LISTOMANIA

W roku 1973 w Polsce objawia się nowa gwiazda literatury fantastycznej: Adam Wiśniewski-Snerg, który robi furorę swoim Robotem, a kilka lat później potwierdza klasę powieścią Według łotra (1978). Stanisław Lem jest już bez mała klasykiem. Ugruntowaną pozycją cieszy się Janusz A. Zajdel, który pod koniec dekady napisze Cylinder Van Troffa oraz Limes inferior. Lech Jęczmyk funduje polskiemu czytelnikowi prawdziwą ucztę najciekawszej fantastyki zachodniej i wschodniej w sześciu tomach Kroków w nieznane, a następnie serii „z kosmonautą”, w której ukazują się prezentacje science fiction anglojęzycznej − Rakietowe szlaki 2 (1978); sowieckiej − Wynalazca wieczności (1978); polskiej − Gość z głębin (1979). A także Wir pamięci (1979) Edmunda Wnuka-Lipińskiego − pierwsza z książek, które staną się przyczynkiem do fenomenu polskiej fantastyki socjologicznej. Rusza też seria „Stanisław Lem poleca”. Powstają dwa magazyny komiksowe, w których fantastyka odgrywa niepoślednią rolę: „Alfa” i „Relax”. Polak leci w kosmos, w telewizji leci , a cała Polska wydaje się gotowa na fantastyczny boom, który ogarnie ją już za kilka lat wraz z publikacją pierwszych numerów miesięcznika „Fantastyka”. Tymczasem na Zachodzie bez zmian.

Dziesięć arcydzieł science fiction lat 70., 

które nie ukazały się po polsku

Science fiction nadal pozostaje dominującą konwencją w literaturze fantastycznej, acz warto podkreślić, że w tej dekadzie pojawia się sporo interesujących i arcyważnych utworów fantasy: kolejne powieści o Ziemiomorzu Ursuli K. Le Guin, Zapomniane bestie z Eldu (1974) oraz powieści o mistrzu zagadek Patricii A. McKillip, Jad lorda Foula (1977) − pierwszy tom kronik Thomasa Covenanta Stephena R. Donaldsona, a wreszcie Silmarillion J.R.R. Tolkiena (1977). Nadto debiutuje Stephen King, który rychło zdobywa popularność nie tylko jako twórca horroru, ale i pisarz pomysłowo łączący grozę, fantasy i science fiction (wielu znawców i fanów jego twórczości jest zdania, że w takiej właśnie kombinacji King sprawdza się najlepiej, uznając przy tym Bastion z 1978 roku za jego najlepszą powieść).

W samej fantastyce naukowej w latach siedemdziesiątych dochodzi do kilku kluczowych z punktu widzenia jej historii wydarzeń. Po pierwsze wkracza ona na uniwersytety brytyjskie i amerykańskie jako literatura, którą się analizuje i wykłada; w USA i Wielkiej Brytanii powstają nawet organizacje akademickie zrzeszające badaczy s.f., które zaczynają publikować poświęcone fantastyce naukowej fachowe periodyki. W roku 1979 do sprzedaży trafia pierwsze wydanie The Encyclopedia of Science Fiction pod redakcją Petera Nichollsa i Johna Clute’a (rozmowy z oboma luminarzami fantastyki można przeczytać w pierwszym numerze elektronicznym „F&SF”). Miłośnik s.f. otrzymuje bezprecedensowe kompendium wiedzy o tej literaturze i kulturze, a do powszechnej świadomości wędruje nader znaczący sygnał: science fiction jest istotnym zjawiskiem kultury XX wieku, któremu należy się uwaga i szacunek.
W latach siedemdziesiątych dochodzi również do zetknięcia (niektórzy powiedzieliby „starcia”) kilku pokoleń twórców. Wciąż aktywni są pisarze już wówczas uważani za klasyków: nadal publikują Alfred Bester, Arthur C. Clarke, Philip K. Dick, Robert A. Heinlein, Frederik Pohl i inni. Wychowane na ich twórczości, ale i zbuntowane przeciw pulpowej science fiction pokolenie pisarzy Nowej Fali tworzy swoje najciekawsze utwory. Jednocześnie do głosu dochodzi jeszcze jedna generacja fantastów; autorzy, którzy byli nieco za młodzi, żeby współtworzyć Nową Falę w latach sześćdziesiątych, ale na tyle dojrzali, by czerpać inspirację zarówno z jej dokonań, jak i klasyków, a nawet s.f. pulpowej. Kilka lat później Thomas M. Disch określi ich na łamach numeru „F&SF” z lutego 1981 roku mianem the Labor Day Group. To pisarze urodzeni w drugiej połowie lat czterdziestych i pierwszej pięćdziesiątych, tacy jak Vonda McIntyre, Tanith Lee, Jack Dann, Michael Bishop, Orson Scott Card, John Varley, George R.R. Martin, których ówczesna twórczość, zdaniem Discha, odznaczała się nieco zbytnią pogonią za uznaniem fandomu i nagrodami.
Ponadto pierwsze literackie kroki zaczyna stawiać grupa pisarzy, którzy za kilka lat stworzą spójny programowo i charakterystyczny pod względem stylistyki, elementów świata przedstawionego oraz problematyki ruch − cyberpunk. I jakby tego wszystkiego było mało, w latach siedemdziesiątych przychodzi na świat pokolenie twórców fantastyki, którzy dziś wydają się w niej najbardziej kreatywni i najaktywniejsi: Cory Doctorow, Paolo Bacigalupi, China Miéville, Ken Liu, Lavie Tidhar, Catherynne M. Valente; w Polsce Anna Brzezińska, Rafał Kosik, Wit Szostak, Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski.

