglądał na równie oszołomionego, co ona.
 
− Jakaś lesba podobna do pirata wepchnęła mnie w tę pępowinę i kazała wciskać się do środka. No to się wcisnąłem.
 
− Gdzie ona jest?
 
W tej samej chwili pomieszczenie przechyliło się na bok, oni zaś zostali rzuceni jedno na drugie na uginającą się ścianę. Otwór, łączący ich z przewodem cumowniczym, skurczył się i zniknął. Oznaczało to, że oderwali się od przewodu, ale arka nadal się nie wznosiła. Zamiast dryfować w płynnym ruchu morza, „Divernon” szarpała się niczym zwierzę na uwięzi.
 
− Lina cumownicza nadal trzyma − stwierdziła Osaji. Pochwyciła aparat do oddychania i maskę, które wypadły ze swej kieszeni w ścianie. − Idę poszukać Laury. Nie ruszaj się stąd.
 
Nie było czasu na wkładanie kombinezonu, rozebrała się więc tylko do bielizny, założyła maskę i naparła głową na brzegi otworu. Umknęło jej tylko kilka pęcherzyków powietrza.
 
Najpierw zaskoczyła ją temperatura wody − ciepła jak w wannie. Potem hałas − słyszalny wewnątrz jako zaledwie dudnienie, tu brzmiał niczym ryk tysiąca silników. W niemal mętnej wodzie pełno było wyrzuconego do góry osadu. Światła przystani nadal się paliły, zmieniając wszystko w brązowozłotą mgłę. Poruszając się na ślepo po powierzchni arki, szukała na chybił trafił cumy, która ich trzymała, po niej bowiem mogła się dostać do stacji.
 
Kiedy ją znalazła, cuma była naprężona; arka szarpała nią niczym stworzenie szaleńczo pragnące ucieczki. Po omacku dotarła do klamry przymocowanej do obejmy w doku. Dopiero teraz dotarło do niej to, co z pewnością się wydarzyło: pozostałe dwie cumy pękły, odłączając arkę od przewodu dokującego, nim Laura oraz jej towarzyszka zdążyły wejść do środka. Teraz Osaji musi tylko znaleźć go w tej oślepiającej brei.
 
Nim zdołała się poruszyć, poczuła, jak pod jej stopą przesuwa się metal. Ostatnia obejma puszczała. Mocno ścisnęła cumę, jak gdyby mogła ściągnąć arkę w dół i utrzymać ją na uwięzi.
 
Nastąpił metaliczny trzask, po czym obejma urwała się. Z Osaji, wciąż kurczowo uczepioną cumy, arka uniosła się ku wodom strefy upwellingu. Dziewczyna instynktownie nie puszczała liny, kiedy woda przemykała jej koło uszu.
 
Szybko przebili się przez mętną warstwę, a Osaji ujrzała to, co znajdowało się poniżej. W Rozpadlinie Golconda nastąpiła erupcja. Oszalała poświata krwistoczerwonej lawy wiła się wzdłuż dna morza, przesłonięta potwornymi chmurami pary. Kiedy obserwowała stację, nadszedł kolejny wstrząs, a wówczas jedna z płyt największej z kopuł runęła. W kilka sekund kolejne płyty zaczęły się osuwać do wewnątrz, sprawiając, że kopuła zapadła się. Uszła ogromna bania powietrza, a wszystkie światła, poza jaskrawą lawą, zgasły.
 
Arka została schwytana w napędzany parą, prący ku górze słup gorącej wody. Zapadła ciemność. Osaji straciła z oczu rozpadlinę oraz znajdującą się powyżej cumę; jedynym światłem była przyćmiona, żarząca się organicznym blaskiem kula „Divernon”. Osaji czuła, że drętwieją jej ręce. Zmusiła je, żeby zaciskały się na linie. Gdyby ją puściła, byłaby zgubiona.
 
Zaczęła odczuwać ostry ból w uszach. Wznosili się zbyt prędko; niebezpiecznie spadało ciśnienie. Musiała szybko dostać się do środka. Zacisnęła zęby i chwytając linę coraz wyżej i wyżej, usiłowała wciągnąć się po niej. Nie miała już jednak dość siły, aby pokonywać napierający nurt wody.
 
Wówczas poczuła szarpnięcie i zaraz na powrót przepełniła ją nadzieja. Machnęła nogami, żeby podsunąć się bliżej. Poczuła, jak przeszywa je ból. Wciągnij mnie do środka!, modliła się.
    