Jeśli w latach sześćdziesiątych, głównie wśród pisarzy Nowej Fali, dokonała się „modernizacja” fantastyki, czyli przyswojenie i wykorzystanie technik narracyjnych charakterystycznych dla literatury modernistycznej (idealnym przykładem będzie tu Stand on Zanzibar Johna Brunnera, acz nie wolno zapominać, że z technik modernistycznych zaczęli korzystać jeszcze we wczesnych latach pięćdziesiątych James Blish i Theodore Sturgeon), lata siedemdziesiąte przyniosły jej „postmodernizację”. Fantaści sięgnęli po repertuar środków typowych dla grupy pisarzy nazwanej z czasem postmodernistami: pastisz, ironię, refleksję autotematyczną, dekonstrukcję okrzepłych wzorców gatunkowych, kwestionowanie podziału na literaturę wysoką i popkulturę, intertekstualność.  A wszystkie one posłużyły do odmalowywania światów w wyjątkowo ponurych barwach. W literaturze fantastycznonaukowej tej dekady przeważają wizje dystopijne i postapokaliptyczne, będące wyrazem coraz bardziej powszechnego rozczarowania cywilizacją, jaką zafundował sobie człowiek oraz troską o jego przyszłość.

Barry N. Malzberg Beyond Apollo (1972)


Malzberg to bodaj najbardziej niedoceniany amerykański autor s.f. starszego pokolenia. Chyba przede wszystkim dlatego, że zawsze szedł pod prąd, nie oglądając się ani na mody, ani na bieżące zapotrzebowanie rynku, realizując za to własną wizję literatury fantastycznej i nie stroniąc od eksperymentów formalnych oraz krytyki łatwizny, na którą decydowało się wielu twórców. 
Można dyskutować, czy nie przerosły go jego własne ambicje i jak dalece jego pisarstwo broni się po latach. Wielu jego utworom nie sposób jednak odmówić pomysłowości i determinacji, z jaką pisarz dążył do przedstawienia własnej, nader pesymistycznej formuły człowieka i jego cywilizacji. Beyond Apollo to trzecia po The Falling Astronauts (1972) i Revelations (1972) powieść Malzberga stanowiąca sceptyczny, chwilami nawet sarkastyczny komentarz do programu Apollo. Utwór nie tylko nie wykazuje powszechnego w owym czasie entuzjazmu wobec lotów kosmicznych, ale wręcz przeciwnie; traktuje zamkniętego w kadłubie statku, dryfującego w nieogarnionej pustce kosmonautę jako metaforę samotności egzystencjalnej człowieka, usiłującego doszukać się sensu w niezrozumiałym dlań świecie, nie potrafiącego bądź nie chcącego przy tym przyznać się do porażki. 67 krótkich rozdziałów to wariacje na temat przebiegu wydarzeń podczas dwuosobowej wyprawy na Wenus, podczas której w niewyjaśnionych, a może nieujawnionych okolicznościach śmierć poniósł kapitan. Harry Evans, drugi członek załogi a jednocześnie narrator, sugeruje, że kapitan oszalał. Ale jak zginął? Czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy samobójstwo? A może został zamordowany przez swego towarzysza? Evans jest przesłuchiwany w szpitalu psychiatrycznym, opowiadając historię wyprawy w taki sposób, że właściwie nie da się na podstawie jego relacji ustalić najistotniejszych faktów. Być może celowo zaciemnia prawdę, podważa własne ustalenia, zaprzecza sam sobie, a być może sam jej nie zna i nie chce się do tego przyznać. Beyond Apollo jest przy tym przykładem postmodernistycznej refleksji autotematycznej czy też metafikcyjnej w science fiction. Harry co rusz wspomina o powieści, którą pragnie napisać, by wyrazić swoje przeżycia z wyprawy, komentując sam proces jej powstawania, planując szczegóły i przytaczając fragmenty. Jednak prawdziwym popisem metafikcyjnych inklinacji Malzberga będzie Galaxies z 1975 roku − historia pisarza, który usiłuje napisać powieść science fiction i przekonuje się, że zadanie to go przerasta. 