Kiedy zbliżyła się do arki, spostrzegła, że powłoka „Divernon” jest naprężona. Jeśli arka będzie się dalej wynurzać, pęknie niczym przepełniony balon, chyba że ktoś w środku otworzy ujścia gazu. Wolno, zbyt wolno kurczyła się odległość między nią a powłoką arki. W końcu zdołała sięgnąć i chwycić krawędź otworu, w którym nikła lina. Ale kiedy zaczął się otwierać, żeby mogła wsunąć się do środka, znajdujący się tam gaz wystrzelił pod ciśnieniem, sprawiając, że arka zaczęła wirować i owijać wokół siebie linę. Ciało Osaji uderzało o powierzchnię wystarczająco mocno, żeby pozbawić ją tchu. Ale tego właśnie było jej trzeba. Puściła linę, która wijąc się, odpłynęła w mrok, sama tymczasem przywierając do lepkiej powłoki. Było to kojąco znajome doznanie. Powoli, napinając mięśnie, przesuwała się, póki nie dotarła do otworu, a wówczas dała nura do wewnątrz.
 
Ktoś miotał przekleństwami. Brzmiało to tak:
 
− A niech to jasna cholera!
 
Arka wciąż wirowała; kiedy ściana stała się podłogą, a po chwili z powrotem ścianą, Osaji rzuciło wprost na Bitnego Jacka. Gdy rotacja zwolniła, zatrzymali się o kilka stóp od siebie, wpatrując się jedno w drugie.
 
− Co ty tu, do stu diabłów, robisz żywa? − spytał, unosząc do góry pusty koniec liny.
 
Kiedy ją puściła, zapewne uznał, że już po niej.
 
− Wzruszająca troska − skomentowała kwaśno.
 
Ignorując rwący ból w ramionach, ruszyła boso ku gumiasto-organicznemu przewodowi, prowadzącemu do sterowni. Jack szedł tuż za nią.
 
Sterownia „Divernon” została wyposażona staranniej niż jakakolwiek inna, jaką wcześniej widziała. Cztery ekrany, ustawione rzędem wokół wygiętej w łuk konsoli, rozświetlały upiornymi barwami pogrążone w mroku pomieszczenie. Przedmioty, które pospadały wskutek wirowania, wciąż poniewierały się na podłodze.
 
Osaji wielokrotnie bywała w sterowniach, ale nigdy nie nawigowała. Ostrożnie usiadła w obrotowym fotelu, wpatrując się w ekrany, żeby określić status arki. Jack przyglądał się im zza jej pleców, pomrukując pod nosem.
 
− Sonar, temperatury... a co to jest, u licha? − wskazał na ekran z animowanym trójwymiarowym diagramem.
 
Osaji również mu się przyglądała.
 
− Prądy − odparła, po czym wskazała maleńki czerwony punkcik. − To my.
 
Widać było prawdziwe niebezpieczeństwo, jakie im groziło. Wszędzie wokół wznosiły się wzburzone słupy gorącej wody, górujący nad nimi las morderczych smug.
 
Osaji odszukała odczyty ciśnienia.
 
− Niech nurt życia ma nas w swojej opiece! − wykrzyknęła. Ciśnienie w arce było wystarczające, żeby ją rozsadzić. − Musimy wypuścić gaz, natychmiast, albo eksplodujemy.
Ale jej dłoń zawisła nieruchomo nad panelem kontrolnym, decyzja o tym, z której strony go wypuścić, miała bowiem decydujące znaczenie. Strumień uwolnionego powietrza popchnie ich w przeciwnym kierunku, a jeśli popłyną do którejś z tych gorących smug, będzie to koniec. Rozpaczliwie szukała jakiegoś bezpiecznego wyjścia. Nie było takiego.
 
− Na co czekasz? − spytał Jack.
 
− Nie potrafię zdecydować...
 
− Po prostu to zrób. Chcesz zginąć?
 
Wciąż się wahała, szukając rozwiązania.
 
Bluzgając pod nosem, sięgnął jej przez ramię i sam uderzył dłonią w panel kontrolny.
 
− Ty podły, lekkomyślny człowieku! − krzyknęła Osaji. − Zabiłeś nas.
 
− To ty nas zabijesz tymi swoimi chorobliwymi rozterkami − odkrzyknął Jack.
 