John Brunner The Sheep Look Up (1972)


Przełom lat 60.i 70. to okres w twórczości Brunnera płodny, ale nierówny. Pisarz publikuje takie dzieła, jak Stand on Zanzibar (1968) czy The Jagged Orbit (1969), a jednocześnie słabiznę w stylu Double, Double (1969). The Sheep Look Up to jeszcze jedna skonstruowana na modłę modernistyczną wielogłosowa symfonia przyszłości tym razem z katastrofą ekologiczną jako motywem przewodnim.
To zdecydowanie jedna z najważniejszych i najlepszych powieści Brunnera. Niezwykłe jest w niej to, że dystopijny obraz świata odmalowany przez brytyjskiego twórcę z zatrważającą precyzją w wielu aspektach przypomina rzeczywistość, w której przyszło nam żyć i zapowiada tą, która, jak się wydaje, nieuchronnie wyłania się zza horyzontu. Ot choćby sterujące za pomocą pieniądza marionetkowymi rządami megakorporacje, dla których krociowy zysk i nieograniczona władza to cel nadrzędny działalności bez względu na koszta, do których zwykle należą ofiara ludzka oraz wyniszczenie środowiska naturalnego. Woda z kranu nie nadaje się do picia, w powietrzu fruwają bodaj wszystkie pierwiastki z tablicy Mendelejewa, żywność jest skażona, większość ludzi cierpi z powodu rozmaitych dolegliwości: chorób skóry, infekcji i wielu innych paskudztw, a rodzące się dzieci obarczone są ułomnościami. Oto świat, który zafundował sobie nieodłączny duet: ludzka krótkowzroczność i chciwość. Na tle tego wszystkiego jeden z głównych bohaterów The Sheep Look Up, Austin Train, człowiek, który miał czelność rzucić wyzwanie niedołęstwu i lekkomyślności establishmentu, oraz grupa podążających za nim ekologów to, chciałoby się powiedzieć, jedyni sprawiedliwi; ludzie zdający sobie sobie sprawę, że świata, który bezmyślnie stworzyliśmy nie da się utrzymać.

Thomas M. Disch 334 (1972)