Ciśnienie spadło do bezpieczniejszego poziomu, ale tak jak Osaji się tego obawiała, wolno dryfowali ku jednemu z owych gorących upwellingów.
 
Z desperacją wypuściła jeszcze powietrze, żeby zatrzymać ruch. Ale słupy na ekranie przemieszczały się i zbiegały, nie pozostawiając „Divernon” żadnej przestrzeni. Kiedy jeden zdawał się zbliżać, ponownie uwolniła powietrze. Ale to tylko wepchnęło ich w ramiona kolejnego.
 
Zrezygnowana, opadła na oparcie fotela.
 
− Taki nasz los.
 
− Niby co? − dopytywał się Jack.
 
Nie miał pojęcia, co się dzieje.
 
Nie odpowiedziała. Czuła, jak „Divernon” zadrżała, a następnie kiedy bystry nurt ją porwał, zakołysała się. Znów się wznosili niczym pęcherzyk powietrza we wrzącej wodzie. Niewielkie podskoki i przemieszczenia zdradzały prędkość, z jaką się poruszali. Osaji miała ochotę odwrócić się, ale nie mogła oderwać wzroku od ekranu. Nawet w tej chwili, kiedy weń patrzyła, gorąco prawdopodobnie zabijało biokonstrukcję zewnętrznej części statku, niszczyło membrany, od których zależało ich życie. Nie miało to znaczenia; i tak czeka ich śmierć na straszliwych wysokościach, na których nigdy nie miały się znaleźć ludzkie siedziby ani żaden człowiek.
 
 
3. PRZESMYK
 
Ekran sonaru pokazywał coś dziwnego. Od strony zachodniej dotarł silny sygnał zwrotny − zbliżali się do czegoś gigantycznego. Osaji zwiększyła zasięg i zaraz w brzuchu poczuła dreszcz strachu. Ściana − stromy, strzelisty klif. Bez wątpienia musiało to być podwodne pasmo gór, które otaczały ów wiekowy basen, gdzie w tych trudnych warunkach tliło się życie. Było to nieprawdopodobne, lecz pasmo zdawało się zakrzywiać ponad nimi, niczym paszcza, która za chwilę kłapnie. Osaji przez kilka sekund wpatrywała się w ekran, nim zdała sobie sprawę, co pokazuje.
 
− Ratuj nas! − wykrzyknęła.
 
− Co? − spytał Jack.
 
− Pokazuje dno lodu.
 
Przez całe swe życie słyszała tę historyjkę − niewidzialna czapa na niebie, pozbawione światła miejsce, gdzie świat zastygał, a wszelkie życie zamierało. Teraz to czuła, jak wisi nad nią, całe mile grubości, wystarczająco ciężki, żeby ich zmiażdżyć. Przełknęła ślinę, by stłumić klaustrofobiczny niepokój w piersiach.
 
− Światło stroni od tego, czego nie powinno się widzieć − zacytowała powiedzenie parakletów.
 
Według legendy spodnia warstwa lodu usiana była zamarzniętymi zwłokami ludzi, którzy zmarli i nie zostali należycie pochowani, toteż ich ciała popłynęły do góry.
 
− Nie rozumiem, z czym masz problem − stwierdził Jack. Wskazał na ekran. − Upwellingi nie są takie straszne wzdłuż pasma gór. Nie możesz po prostu tamtędy przepłynąć?
 
Osaji przymknęła oczy i wobec podobnej ignorancji pokręciła z dezaprobatą głową.
 
− Nasz gość myśli jak kosmonauta − zauważyła.
 
− No i co z tego?
 
− Arki to nie statki. Nie mamy napędu.
 
Jack wyglądał jak człowiek rażony piorunem.
 
− Chcesz powiedzieć, że nie da się sterować tym ustrojstwem?
 
− Możemy wznosić się i opadać. W nagłych wypadkach możemy wypuścić powietrze z boków. Ale płyniemy tam, gdzie poniosą nas prądy.
 
− A co jeśli nie ma akurat prądu, który płynie tam, dokąd chcesz się dostać?
 
− Teraz nasz gość rozumie, na czym polega nasz problem.
 
Kiedy wznosili się ku przykrywającej ich świat czapie, ekrany wyświetlające ruch prądów ponad nimi zmieniły się. W miejscu, w którym upwellingi uderzały w spód lodowca, znajdował się rejon burzliwych wirów i poziomych przepływów.
 
Jack wiercił się nerwowo.
 