Pod wieloma względami jest to najważniejszy utwór Discha, zawierają się w nim bowiem wszystkie frapujące go problemy, które zdołał wyrazić w tekście tak świetnie przemyślanym i skonstruowanym, że właściwie rozsadza on formułę zarówno zbioru połączonych opowiadań, jak i tradycyjnie rozumianej powieści s.f., tworząc formę pośrednią, a tym samym bezprecedensową w historii gatunku.
334 to utwór, który śmiało można zaliczyć w poczet wyjątkowo udanych eksperymentów Nowej Fali. Kunszt amerykańskiego pisarza można było podziwiać już w The Genocides, Obozie koncentracji i znakomitych opowiadaniach z tamtych lat, zebranych w zbiorze Under Compulsion (1968). 334 to jakby podsumowanie tego okresu; jeszcze jedna podróż do świata przyszłości, przedstawionego za pomocą misternie połączonych, sugestywnych migawek z życia codziennego Manhattanu pierwszej połowy XXI wieku i mieszkańców budynku numer 334 przy Wschodniej Jedenastej Ulicy. Co ciekawe, konstrukcyjnie powieść wyprzedza Życie instrukcję obsługi (1978) Georgesa Pereca, a jak tamta opiera się na regułach kombinatoryki, w której kluczową rolę odgrywają proporcje wyznaczane liczbami 3, 3 i 4, co jak najbardziej kwalifikuje ją do katalogu utworów OuLiPo. 334 jest przy tym odniesieniem do roku 334 naszej ery i schyłkowego okresu imperium rzymskiego, do którego Disch porównuje wykreowaną przez siebie współczesność (paralela między dekadencją ponowoczesności a rozpadem cesarstwa dobrze znana jest polskim czytelnikom fantastyki między innymi z tekstów Lecha Jęczmyka o Nowym Średniowieczu). Jak zatem prezentuje się ten świat? Raczej posępnie. Przedstawione za pomocą wielości punktów widzenia społeczeństwo pod rządami nowej potężnej biurokracji zwanej MODICUM jest apatyczne i biedne, choć podstawowe potrzeby każdego obywatela są zaspakajane. Narzędziami, które mają zapewnić kontrolę na przeludnieniem i jakością człowieka jest objęcie reprodukcji drobiazgowymi procedurami biurokratycznymi oraz eugenika. Łatwo się domyślić, że gospodarkę zrujnował kryzys, chwiejąc podstawami ekonomii liberalnej do tego stopnia, że zakupy w hipermarkecie to obecnie symulacje muzealne dla nostalgików. Fundamentalne pytanie, jakie wydaje się stawiać Disch w 334 dotyczy nie tyle cykliczności historii (przeświadczenia, że wszelkie rozbuchane struktury państwowo-gospodarcze muszą upaść, a po okresach integracji, stabilności i wzrostu przychodzą czasy rozbicia, zawirowań i zacofania), ile natury samej demokracji liberalnej, która być może wcale nie jest ostatecznym stadium ewolucji społecznej, lecz jedynie etapem w rozwoju, a człowiekowi nigdy nie będzie dana stabilność społeczna (przez wszelkiej maści utopistów i demagogów często zwana sprawiedliwością społeczną), a wyłącznie ciągła zmiana − i to niekoniecznie na lepsze.

Norman Spinrad The Iron Dream (1972)


Zawieśmy niewiarę, z całej siły zmobilizujmy wyobraźnię spekulatywną i załóżmy, że Adolf Hitler nie wciąga się w polityką, lecz po przegranej przez Niemców wojnie w roku 1919 emigruje do Nowego Jorku, gdzie początkowo zostaje ilustratorem czasopism pulpowych, a z czasem autorem.
Przedstawiony przez Spinrada świat alternatywny jest z pewnością interesujący − rewolucja komunistyczna w Niemczech w 1930 roku, zajęcie Zjednoczonego Królestwa przez Sowietów i tak dalej − ale stanowi wyłącznie tło dla prawdziwego przesłania The Iron Dream: obleczonej w zjadliwą ironię przestrogi przed nadmiernym brnięciem w ideologiczne zacietrzewienie − choćby w sposób pozornie niewinny, bo w formie spekulatywnej. Otóż z czasem zamerykanizowany Hitler bierze się również za pisanie: zamieszcza artykuły w fanzinach, a wreszcie tworzy powieści pod wiele mówiącymi tytułami: Master Race (Rasa panów), The Thousand Year Rule (Tysiącletnie rządy) i najważniejszą, napisaną zaledwie w sześć tygodni tuż przed śmiercią w roku 1954 The Lord of the Swastika. Utwór zostaje pośmiertnie opublikowany i nagrodzony Hugo, zyskuje poczytność, i to do tego stopnia, że na konwentach pojawiają się fani w mundurach opisanych w powieści. O czym opowiada Władca swastyki? O losach Ferica Jaggara, genetycznie „czystego” człowieka w postapokaliptycznym świecie przyszłości, w którym po wojnie nuklearnej namnożyło się wszelkiej maści mutantów, pragnących rzekomo przenikać do Heldoru, bastionu „prawdziwych” (to jest nie zmutowanych) ludzi, by „zanieczyszczać” ich populację. Jaggar zdobywa władzę i robi karierę do złudzenia przypominającą tę, jaką zrobił Hitler w naszym świecie. Powieść Władcy swastyki, posługując się fantastycznonaukowym sztafażem, to w gruncie rzeczy niemal obłąkańcza próba legitymizacji radykalnych, psychopatycznych zapędów; przeświadczenia, że ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, a tych drugich należy się pozbyć, bo tylko w ten sposób da się stworzyć lepszy, to jest prawdziwie ludzki świat. Co ciekawe, The Iron Dream zawiera nie tylko powieść Hitlera, ale i esej krytycznoliteracki niejakiego Homera Whipple’a, w którym autor usiłuje rozprawić się z Władcą swastyki jako literacką miernotą, nie mającą szans na poczytność poza kołami miłośników fantastyki, twierdząc przy tym, że podobny radykalizm możliwy jest jedynie na kartach powieści fantastycznonaukowej.