− Co się stanie, kiedy w to uderzymy?
 
− Popłyniemy tam, gdzie poniesie nas nurt życia.
 
− Jeśli nurt życia oznacza karmienie mną krabów, płynę pod prąd.
 
− Na Ben karmienie krabów to szlachetne zajęcie − odparła Osaji. Należało zachować wobec niego pogodę ducha. − Wszystko to należy do Wielkiego Dzieła zasiewania życia w oceanie.
 
− Z całym szacunkiem dla Ben − mruknął złowrogo Jack − ale nie miałem w planach donacji z własnego ciała.
 
Jakże niewiele znaczyły teraz ludzkie plany!
 
− Muszę iść coś sprawdzić − oznajmiła Osaji, podnosząc się.
 
− Wychodzisz sobie? − spytał z niedowierzaniem. − W takiej chwili?
 
− Muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku z moją babcią.
 
− Jest tu z tobą staruszka?
 
− Owszem. Ma kłopoty ze zdrowiem. Dobrze by było, gdyby pod moją nieobecność ktoś mógł obserwować ekrany.
 
Pognała sprężystym korytarzem w dół ku kwaterom, w których zostawiła Motę. W pomieszczeniu panował nieład, spowodowany gimnastyką, jaką wykonała arka. Mota siedziała na łóżku cała i zdrowa, ale zakłopotana i zdezorientowana.
 
− Saji, gdzie ja jestem? − spytała.
 
− Nie przejmuj się, Mota − odparła dziewczyna. Właśnie miała wyjaśnić jej, co zaszło − erupcja, smugi wrzącej wody, niebezpieczeństwo, w jakim się znaleźli − kiedy spostrzegła, że babcia tak naprawdę potrzebowała czegoś znacznie prostszego. − Jesteśmy na arce o nazwie „Divernon”. To jest twój pokój. Nie rozpakowuj się jeszcze. Wrócę do ciebie, jak tylko będę mogła.
 
− To jest mój pokój? − zdumiała się Mota, rozglądając się dokoła z przestrachem.
 
− Tak. Zastanów się, jak chcesz go urządzić.
 
− Na jakiej arce jesteśmy?
 
− „Divernon” − powtórzyła Osaji, odczuwając w środku nieprzyjemny skurcz.
 
− Płyniemy do Golcondy?
 
− Właśnie z niej wypłynęliśmy. To...
 
Ostatnie obrazy stacji rozbłysły wyraźnie w jej pamięci, sprawiając, że głos uwiązł jej w gardle. Nie chciała wypowiadać głośno tego, czego się obawiała; nie chciała nawet o tym myśleć. Kitti i Juko, drzewa, plac zabaw, na którym rozmawiały − wszystko to było pogrążone w mroku, zimnie, zatopione... Przegnała tę wizję. Jeśli będzie o tym rozmyślać, być może tak się stanie.
 
− Mieszka tam twoja siostra − oznajmiła Mota. − Nie pojmuję, jak ludzie mogą żyć w ten sposób, tak stłoczeni.
 
− No cóż, nie musisz się tym martwić − stwierdziła Osaji. Chwyciła dłoń babci i ścisnęła obiema swoimi dłońmi, tęskniąc za czasami, kiedy ona była dzieckiem, a Mota tą, która wszystkim się zajmowała. − Kocham cię, babciu − powiedziała. − Chciałabym móc zapewnić ci bezpieczeństwo.
 
Wyszła z pokoju, zastanawiając się, co mogło okazać się straszniejszym błędem: zaciągnięcie tu Moty czy pozostawienie jej na Golcondzie.
 
Kiedy wróciła do sterowni, odczyty były już inne. Podczas jej nieobecności „Divernon” weszła w strefę turbulencji, dlatego też prąd poziomy niósł ich teraz szybko ku kamiennej ścianie. Wyglądało na to, że się o nią rozbiją. Osaji stanęła obok fotela zajętego przez Jacka, żeby dać mu do zrozumienia, że chce usiąść, ale on trwał zahipnotyzowany przez ekrany i nie zwrócił na to uwagi. Chrząknęła.
 
− Być może uda mi się utrzymać nas przy życiu nieco dłużej − oznajmiła.
 
− W jaki sposób? − spytał.
 
Okazywanie mu kurtuazji było stratą czasu, toteż odparła:
 
− Jeśli pozwolisz mi usiąść...
 
Nareszcie do niego dotarło, toteż ustąpił jej miejsca.
 
Klif zbliżał się w zastraszająco szybkim tempie. Żeby przyhamować, Osaji wypuściła powietrze z frontowej części arki, ale mimo to i mimo wewnętrznych organów amortyzujących, kiedy „Divernon” uderzyła o klif, odczuli wstrząs. Skrzywiła się na myśl o biednej umęczonej membranie.
 
Odbili się od skały i wirując niczym bąk, na powrót zostali pochwyceni przez prąd. Teraz sonar z każdej strony pokazywał klify. Minęło kilka chwil, nim Osaji zrozumiała, że zostali wepchnięci do wąskiej szczeliny w krawędzi skały. Pochłonęło ją wypuszczanie strategicznych strumieni powietrza, co miało uchronić ich przed ponownym uderzeniem.
 
− Czy to bezpiecznie wypuszczać tyle powietrza? − spytał Jack.
 
Znów odezwał się jego instynkt kosmonauty.
 
− Tlen to produkt uboczny metabolizmu komórek membrany. Stale musimy się go pozbywać.  
W końcu turbulencje ustały, oddalali się od klifów, ale prąd nadal był wartki. Osaji zerknęła na kompas, żeby ustalić, dokąd zmierzają. Po chwili spojrzała nań raz jeszcze, bowiem to, co ujrzała, wydawało się niemożliwe.
 
− Nie może być − jęknęła.
 
− Co?
 
− Ciągle płyniemy na zachód. Ale góry są już za nami.
 
Sonar pokazywał nieregularną, opadającą równinę. Z każdą chwilą prąd unosił ich coraz bliżej niej.
 
− Wyniosło nas przez przesmyk w górach − stwierdziła Osaji.
 
Wypowiadając te słowa, czuła, jak drętwieją jej usta.
 
− To źle? − spytał Jack.
 
− Na Ben jest tylko jeden zamieszkany region. Morze Solne, za nami, powyżej pasma gór. Płyniemy w stronę bezludnego pustkowia.
 
Nastąpiła krótka chwila ciszy, podczas której Jack przyswajał tę informację.
 
− A co jest na tym niezamieszkanym pustkowiu? − zapytał w końcu.
 
− Skały, woda, ciemność. Żadnego życia.
 
Żadnych stacji na dnie, innych ark ani ludzkich głosów. Przez następny cykl, a może i każdy kolejny, póki ich arka nie umrze.
 
− Nadaj wezwanie o pomoc − zaproponował Jack.
 
Osaji sięgnęła po radio o małych częstotliwościach i przemówiła:
 
− Tu arka „Divernon”. Czy ktoś mnie słyszy? − Czekali. Dał się słyszeć jedynie szum pustego kanału. Osaji odezwała się ponownie − tutaj „Divernon”. Zostaliśmy poniesieni na drugą stronę gór, znajdujących się na skraju Morza Solnego. Odezwijcie się, jeśli nas słyszycie.
Tylko cisza.
 
Pusty szum stał się przytłaczający; Osaji wyłączyła radio.
 
− Musi być coś, co możemy zrobić − nalegał Jack.
 
− Jeśli arka nie jest za bardzo uszkodzona − odparła, usiłując zachować spokój w głosie − powinna się zregenerować. To samowystarczalny system; może żyć przez wiele cykli.
 
− Chcesz mi wmówić, że to wszystko? − zdumiał się. − Mam tu tkwić, póki nie umrę? W jakimś cholernym podwodnym balonie razem z inwalidką i jędzą?
 
Osaji obdarowała go wyjątkowo posępnym uśmiechem.
 
− Cudzoświatowiec ma szczęście − stwierdziła. − To my jesteśmy z nim uwięzione.

 
przełożył Konrad Walewski


* Choć w tekście nie jest to do końca objaśnione, spytana o znaczenie wyrażenia „Arkfall”, pisarka wyjaśnia: „Było to słowo, które wymyśliłam w odniesieniu do wydarzenia, jakim jest powrót ark. Rozumiałam je jako coś w rodzaju święta na podobieństwo Nowego Roku”. Stworzenie neologizmu, który choćby i w nikłym stopniu oddawał sens tego wydarzenia, zdawało się więc bardziej uzasadnione niż zachowanie oryginalnego słowa (przyp. tłum.).


Całe opowiadanie dostępne jest w numerze LATO 2010.


CZYTAJ TAKŻE