Christopher Priest Inverted World (1972)


Kto zachwycił się wyśmienitym, nagrodzonym World Fantasy Award, Prestiżem Christophera Priesta, wybornie sfilmowanym przez Christophera Nolana, powinien koniecznie sięgnąć po inne utwory tego autora, jak choćby The Affirmation czy The Islanders − nie jest to wprawdzie czysta gatunkowo s.f., ale raczej literatura pogranicza, w której elementy fantastyczne są dozowane nader subtelnie.
Tymczasem Inverted World to najczystsza science fiction. Opowieść o mieście Ziemia, toczącym się ze stałą, ustaloną w stosownych dokumentach prędkością po specjalnych szynach to również historia Helwarda Manna, terminatora gildii szynowej (zrzeszającej fachowców demontujących tory po przebytej drodze za miastem i układających je przed toczącym się molochem) który osiągnąwszy dojrzałość (wiek sześciuset pięćdziesięciu pokonanych przez miasto mil − czas odmierzany jest tu nie obrotami planety wokół własnej osi oraz gwiazdy macierzystej, ale ruchem miasta po płaszczyźnie) odczuwa coraz silniejsze pragnienie zgłębienia prawideł rządzących jego rzeczywistością, wniknięcia pod jej powierzchnię. Wydarzeniem, które pobudza Halwarda do podjęcia własnych dociekań jest chwila, kiedy po raz pierwszy w życiu wychodzi poza miasto i staje na ziemi. Przekonuje się wówczas, że słońce wygląda zupełnie inne niż to, które zna z podręcznikowych opisów. Inverted World to utwór oparty na jednej z najoryginalniejszej w tamtych latach konstrukcji świata przedstawionego. Dla fanów Philipa K. Dicka, ontologicznych łamigłówek Jorge Luisa Borgesa czy Gniazda światów (1999) Marka S. Huberatha powieść Priesta to lektura obowiązkowa i aż trudno uwierzyć, że nigdy nie trafiła do polskiego czytelnika.

Joanna Russ The Female Man (1975)


O tej powieści – podobnie jak o jej autorce i całej jej twórczości – powstały liczne artykuły i opracowania. Joanna Russ zaskakiwała, inspirowała i konsekwentnie postulowała zupełnie nowe podejście do fantastyki naukowej, które znakomicie wyraża tytuł jej zbioru esejów z 1995 roku: To Write Like A Woman − pisać jak kobieta.
Cóż takiego kryje się w tej powieści, że przez lata Russ musiała walczyć o jej publikację wspierana przez Samuela R. Delany’ego i samą Ursulę K. LeGuin? Przede wszystkim niezwykły w literaturze gniew, z jakim amerykańska pisarka rozprawia się z dominującymi w USA końca lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych stereotypami kulturowymi. Gniew, który jednak nie przeradza się w bezmyślne obrzucanie błotem wszystkiego i wszystkich, ale po mistrzowsku ujęty w rygory niezwykle ciekawej techniki narracyjnej (bliższej zresztą modernistycznym eksperymentom formalnym, niż postmodernistycznej samoświadomości tekstu), zostaje zaprzęgnięty do penetrowania arcytrudnego terytorium, jakim była wówczas, a pod pewnymi względami nadal jest problematyka płci, kwestia miejsca kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, jej świadomości, możliwości, a wreszcie nie satysfakcjonujących środków wyrazu dla emancypującej się kobiecości. (Fragment tekstu Konrada Walewskiego Dramat żeńskiego mężczyzny − czytaj całość).

Samuel R. Delany Dhalgren (1975)


Monumentalna powieść Delany’ego to poniekąd symboliczny koniec Nowej Fali. Przykład wyczerpania jej możliwości; dowód na to, że dalsze brnięcie w eksperyment, złożoność tekstu i kolejny postapokaliptyczny świat nie ma już sensu. Również na to, że nawet największy talent literacki może dać się ponieść ambicjom i pragnieniu wielkości.
Dhalgren to pod wieloma względami powieść znakomita, ale siła Delany’ego, która fenomenalnie niosła go w krótszych utworach, jak Punkt Einsteina, Babel-17 czy Nova tutaj momentami zawodzi. Dość wyraźnie widać bowiem dłużyzny, fragmenty mętne i niezrozumiałe, w których nieposkromiona chęć stworzenia wielkiego dzieła zdradza twórcę, nawet jeśli za Williamem Gibsonem przyjmiemy założenie, że Dhalgren to zagadka, która nie ma racjonalnego rozwiązania. Fenomen Delany’ego w latach sześćdziesiątych polegał przede wszystkim na tym, że młody, wykształcony, błyskotliwy chłopak o niewątpliwej lekkości pióra potrafił z niebywałym talentem przekładać własne fascynacje artystyczno-naukowe na język barwnej, przygodowej, ale i mądrej science fiction. Jego żywy umysł chłonął antropologię, Wittgensteina, strukturalizm, semiotykę, lingwistykę, post-strukturalizm, mitologie, fantastykę naukową, modernizm i postmodernizm, i niemal z miejsca produkował fascynujące powieści i opowiadania. A przy tym Chip, jak nazywają pisarza znajomi i przyjaciele,  posługiwał się arcyciekawym typem bohatera, w dużej mierze zaczerpniętym z twórczości Jeana Geneta: artystą-kryminalistą, wrażliwym wyrzutkiem, a więc osobowością rozdwojoną, złożoną, chwilami chimeryczną, będącą wiecznie w ruchu, poruszającą się po peryferiach swego świata, lecz pragnącą dotrzeć do jego jądra. Nie inaczej dzieje się w Dhalgrenie. The Kid/Kidd/kid, centralna postać powieści, to dotknięty amnezją młody człowiek o schizoidalnej osobowości, który trafia do miasta Bellona na amerykańskim Środkowym Zachodzie, metropolii wyniszczonej przez tajemniczy kataklizm. Nie obowiązują tu żadne prawa (ani ludzkie, ani naturalne), a cywilizacja popadła w ruinę. Nie docierają fale radiowo-telewizyjne ani sygnał telefoniczny, a przestrzeń co rusz nękana jest rozmaitymi osobliwymi zjawiskami: pojawia się tajemnicza chmura, wschodzą dwa księżyce, goreje gigantyczne czerwone słońce, a w tym mikrokosmosie, niczym w semiotycznym labiryncie, krąży jego bohater. Delany najwyraźniej zapragnął dowieść, że potrafi stworzyć dzieło zarówno na miarę Joyce’a (strukturalnie Dhalgren nawiązuje do Finneganów trenu [1939]; zaczyna się i kończy w pół zdania, a zestawiając ze sobą obie połówki czytelnik otrzymuje całość − tekst „zapętlony”, a przy tym autor chętnie sięga zarówno po strumień świadomości, jak i inne techniki modernistyczne), jak i Pynchona; podobnie jak w Tęczy grawitacji [1973] fabułę Dhalgrena stanowią peregrynacje bohatera po „strefie”. Przypomnijmy, termin „strefa” pochodzi z teorii literatury postmodernistycznej Briana McHale’a, wywiedziony został po części z koncepcji heterotopii Michela Foucault, po części zaś z jednego z rozdziałów Tęczy grawitacji, a odnosi się do pewne typu przestrzeni o charakterze ontologicznym, ukonstytuowanej w obrębie świata fikcyjnego. Jest ona w stanie łączyć w sobie inne, często „niemożliwe” przestrzenie, tak jak dzieje się to na terenie Niemiec w rozdziale powieści Pynchona, i tak ma to miejsce w Bellonie Delany’ego, gdzie mit, fakt, możliwe i niemożliwe, rzeczywiste i urojone łączą się w jedno. Czy zamysł się powiódł? Czy Delany stworzył wielki filozoficzny fantastycznonaukowy fresk? Zdania w tej kwestii są podzielone, acz warto pamiętać, że w chwili publikacji Dhalgren stał się bestsellerem − sprzedało się około miliona egzemplarzy, a pisarz nie ukrywał swej satysfakcji, kiedy okazało, że po jakimś czasie jego powieść wyprzedziła pod względem sprzedaży Tęczę grawitacji, choć obecnie, po latach, nie może, rzecz jasna, równać się z jej popularnością; do dziś w samych Stanach Zjednoczonych sprzedano dziesięć milionów egzemplarzy powieści Pynchona, którą przetłumaczono przy tym na wiele języków. Tak czy owak Dhalgren pozostaje największą objętościowo i konceptualnie powieścią Delany’ego, a przy tym jedną z najważniejszych powieści s.f.

Cordwainer Smith Norstrilia (1975)


Jedyna powieść bodaj najbardziej niezwykłego twórcy w historii amerykańskiej s.f. Cordwainer Smith, a właściwie Paul Myron Anthony Linebarger, był wybitnym intelektualistą: poliglotą i politologiem, konsultantem wojskowym, doradcą prezydenta Johna F. Kennedy’ego, znawcą kultury azjatyckiej i jej wykładowcą.
A prócz tego wszystkiego tworzył pod pseudonimem wyjątkową science fiction. Jej najbardziej charakterystycznymi cechami były spójny, barwny i ciekawie skonstruowany świat − odległa przyszłość o złożonej strukturze władzy i rządzie zwanym Instrumentality of Mankind (narzędzie ludzkości), rozpisana na liczne krótsze i dłuższe utwory, często przesycone rozważaniami natury społecznej, politycznej, a nawet religijnej − malownicze postacie o wyrafinowanych imionach i nazwiskach oraz niespotykana w tamtych czasach w literaturze oryginalna technika narracyjna. Dzieło Smitha pozostało jednak niedokończone; pisarz zmarł u szczytu swych możliwości twórczych w 1966 roku. Choć najchętniej odmalowywał swój świat w opowiadaniach i nowelach, Norstrilia to pełnowartościowa, fascynująca, a przede wszystkim znakomicie napisana powieść. Warto podkreślić, że streszczona fabuła może sprawić wrażenie, że mamy do czynienia z klasyczną space operą. Nic bardziej mylnego. Siłą historii Rodericka Fredericka Ronalda Arnolda Williama MacArthura McBana, pochodzącego z planety Old North Australia, w skrócie zwanej Norstrilią, który wskutek pewnych wydarzeń kupuje Ziemię, jest przede wszystkim sposób prowadzenia narracji, w znacznym stopniu zaczerpnięty z literatury chińskiej, w którym idealnie współbrzmią zarówno chiński folklor, poezja, jak i gry słowne, ciągi skojarzeniowe, a nawet dyskurs akademicki. Smith najwyraźniej tworzył coś na kształt mitologii przyszłości, zbioru opowieści, którego istotnym komponentem jest również sama narracja, bez względu na to, czy prowadzona w trzeciej, czy w pierwszej osobie. Fakt, że Norstrilia to jedyna planeta, na której produkuje się nie dającą się syntetyzować, przedłużającą życie substancję o nazwie stroon, może rodzić skojarzenia z Diuną (1965) Franka Herberta, ale należy pamiętać, że Smith zaczął budować swój świat na długo przed Herbertem, stosując przy tym strategię odsłaniania jego wybranych etapów rozwoju i wydarzeń historycznych, nie zaś linearnej prezentacji wydarzeń w porządku chronologicznym. Za życia pisarza fragmenty Norstrilli ukazały się w piśmie „Galaxy” jako nowela pod tytułem The Boy Who Bought Old Earth oraz w formie książkowej jako minipowieść The Planet Buyer, które została nominowana do nagrody Hugo.

John Crowley Beasts (1976)


Druga powieść Johna Crowley’a to obok The Deep (1975) bez mała czysta s.f. w jego dorobku, choć odznaczająca się, jak to u Crowley’a, wyszukaną frazą, ciekawą perspektywą i owym charakterystycznym literackim laserunkiem, którym operują wyłącznie najlepsi. 
Okazało się jednak, że ani jego wysublimowany artyzm, ani inteligentne ukrwienie własnej prozy postmodernizmem, w tym zawsze świetnie przemyślanym intertekstem, ani nawet stworzenie dzieł na miarę Stu lat samotności czy Kwartetu aleksandryjskiego nie przekonały pewnych opiniotwórczych grup o tym, że jest to proza daleko wykraczająca poza wszelkie formuły i etykietki. Dziś nie ma już znaczenia, że obok Cormaca McCarthy’ego, Thomasa Pynchona, Dona DeLillo, Williama T. Vollmanna i Philipa Rotha to najważniejszy i najlepszy współczesny amerykański pisarz starszego pokolenia. Literacki „establishment” rodem z „New York Timesa” (warto tu wspomnieć kretyńską recenzję Lord Byron’s Novel: The Evening Land, która wzbudziła spory niesmak, a nawet protesty ze strony wielu pisarzy i czytelników) czy „New Yorkera” raz wpisał Crowley’a na swą czarną listę fabrykantów literatury drugorzędnej potocznie znanej jako sci-fi i nic nie jest już w stanie tego zmienić. Ciekawe, że to właśnie te pisma przy okazji pięćdziesiątej rocznicy zabójstwa prezydenta Kennedy’ego uparcie dowodziły, że do JFK strzelał samotny szaleniec Oswald, a o żadnym spisku nie mogło być mowy. Oni wiedzą lepiej. Oni wiedzą swoje. Skąd my to znamy? Oburzenie irracjonalnym marginalizowaniem twórczości autora Małego, dużego wyraził nawet John Clute w trzecim wydaniu The Encyclopedia of Science Fiction, stwierdzając:

W szerszej perspektywie kariera Crowley’a − choć nigdy nie odniósł on spektakularnego sukcesu komercyjnego − należy do niewielkiej grupki amerykańskich literackich karier odznaczających się stałą wagą w ostatnich dekadach dwudziestego stulecia. Zaś fakt, że jest powszechnie ignorowana przez literacki „establishment” należy do bardziej niż zwykle skandalicznych.

Jak prezentuje się The Beasts na tle całej twórczości Crowley’a? Bodaj jako powieść najbardziej fantastycznonaukowa, najbliższa ideałowi utworu s.f. To fascynująca historia zbalkanizowanej Ameryki niedalekiej przyszłości, w której pojawiają się przetworzone genetycznie stworzenia − pół zwierzęta, pół ludzie − i zaczynają odczuwać przemożną potrzebę ogarnięcia siebie i swego miejsca w obcym im świecie − świecie ludzi. Znać tu, rzecz jasna, zarówno tradycję Frankensteina (1818), jak i Wyspy doktora Moreau (1896), powieści, w których człowiek z pomocą nauki pragnie sięgnąć po tajemnicę tworzenia życia, dotąd dostępną jedynie Bogu. Znać również coś więcej, mianowicie niezwykłą spekulatywną inteligencję, z jaką Crowley bada naturę swojego bohatera, przedstawiciela gatunku leo − czyli pół człowieka, pół lwa − imieniem Painter, dążąc do maksymalnego realizmu, a więc ukazania możliwie najbardziej przekonującego portretu charakterologicznego takiej istoty oraz zbadania możliwości perspektyw międzygatunkowej empatii. Co więcej, amerykański pisarz potrafi wybornie dialogować z tradycją literacką, umiejętnie nawiązując do średniowiecznych alegorii zwierzęcych, a jednocześnie tworząc wiarygodnego bohatera, który jest wprawdzie w powieści figurą mesjaniczną, ale niewiele ma wspólnego z dobrotliwym bajkowym Aslanem ze słynnego cyklu C. S. Lewisa.

Octavia E. Butler Kindred (1979)


Twórczość Octavii E. Butler, jednej z nielicznych w XX wieku czarnoskórych amerykańskich pisarek s.f., jest w Polsce znana zarówno z powieści, jak i opowiadań. Na tle całego jej dorobku Kindred może wydawać się utworem najmniej efektownym, zwłaszcza jeśli zestawimy go ze space operowym rozmachem cykli „Patternist” oraz „Xenogenesis”.
Tymczasem jest to jeden z najważniejszych i najlepszych tekstó pisarki, który okazał się również jej największym bestsellerem. Opowiada historię Dany, młodej czarnoskórej Kalifornijki, która w roku 1976 zostaje przeniesiona w czasie do początków osiemnastego stulecia, czasy kwitnącego w USA niewolnictwa, do pewnej posiadłości w stanie Maryland, by uratować życie tonącemu w miejscowej rzece białemu chłopcu nazwiskiem Rufus Weylin. Od tej pory ilekroć życie Rufusa znajdzie się w niebezpieczeństwie, Dana będzie niosła mu pomoc, coraz dotkliwiej doświadczając codzienności w świecie legalnego niewolnictwa. Choć sama natura podróży w czasie nie jest tu wyjaśniona z perspektywy naukowej, łatwo się zorientować, że ma ona coś wspólnego z życiem samej Dany, zwłaszcza kiedy okazuje się, że Rufus to jej przodek. Niemniej najistotniejszym aspektem powieści nie jest przenoszenie się w czasie i miejscu, ale coś, co John Clute w swojej teorii literatury fantastycznej określa mianem terroru, czyli druzgoczące i epifaniczne zarazem zrozumienie okropności świata. Dana oraz jej biały mąż Kevin (który w pewnym momencie zostanie przeniesiony wraz z nią) doznają go w kontekście tamtej epoki; czasach, w których jeden człowiek mógł posiadać drugiego i traktować go jak przedmiot, rozporządzać nim wedle swoich zachcianek. Wszystko to podkreślają znakomicie oddane realia historyczne oraz niebywały kontrast pomiędzy mentalnością współczesnej czarnoskórej Amerykanki, a ludźmi początków dziewiętnastego wieku.

CZYTAJ TAKŻE

KOMENTARZE